Thrawn spojrzał na niego spod oka...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- – Hej! żeby się to tak udało tę wyspę i ten zamek ubiec! – Spojrzyj jeno na tych ludzi – odrzekł Maćko...
- Dziewczyna na posadzce obciągnęła spódnicę, zasłaniając długie, spracowane nogi, spojrzała na Sefelta, który leżał przy niej uśmiechnięty, drgając w...
- Obrzuciła mnie ponurym spojrzeniem, obracając moje słowa w myślach, pró- bując odkryć zniewagę albo podstęp...
- Pitt odwrócił się i spojrzał przez przejrzystą bańkę kabiny na ultramarynowy, ciemny błękit, sięgający dalekiego południa...
- W końcu wybuchnął jak francuska bomba wodorowa, dwadzieścia pięć kilometrów nad Sidi Ben Hassid, oślepiając wszystkich, którzy na niego patrzyli...
- Obrzuca mnie przelotnym spojrzeniem, potem zagląda do skrzynki, w której trzyma cebulki przeznaczone do selekcji...
- cio nie ma worka z pieniędzmi? W gronie najbliższych tak nazywała teraz hrabiego, a panowie nie pytali już o niego inaczej, jak: „Czy widziałaś wczoraj...
- - Niech no pan spojrzy, panie Lohkamp! Czyż to nie śliczne? Co rok się wydaje cudem!Przystanąłem zdumiony...
- Po jakimś czasie, badając nowe terytoria, napotkali na uroczej, przybrzeżnej wyspie źródło i napili się z niego, i napoili swe konie...
- cej żony, próbując z nią rozmawiać, ale nie chciała się doń odezwać ani też pozwolić, żeby ją trzymał za rękę, a kiedy już na niego patrzyła, to z...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Innymi słowy: ktoś od razu rzucający się w oczy albo niewygodny politycznie? - spytał ironicznie. - Tak, naturalnie
ma pan rację: musimy spróbować czegoś innego. Czy mamy na “Chimerze” jakieś roboty wywiadowcze?
- Obawiam się, że nie, panie admirale - odparł Pellaeon, wystukując jednocześnie odpowiednie polecenie na kompute-
rze. - Nie. Jest kilka robotów badawczych typu Pyton, ale nie mamy żadnych klasycznych robotów wywiadowczych o
mniejszych gabarytach.
- A zatem będziemy zmuszeni do improwizacji - stwierdził Thrawn. - Niech sekcja inżynieryjna wmontuje sterownik
Pytona do robota odkażającego i niech go dodatkowo wyposaży w pełen zestaw czujników optycznych i dźwiękowych oraz
w urządzenie rejestrujące. Umieścimy tego robota w grupie innych robotów pracujących niedaleko wioski Khabarakha.
- Tak jest, panie admirale - rzucił kapitan, wprowadzając rozkaz do komputera. - Czy mają także zainstalować w nim
nadajnik?
- Nie, urządzenie rejestrujące musi nam wystarczyć. Trudno byłoby ukryć antenę; a bardzo nie chcielibyśmy, żeby za-
uważył ją jakiś Noghri i zaczął się zastanawiać, dlaczego ten robot jest inny od pozostałych.
Pellaeon pokiwał głową ze zrozumieniem. “Zwłaszcza, że wtedy Noghrim mogłoby przyjść do głowy, aby rozmonto-
wać także inne roboty odkażające i zajrzeć im do środka...”
- Tak jest, panie admirale. Natychmiast wydam stosowne rozkazy.
Spojrzenie Thrawna pobiegło w dal.
- Nie ma pośpiechu - powiedział w zamyśleniu. - Przynajmniej w tej chwili. Teraz panuje cisza przed burzą, kapitanie;
i zanim burza rozpęta się na dobre, możemy poświęcić trochę czasu i energii na to, by dopilnować, żeby nasz dostojny
mistrz Jedi zechciał nam pomóc, gdy będziemy go potrzebowali.
- Czyli dostarczyć mu Leię Organę Solo?
- Właśnie. - Admirał zerknął na drzwi prowadzące na dziób. - I jeśli moja obecność może pobudzić Noghrich do dzia-
łania, to zostanę tutaj.
- Jak długo?
Thrawn uśmiechnął się leciutko.
- Tak długo, jak to będzie konieczne.
ROZDZIAŁ 11
- Han? - rozległ się ze stojącego przy łóżku interkomu głos Landa. - Obudź się.
- Już nie śpię - mruknął Solo. Jedną ręką przetarł oczy, drugą zaś odwrócił do siebie mały monitorek. W ciągu tych lat,
kiedy był na bakier z prawem, posiadł umiejętność natychmiastowego budzenia się z głębokiego snu. - O co chodzi?
- Jesteśmy na miejscu - oznajmił Calrissian. - Choć ciągle właściwie nie wiadomo gdzie.
- Już do ciebie idę.
Nim Han się ubrał i dotarł do kabiny “Ślicznotki”, planeta, która była ich celem, znalazła się już w zasięgu ich wzro-
ku.
- Gdzie jest Irenez? - spytał, spoglądając jednocześnie na cętkowany, niebieskozielony półksiężyc, do którego zbliżali
się szybko. Planeta nie odróżniała się niczym szczególnym od tysiąca innych, które miał okazję oglądać.
- Poszła na stanowisko dowodzenia na rufie - odparł Lando. - Odniosłem wrażenie, że chciała nadać jakiś kod rozpo-
znawczy, ale tak, żebyśmy nie mogli go podpatrzyć.
- Nie orientujesz się przypadkiem, gdzie jesteśmy?
- Nie bardzo - wyznał Calrissian. - Nasz lot trwał czterdzieści siedem godzin, ale to niewiele mówi.
Han pokiwał głową, usiłując coś sobie przypomnieć.
- Jaką prędkość może osiągnąć pancernik? Mniej więcej cztery?
- Coś koło tego - przytaknął Lando. - Przynajmniej wtedy, gdy mu się spieszy.
- W takim razie nie możemy być dalej niż sto pięćdziesiąt lat świetlnych od Nowej Kowii.
- Osobiście sądzę, że jesteśmy nawet bliżej. Gdyby ich baza znajdowała się aż tak daleko, nie obraliby Nowej Kowii
za punkt kontaktowy.
- Chyba, że to miejsce wskazał Breil'lya, a nie oni - zauważył Han.
- Możliwe. Ale mimo to uważam, że jesteśmy bliżej niż sto pięćdziesiąt lat świetlnych od Nowej Kowii. Być może lot
trwał tak długo po to, aby nas zmylić.
Solo popatrzył na pancernik, który przez ostatnie dwa dni holował ich przez nadprzestrzeń.
- Albo po to, by mieli czas przygotować komitet powitalny.
- Racja - skinął głową Calrissian. - Nie wiem, czy ci o tym wspominałem, ale kiedy przeprosili nas za to, że zatrzask
magnetyczny nie jest ustawiony na wysokości naszego luku i nie możemy wyjść, poszedłem, żeby to sprawdzić.
- Nie mówiłeś mi o tym, ale ja postąpiłem tak samo - oznajmił cierpko Han. - Wyglądało na to, że zrobili to celowo.