Rozpędzony motor wył przeraźliwie...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Ramię w ramię z nieludzkimi przeraźliwymi stworami maszerowała masa nagich postaci ludzkich - ludzi, których dusze Krwawnik schwytał z pomocą niszczącej...
- Zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, w wieży nad nimi zadzwonił dzwon; brzmiał przeraźliwie głośno i nisko - jak żaden inny, które słyszała Miriamele...
- binka, pogrążony w myślach; właśnie doszedłem do wniosku, że druga filiżankakawy dobrze by mi zrobiła, kiedy ciszę rozdarł przeraźliwy krzyk...
- KOBIETY KRÓRE KOCHAJĄ ZA BARDZO 10-11miłość przeradza się w miłość przesadną, gdy partner okazuje się nieodpowiedni, obojętny lub nieprzystępny, a my...
- Podszedł do krawędzi urwiska i zerknął w dół...
- zynie
- parÂł margraf — ale nie jeno przeto, jeno Âże przez OdrĂŞÂłacniej siÄ‚Åž przeprawiÄ‚Åš, w górnym biegu...
- Ciekawe jaki jest, ów Inkwizytor Sternberg, spytał się w duchu Ragnar...
- Zamiast tego nauczyli je wojaczki, nauczyli szpiegować i chodzić na zwiady...
- Ulice Mardecin wybrukowane były granitowymi płytami, wytartymi przez całe pokolenia stóp i kół wozów, wszystkie zaś budynki zbudowano albo z cegły, albo z...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Z trudem parowaÅ‚em gwaÅ‚towne pchniÄ™cia, które wymierzaÅ‚ mi targajÄ…cy siÄ™ ster. Powoli zaczÄ™liÅ›my odzyskiwać wysokość. Za oknami cofaÅ‚y siÄ™ i odchodziÅ‚y w dół ostre żebra skalne, owiane kÅ‚Ä™bami pary. Nie można byÅ‚o bez zawrotu gÅ‚owy patrzeć w to uroczysko. Nic z krajobrazu gór, przez setki lat niwelowanego dziaÅ‚aniem wody i wiatru. WÅ›ród chmur staÅ‚y Å›ciany gÅ‚adkie jak tafle czarnego lodu. Wzrok, kierujÄ…cy siÄ™ mimo woli na wprost, zeÅ›lizgiwaÅ‚ siÄ™ po tych strasznych miejscach. WznosiliÅ›my siÄ™ zataczajÄ…c wielkie koÅ‚a jak orzeÅ‚ górski, aż caÅ‚y krater legÅ‚ w dole —
czarny kocioł wypełniony mgłami.
— StraciÅ‚em Å›lad — powiedziaÅ‚em do Arseniewa. — Czy to
wulkan? Może rura kończy się właśnie tutaj?
— To nie wyglÄ…da na wulkan. W dół nie możemy siÄ™ opuÅ›cić, prawda?
— Nie.
Podsunął mi mapę, na której czerwoną linią zaznaczył przebytą dotąd drogę.
— Rura trafia w przepaść z boku, prawie po stycznej. Trzeba jej szukać po przeciwnej stronie, tam gdzie te skaÅ‚ki jak gÅ‚owy cukru nad chmurami, widzi pan?
Skinąłem głową. Helikopter ruszył i leciał nad otchłanią ku wskazanemu miejscu. Czarne stożki skalne wychylały się z chmury tak białej, że można ją było wziąć za zmarzły śnieg, W miarę jakeśmy się do niej zbliżali, ściana krateru zdawała się rozsuwać. Pojawiały się w niej coraz nowe wnęki, zaułki, korytarze. Wtem słuchawki zabrzmiały dalekim tonem, a zarazem pomiędzy dwiema skałami, które tworzyły jakby strzaskaną bramę, wysuwając nad przepaść wąskie cyple, rozwarł się wielki wąwóz. Dźwięk w słuchawkach był
całkiem inny od utraconego śladu: membrana brzęczała basowo.
Porozumiałem się spojrzeniem z astronomem: i on to słyszał. Skinął
głową na znak, żebym utrzymywał obrany kierunek. Spróbowałem wznieść się nieco, lecz natychmiast utonęliśmy w chmurze tak gęstej, że zatarły się kontury skał w radaroskopie. Przesunąłem więc ster i opadliśmy pomiędzy ściany wąwozu, lecąc kilka metrów poniżej jego brzegów. Zamknięta przestrzeń wyolbrzymiała łoskot motoru. Z
prawej strony zbocze nawisło potwornym, na wpół odłupanym od macierzystej skały baldachimem. Z góry legł na nas zimny, nieruchomy cień. Gdy omijałem niebezpieczne miejsce, brzęczenie odmieniło się. Pojawił się w nim nowy ton, jakby niezmiernie odległe dudnienie. Jakieś sto metrów przed nami wąwóz zakręcał ostro; przewieszone zbocza zamykały dalszy widok.
— Czy mógÅ‚by pan tu wylÄ…dować, na dnie? — spytaÅ‚ Arseniew. Z
ogromnÄ… uwagÄ… Å›ledziÅ‚ strzaÅ‚kÄ™ przyrzÄ…du indukcyjnego. — Tu jest, zdaje siÄ™, coÅ› ciekawego.
— SpróbujÄ™ — odparÅ‚em. Motor Å›cichÅ‚. OpadaliÅ›my powoli. Dno wÄ…wozu, caÅ‚e w posÄ™pnych cieniach, wynurzyÅ‚o siÄ™ ze skrÄ™tów i uskoków skaÅ‚y i sunęło pod nami leniwie, jakby w zwolnionym filmie. ZaÅ›cielaÅ‚y je skoÅ›ne, zachodzÄ…ce na siebie pÅ‚yty o ostrych krawÄ™dziach, pokryte prawie czarnym gruzem. Tuż przed wielkim skrÄ™tem wÄ…wozu dostrzegÅ‚em pas dosyć równej, nagiej skaÅ‚y, wolny od gÅ‚azów. WyglÄ…daÅ‚o, jakby je ktoÅ› umyÅ›lnie poodrzucaÅ‚ w bok, przez co powstaÅ‚a pusta przestrzeÅ„, ograniczona z boku stosami czarnych kamieni. W tej chwili nie zastanawiaÅ‚em siÄ™ nad tym
dziwnym zjawiskiem, zadowolony, że uda mi się posadzić maszynę.
Wyłączyłem motor. Śmigło poczęło pracować jako spadochron.
Mieląc z przenikliwym świstem powietrze, helikopter splanował w dół i osiadł tuż pod wzgórzem czarnych głazów. Brzęczenie w słuchawkach stało się tak nieznośne, że zsunąłem je z uszu. Arseniew pierwszy uporał się z nałożeniem hełmu i wyskoczył z kabiny. Sołtyk, Rainer i ja podążyliśmy za nim.
— Magnetyt — powiedziaÅ‚ Rainer, ledwo podjÄ…Å‚ okruch skaÅ‚y. —
Ruda żelaza, i to wysokoprocentowa.
— Aha, to dlatego aparat tak brzÄ™czaÅ‚! — powiedziaÅ‚em. Arseniew schyliÅ‚ siÄ™, wszedÅ‚ pod rozstawione szeroko podwozie helikoptera, odczepiÅ‚ aparat indukcyjny i wetknÄ…Å‚ koÅ„cówkÄ™ kabla we wtyczkÄ™ swego skafandra. Potem, podnoszÄ…c przyrzÄ…d, poczÄ…Å‚ zataczać jego wÄ…skim wylotem krÄ™gi. Uchwyciwszy Å›lad ruszyÅ‚ w górÄ™ wÄ…wozu.
Wracał drogą, którą przylecieliśmy. Wielkimi krokami przechodził
lekko z kamienia na kamieÅ„. RuszyÅ‚em za nim. Z obu stron wznosiÅ‚y siÄ™ dzikie urwiska. Chmury osiadaÅ‚y na brzegach prze—naÅ›ci, zatapiaÅ‚y jej krawÄ™dzie i napeÅ‚niaÅ‚y wÄ…wóz dziwnÄ…, rozproszonÄ… poÅ›wiatÄ…,
— To brzÄ™czenie spowodowaÅ‚a ruda, wiec jesteÅ›my na faÅ‚szywym tropie — powiedziaÅ‚em do Arseniewa doganiajÄ…c go.
— Tu jest coÅ› jeszcze oprócz tego przekutego magnetytu —
odrzekł. Nagle zmienił kierunek marszu. Zaczął się wspinać na wielki fałd kamienny, barykadujący drogę. Dalej spadał pionowy próg.
— Tam nie ma przejÅ›cia — powiedziaÅ‚em, lecz Arseniew szedÅ‚