na moje ramię i rozglądał się czujnie, ale było oczywiste, że na sali nie pozostał nikt poza przypadkową klientelą...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Już samo podanie w polskiej telewizji publicznej informacji o wyrażeniu przez kogoś krytycznej opinii o wspomnianym festiwalu (firmowanym wszak przez TVP) było...
- Przez chwilę wahała się - to, co chciała zrobić, nie było zakazane przez zwyczaj, ale mógł dokonać tego tylko ktoś bardzo poruszony, w sytuacji, która go...
- punktach było ono skodyfikowaniem stosowanej ju uprzednio praktyki, jednak praktyce tej dopiero teraz nadało charakter w pełni instytucjonalny...
- ““Zabij go, Tanneguy!”“ A teraz - de Giac roześmiał się konwulsyjnie - teraz ten człowiek, pod którego władzą było tyle prowincji, że można by nimi...
- — Chce pan powiedzieć, że rurę założono, kiedy nie było jeszcze krateru ani tego wąwozu? — spytałem...
- I po cóż to wszystko, po cóż te wyrzeczenia dla sprawy tak od początku przegranej? Jakby z odkrytej karty czytać było można...
- Wyjaśniła Ellie, jak to było z białą, weselną suknią, że rodzina tak tego chciała, i ile radości sprawiają jej te metry jedwabnych koronek i długi, lśniący...
- ciekawe i co mnie osobiście bardzo zaskoczyło — zdałem sobie spra- wę, że czasami pracując mniej i krócej, można było zrobić więcej, niż...
- Pod ziemią mieliśmy nawet drogowskazy, dzięki czemu obcy wiedzieli gdzie się znajdują, chociaż zapewnianie przybyszom [kadrze i partyzantom] przewodnika było...
- Idąc wzdłuż rzędów tych prowizorycznych łóżek, Harry naliczył osiemnastu pacjentów, z których wielu było niezbyt starannie opatrzonych, a wszyscy...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Demon spróbował, nie powiodło mu się —
i wiedział, że następna próba zaraz po pierwszej skończyłaby się masakrą. Zresztą ta pierwsza prawie się udała — zabiłbym kelnera, ale on zdążyłby mnie zdzielić tasakiem. W głowę.
Opadłem na siedzisko, czując dreszcze.
— Dzięki, Kragar. Byłeś tu cały czas?
— Owszem. Patrzyłeś na mnie ze dwa razy, Demon zresztą też. Kelnerzy też
mnie, cholera, nie zauważyli.
— Kiedy następnym razem będziesz miał ochotę zignorować moje polecenia,
zrób to. Masz moje błogosławieństwo.
Uśmiechnął się po swojemu.
84
— Vlad, nigdy nie ufaj komuś, kto sam siebie nazwał Demonem.
— Zapamiętam.
Wiedziałem, że za kilka minut pojawi się gwardia imperialna, a miałem pa-
rę spraw do załatwienia, więc wstałem, choć nadal trzęsło mną z nadmiaru nie
wykorzystanej adrenaliny, i ruszyłem ku drzwiom prowadzącym do kuchni. Prze-
szedłem przez nie i wkroczyłem na zaplecze, a konkretnie do kantorka, w którym przesiadywał właściciel. Był to Dragaerianin imieniem Nethrond. Jak zwykle siedział za biurkiem. Był moim wspólnikiem; przejąłem połowę własności lokalu
w zamian za umorzenie długu robiącego wrażenie nawet na postronnych, długu,
którego w inny sposób nie zdołałby mi do śmierci spłacić. Pewnie nie miał powo-dów, by mnie kochać, ale mimo wszystko. . .
Stanąłem w drzwiach — spojrzał na mnie, jakby zobaczył śmierć we własnej
osobie. Co było całkowicie zgodne z prawdą, przynajmniej w jego przypadku.
Kragar został w drzwiach na wypadek, gdyby ktoś zjawił się z jakąś nie cierpiącą zwłoki sprawą jak na przykład rachunek z pralni.
Zauważyłem, że Nethrond się trzęsie.
Sprawiło mi to satysfakcję — ja się już nie trząsłem.
— Ile ci zapłacił, truposzu? — spytałem.
Przełknął z trudem ślinę.
— Zapłacił? Kto. . .
— Wiesz kto i wiesz za co — poinformowałem go uprzejmie. — Zawsze byłeś
graczem do dupy. Dlatego byłeś mi winny pieniądze i straciłeś połowę knajpy.
Teraz stracisz życie. Ile ci zapłacił?
— Aaaale nikt. . .
Sięgnąłem przez biurko i złapałem go lewą ręką za gardło.
— Tylko ty i ja mamy prawo najmować nowych pracowników. Dziś był tu
nowy kelner; ponieważ ja go nie nająłem, więc tylko ty mogłeś to zrobić. Tak
się złożyło, że błazen próbował rozrąbać mi łeb toporkiem do mięsa, czyli był
zabójcą. Tak samo nieudolnym jak kelnerem. Jego jedyną zaletę stanowiło więc
złoto, które dostałeś za przyjęcie go do pracy. Wiem od kogo, chcę wiedzieć ile.
Próbował potrząsnąć przecząco głową, lecz mój chwyt mu to uniemożliwił.
Próbował zaprzeczyć, więc ścisnąłem go mocniej. Próbował przełknąć — na to
mu pozwoliłem. Przez moment łapał powietrze, nim wykrztusił:
— Nie wiem, o czym. . .
W mojej prawej dłoni pojawił się nóż — ten sam co parę chwil temu. Dobry,
uczciwy nóż z siedmiocalowym, długim i wąskim ostrzem. Doskonale leżał mi
w dłoni, co nieczęsto zdarza się w wypadku noży dragaeriańskiej roboty. Dźgną-
łem go lekko w brzuch — ot, tyle by na ubraniu pojawiła się krew i by to poczuł.
Kwiknął cienko i sprawiał wrażenie mdlejącego. Cała ta sytuacja jako żywo przypominała nasze pierwsze spotkanie, gdy dowiedział się, że jestem jego nowym
wspólnikiem. Wtedy też dokładnie wytłumaczyłem mu, co go czeka, jeśli okaże
85
się nielojalnym partnerem. Należał do Domu Jhegaali, ale doskonale pasowałby do Domu Teckli. Na wszelki wypadek puściłem jego szyję i spoliczkowałem dwa
razy.
Kiwnął głową i wyciągnął z szuflady sakiewkę.
— Ile tam jest?
— Ty. . . tysiąc imperiali, milordzie. . .
Prychnąłem pogardliwie.