się inne życie...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Moulin Leo - Codzienne życie zakonników w Å›redniowieczu (X-XV wiek), 5HIGIENANec alia tonsura quisquam, nisi nobis solita, tonsurari affectat (Niech nikt siê...
- - Szczęście osiąga w procesie nieustannie realizowanej pełni życia i niezależne jest od celu, jaki pozwoli zrealizować los; a tam gdzie życie pełne, na miarę...
- - To właśnie jest życie duchowe; wszystkie zwykłe czynności, klore się wykonuje z godziny na godzinę...
- W okresie, który up³yn¹³ od wejœcia w ¿ycie ustawy zasadniczej, nast¹pi³o rozwiniêcie konstytucyjnej regulacji stanów nadzwyczajnych w drodze ustawodawstwa zwyk³ego...
- To było dobre życie - żadnych dzikich pijatyk, pozamałżeńskiego seksu, narkotyków, nudy ani gorzkich utarczek na temat tego, co powinni dalej robić...
- Uważnie przeczytaj, przemyśl i zapamiętaj na całe życie ten oto główny wniosek: Natura stworzyła człowieka w taki sposób, że sprawuje on całkowitą...
- W pierwszej chwili rozmyÅ›laÅ‚a sennie, że może w koÅ„cu rozkwitajÄ… baÅ›niowe fajerwerki miÅ‚oÅ›ci, żeby rozÅ›wietlić jej życie – ale to zbyt...
- czyni z jednoznacznie instytucję społeczną, która ma dbać o to, by uczniowie wynieśli z niej tęniezbędną wiedzę i zachowali ją na życie...
- 2asmienia jednostki czy dominacji nad ni¹, lecz w celu ochrony praw zagro¿onych przez inne instytucje spo³eczne: Jednym z najtrudniejszych aspektów spo³ecznego...
- Aby uniknąć tego śmiesznego, rzecz jasna, wniosku, w 1900 roku niemiecki uczony Max Pianek sformułował tezę, że światło, promienie Roentgena i inne fale...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Pomiędzy wczepionymi w grunt pękami grubych jak wieże korze-
ni, rozciągał się istny labirynt, skryty w wiecznym półmroku. Niewielkie, sku-
pione w ciasne kępy zagajniki i lasy, rosły blisko siebie, rozdzielone niewielkimi połaciami zupełnie pustej przestrzeni. Poprzebijane na wylot wielkimi korzenia-mi Nadrośliny, zbite w cierniste gąszcze, tak zwarte, że nie przedostałby się przez nie nawet lis, były istnymi fortecami, mającymi na celu tylko jedno: przetrwanie.
ZdrewniaÅ‚e, kolczaste i twarde Å‚odygi na obrzeżach nie tkwiÅ‚y wcale w gruncie —
bo mogłyby zostać odcięte lub odgryzione u korzeni. . . Uczepione rosnących da-
leko w głębi drzewo-krzewów, czerpały z nich soki, broniąc w zamian przed in-
truzami z zewnątrz, ku którym wystawiały szybko odrastające, groźne, cierniste
szpony. Ze środka opancerzonych zagajników strzelały ku górze pęki mocnych,
giętkich łodyg, wbijających się w brzuch Nadrośliny. Gdy przychodziło słońce,
pÄ™dy — bronione u korzeni przez kolczaste chaszcze — twardniaÅ‚y i sztywniaÅ‚y,
jednocześnie rozginając się na boki. W skłębionym gąszczu powyżej pojawiały się
nieduże szczeliny, wpuszczajÄ…ce żółte kliny sÅ‚onecznego Å›wiatÅ‚a — i natychmiast
strzelaÅ‚y tam sÅ‚abe i żółknÄ…ce już liÅ›cie. Gdy wÄ™drujÄ…ca po kolczastym grzbiecie zagajnika plama sÅ‚oÅ„ca przesuwaÅ‚a siÄ™, liÅ›cie na powrót uciekaÅ‚y w gÅ‚Ä…b. ByÅ‚a to forteca, której zaÅ‚oga naprawiaÅ‚a i żywiÅ‚a swoje mury — zaÅ› one sÅ‚użyÅ‚y w zamian opiekÄ… i obronÄ….
Tylko coś takiego mogło przetrwać pod przeklętym niebem. . . Lub coś równie
ogromnego, jak Nadroślina.
Gdzieś, daleko w półmroku, rozbrzmiał tętent. . . Galop! Wyraźnie dało się
rozróżnić trzy takty. Lecz to nie mógł być koń! Tętent potężniał i narastał, grunt 90
zaczął dygotać od uderzeń ciężkich nóg. . . Przemknęło w głębi, między korzenia-mi-wieżami, coś wielkiego, potężnego jak góra i zniknęło w labiryncie zagajni-
ków. Tętent oddalał się szybko, wreszcie ucichł.
Cisza.
Dopiero, gdy wróciła po galopie, stało się jasne, jak jest bezmierna i głębo-
ka. . . Nigdzie tutaj nie szumiał wiatr. Nie śpiewały ptaki, nawet nie brzęczały owady. . . Nie było żadnych odgłosów życia.
Wysoko, bardzo wysoko na zboczu jednego ze wzniesień, blisko kopulaste-
go szczytu, gdzie skłębione cielsko Nadrośliny przepuszczało więcej światła, rósł
kolejny ciernisty zagajnik. Ale nie! To wzniesiono mur, pierścień obronny, zbu-
dowany z czarnych, twardych jak żelazo, kolczastych łodyg. Wielki pierścień,
obejmujący znaczny obszar, opasujący chyba szczyt wzgórza niczym ciernisty
diadem. Wewnątrz było coś, co przywodziło na myśl uprawne pola. Może ziele-
niły się na wiosnę? Teraz, późną jesienią, były martwym ugorem. Dziwne pola,
otaczające szczyt wzgórza. . .
Wewnątrz pierwszego pierścienia znajdował się drugi, mniejszy, położony
w samym Å›rodku. Kolczasty mur zasÅ‚aniaÅ‚ widok — jednak ponad nim pÅ‚ynęło
ku górze kilka smug siwego dymu. . .
PojawiÅ‚a siÄ™ brama. WÅ‚aÅ›nie — pojawiÅ‚a, bo otwarta nagle w samym Å›rodku
kolczastej ściany, niczym dotąd nie zdradzała swego istnienia. W przestrzeń mię-
dzy zewnętrznym a wewnętrznym murem wyjechał niewielki oddział jeźdźców.
Wszyscy byli uzbrojeni w Å‚uki i oszczepy, ponadto nosili brunatnoczarne pance-
rze z regularnych, prostokątnych płytek. Bajecznie kolorowe, pokryte pięknymi
rysunkami tarcze podskakiwały na plecach, w rytm poruszeń wierzchowców.
W ślad za jezdnymi ruszyło kilku pieszych. Bramę zamknięto. Cała grupa do-
tarła do zewnętrznego muru i natychmiast wychynęło skądś paru innych pieszych,
stojących chyba na warcie. Otwarto bramę w zewnętrznym ogrodzeniu i zamknię-
to ją, gdy tylko ostatni z wojowników znalazł się poza strzeżonym obszarem.
Wartownicy, których zmieniono, wrócili do środkowego kręgu. Jeźdźcy ruszy-
li w dół stoku wzgórza.
Najpierw przemierzali otwarty, prawie pustynny obszar. W półmroku, pod no-
gami wierzchowców, ścieliła się tylko szorstka, sztywna trawa.
Po pewnym czasie, niżej, zaczęły pojawiać się pierwsze kolczaste zagajniki.
Jeźdźcy mijali je obojętnie, jednak w dość znacznej odległości, jakby bojąc się, że zdrewniałe szpony porwą każdego, kto znajdzie się w ich zasięgu. . . Po dość
dÅ‚ugiej wÄ™drówce, na drodze oddziaÅ‚ku wyrósÅ‚ nowy las — ale zupeÅ‚nie inny, niż
mijane dotąd, nie tylko dlatego, że większy. Szerokolistne, rozłożyste rośliny, wy-glądały na delikatne i kruche. Ich gęsto rosnące pióropusze sięgały niewiele ponad głowy przedzierających się przez ażurowy gąszcz jeźdźców. Zwiewność tego lasu
tak dalece odbiegała od topornej, twardej surowości wszystkich innych rzeczy te-
go świata, że wydawała się zupełnie nie na miejscu. Tym bardziej niezwykła była
91
ostrożność, z jaką jeźdźcy traktowali rośliny, rozgarniając je, odsuwając na boki, dbając o to, by żadnej nie uszkodzić. . .
W głębi lasu położony był rozległy teren, porośnięty przez same młode rośli-
ny, jeszcze mniejsze i delikatniejsze, niż te na obrzeżach Trwała tam wytężona
praca: kilkunastu wojowników, takich jak ci, co właśnie przybyli, zbierało i wią-
zało w wielkie pęki całe mnóstwo ściętych młodych liści. Zaraz okazało się, do
czego gromadzone zapasy są potrzebne, oto wierzchowce ostrożnie poczęły sku-
bać co mniejsze listki, przytrzymując je zębami u nasady i odrywając lekkimi
szarpnięciami. Nie przeżuwały, nie gryzły. . . Pokarm najwyraźniej w nienaruszo-