cy czarny materiał, podobny do mikroporowych strojów z „Tylko mi dmuchaj”Kevina, wpuszczony do czarnych butów z wysokimi cholewami...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- UG Ze zbiorów „Wirtualnej Biblioteki Literatury Polskiej” Instytutu Filologii Polskiej UG 89 się podobno zbliżyć; nie zrozumiałem albowiem...
- wybra opcj Information i nacisn ENTER, w rezultacie na ekranie pojawisi zestaw informacji podobny do tego poniej:,j~%%I , Object ID: B6000006NetWare...
- Alezji podobna jest nieco do góry Gergowii z tego, że się kończy obszernym płaskowzgórzemszczytowym, na którym wznosi się oppidum; jest jednak od Gergowii...
- — Dawniej nie słyszało się o niczym podobnym… — mówił majtek...
- gronie podobnych do niej nowicjuszy Jedi, których wychowywaniem i szkoleniem Posuwanie się na czworakach z ciężkim plecakiem wymagało mnóstwa energii,...
- Widziałem też ludzi, którzy jedli glinę - jakiś specjalny gatunek, która podobno robiła dobrze na krwawą biegunkę...
- Doskonale zdaję sobie sprawę, jak wielką śmiałością jest wobec podobnego zgromadzenia puszczać wodze wynurzeniom osobistym; ale, tak czy inaczej,...
- W tym wypadku, podobnie jak przy innych rodzajach dysfunkcji seksualnych, mczyzna przyjmuje w trakcie aktu seksualnego rol obserwatora...
- Paniedziałem upłynął mu w podobny sposób, gdyż zadanie, jakiego się podjął, wymagało nieskończenie długich badań i eksperymentów...
- Podobnie jak podstawowy bd atrybucji, asymetria aktor-obserwator jest uwarunkowana wieloma czynnikami rwnoczenie...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Patrząc na nią
i usiłując pozostać w ukryciu, na wypadek gdyby się obejrzała, stanął pod jednym z wodospadów. Pociekło mu prosto za kołnierz. W tym momencie usłyszał, jak 127
ktoś woła do niej „To ty, Chev?” i przyklęknął w kałuży, za stertą rozbiórkowego drewna — desek pokrytych namokniętym tynkiem. Identyfikacja potwierdzona.
Wodospad za jego plecami robił zbyt wiele hałasu, żeby usłyszeć o czym mó-
wili, ale widział ich dobrze: młody chłopak w czarnej skórzanej kurtce, dużo now-szej niż ta, w której ona chodziła, a ponadto jeszcze ktoś w czymś czarnym z kapturem na głowie. Siedzieli na chłodziarce czy czymś takim i chłopak w skórze palił papierosa. Miał włosy sterczące jak koguci grzebień; niezła sztuczka w tym deszczu. Papieros poleciał łukiem i zgasł w kałuży, a chłopak zeskoczył z chło-dziarki i coś mówił do dziewczyny. Ten w czarnym kapturze też zszedł, poruszając się jak pająk. Rydell stwierdził, że ma na sobie bluzę z rękawami za długimi o dobre parę centymetrów. Przypominał bohatera z jakiegoś oglądanego kiedyś przez Rydella starego filmu, w którym cienie oddzielały się od ludzi, więc trzeba było je łapać i przyszywać. Pewnie Sublett potrafiłby podać tytuł. Starał się bezszelestnie klęczeć w tej kałuży, a potem oni ruszyli, biorąc ją między siebie i cień ostrożnie obejrzał się za siebie. Rydellowi mignęła blada twarz i para czujnych, twardych oczu. Policzył: raz, dwa, trzy. Potem wstał i poszedł za nimi.
Nie potrafił powiedzieć, jak daleko odeszli, zanim nagle zniknęli mu z oczu.
Otarł deszcz z oczu i chwilę wytężał wzrok, a potem dostrzegł, że zeszli po schodach prowadzących w dół — pierwszych, jakie widział na tym dolnym poziomie.
Podchodząc bliżej, usłyszał dźwięki muzyki i zobaczył tę niebieskawą poświatę.
Okazało się, że biła od niewielkiego neonu głoszącego niebieskimi, dużymi literami: DYSYDENCI. Stal tam przez chwilę, słysząc, jak woda syczy na transforma-torach neonu, a potem zszedł po schodach. Były z dykty oklejonej tym szorstkim tworzywem przeciwpoślizgowym, ale i tak o mało nie upadł. Zanim przebył po-
łowę drogi na dół, zrozumiał już, że to bar, ponieważ wyczuł zapach piwa i kilku rodzajów dymu. W środku było ciepło. Poczuł, jakby wszedł do łaźni parowej.
I tłoczno. Ktoś rzucił mu ręcznik. Ten był zupełnie mokry i uderzył go w pierś jak pocisk, ale Rydell złapał go, otarł sobie głowę i twarz, po czym odrzucił z powrotem. Ktoś inny — kobieta, sądząc po głosie — roześmiał się. Podszedł do baru i znalazł na skraju wolne miejsce. Z przemoczonych kieszeni wygrzebał dwie piątki i rzucił je na kontuar.
— Piwo — powiedział i nie podniósł głowy, gdy ktoś postawił je przed nim
i zgarnął monety. To było jedno z tych warzonych w Ameryce, japońskich piw, których nie piją ludzie w takich miejscach jak Tampa. Zamknął oczy i jednym haustem wypił prawie połowę. Kiedy otworzył oczy i odstawił butelkę, ktoś obok zapytał:
— Podłączenie?
Spojrzał i zobaczył niewyraźnego typa w różowych okularkach, z różowymi
usteczkami, rzednącymi blond włosami zaczesanymi do tyłu i błyszczącymi od czegoś więcej niż tylko od wilgoci w pomieszczeniu.
— Co takiego?
128
— Powiedziałem „podłączenie”.
— Słyszałem.
— I co? Potrzebujesz?
— Słuchaj no — powiedział Rydell — w tej chwili mam ochotę tylko na piwo,
rozumiesz?
— Twój telefon — powiedział różowousty. — Albo faks. Gwarantowane jed-
nomiesięczne podłączenie. Trzydzieści dni, a następny miesiąc za darmo. Nie-ograniczona liczba rozmów miejscowych i międzymiastowych. Potrzebne mię-
dzynarodowe, masz je jak w banku. Podstawowa usługa za jedyne trzy setki.
Wszystko to wypowiedział głosem przypominającym Rydellowi dźwięki wy-
dawane przez czip głosowy w najtańszych dziecięcych zabawkach.
— Poczekaj — rzekł Rydell.
Facet zamrugał kilkakrotnie za swymi różowymi szkłami.
— Mówisz o przeróbce telefonu komórkowego, tak? Żeby nie płacić firmie
telekomunikacyjnej? — Mężczyzna tylko wytrzeszczył oczy. — No cóż, dzięki
— powiedział szybko Rydell. — Doceniam dobre chęci, ale nie noszę przy sobie telefonu. W przeciwnym razie chętnie skorzystałbym.
Facet wciąż się na niego gapił.
— Wydawało mi się, że już pana gdzieś widziałem. . . — Z powątpiewaniem.
— Nie — rzekł Rydell. — Jestem z Knoxville. Schowałem się tu przed desz-
czem.
Uznał, że już czas zaryzykować i rozejrzeć się wokół, ponieważ lustro nad
barem było zaparowane i pokryte ściekającymi kroplami.
Odwrócił się i zobaczył Japonkę, tę którą widział na wzgórzach Hollywood,
kiedy jeździł z Sublettem. Stała na małej scenie, naga, z długimi falistymi włosami opadającymi do pasa. Rydell usłyszał swoje chrząknięcie.
— Hej — mówił facet. — Słuchaj. . . — Rydell odruchowo otrząsnął się jak
mokry pies, ale kobieta nie zniknęła. — Hej. Dam ci kredyt — ciągnął monotonny głos. — Masz problemy? Może chcesz wiedzieć, co na ciebie mają? Albo na
kogokolwiek; dostajesz numer. . .
— Zaczekaj — powiedział Rydell. — Co to za kobieta? — Różowe szkła
błysnęły. — Kim ona jest?
— To hologram — powiedział różowousty zupełnie innym tonem i odszedł.
— Do licha — powiedział barman za plecami Rydella. — Właśnie ustanowił
pan rekord w szybkości spławiania Gównianego Eda. Zasłużyłeś na piwo, człowieku. — Barman był czarnym facetem z miedzianymi koralikami we włosach.
Uśmiechał się do Rydella. — Nazywamy go Gównianym Edem, ponieważ tyle
jest wart. Podłączy ci telefon do jakiegoś pudełka bez baterii, naciśnie kilka guzików, wciśnie ci kit i wyłudzi forsę. To cały Eddie.