binka, pogrążony w myślach; właśnie doszedłem do wniosku, że druga filiżankakawy dobrze by mi zrobiła, kiedy ciszę rozdarł przeraźliwy krzyk...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- – Kiedy tylko dotrzemy tam, gdzie mają w miarę rozwinięty przemysł – dodał po chwili – będziemy musieli sprawić sobie trochę odtylcowych...
- Kiedy robisz to…82… IDE robi to83Skąd się biorą programy84IDE pomaga Ci kodować86Kiedy zmieniasz coś w IDE, zmieniasz...
- Szli w zupełnej ciszy, w milczeniu pokonywali zalaną martwym światłem drogę, a kiedy po forsownym marszu doszli do Hali Pisanej, zatrzymali się bez...
- Kiedy Canan przejął zarządzanie codziennymi operacjami magazynu, Lovejoy jeszcze bardziej skupił swą uwagą na rekrutacji, sprowadzając ostatecznie jeszcze...
- «Dlaczego więc ośmiela się podejść do kapłana za pierwszym razem, kiedy jest całkiem nieczysty, a za drugim razem – zbliżyć się nawet do...
- Skacz, dziecko, skacz! Od kiedy moja córka Zara umiała już bez pomocy stanąć na stole, na którym zmieniano jej pieluszki, bawię się z nią w...
- nizujących poglądach na temat oczyszczenia i poznania prawdy? Istotnie, kiedy czytamy o tym, co według Pseudo- Dionizego znaczy oczyszczenie napotykamy w...
- Nie masz te,nie masz adnego w tym cudu,Kiedy raz na dno,pod oboki drugiLatajc,musi nadweredzi fugi;Wpadszy w najgbsze na ostatek...
- Dokładnie w tym samym momencie pociąg silnie zarzucił i Harry rozpaczliwie jął wymachiwać rękoma, kiedy potworna ziejąca w dole czerń ruszyła mu na spotkanie...
- — Chce pan powiedzieć, że rurę założono, kiedy nie było jeszcze krateru ani tego wąwozu? — spytałem...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Włosy stanęły mi dęba. Okręciłem się na pięcie, jakbym cały czas tylko cze-
kał, aż wydarzy się coś okropnego.
75
(Złotookie straszydła? Martwe zwierzęta znikające z mojego podwórka? Tak,
to mogło mieć coś z tym wspólnego).
Nic nie zobaczyłem, ale zza domu znowu dobiegł wrzask, wysoki i przenikli-
wy jak wizg gilotyny. Chwilę później dał się słyszeć głuchy łoskot, jakby coś ude-
rzyło o ścianę.
Obiegłem dom i zobaczyłem krew. Była wszędzie i było jej mnóstwo: na
dróżce, na trawie, na ścianie obok wejścia do poczekalni. Dopiero wtedy zoba-
czyłem ciało i odruchowo zatkałem sobie usta pięścią, żeby nie krzyknąć.
Lauren Hunter jednak przyjechała na wizytę, ale po drodze coś się jej przy-
trafiło. Nie miałem pojęcia, co dokładnie. Mogłem tylko stać bez ruchu, wy-
trzeszczać oczy i liczyć na cud, czyli ekipę ratowników medycznych w wyjącej
karetce, z czarnymi torbami, kroplówką i noszami, pędzących na ratunek mojej
pacjentce. Tak to wygląda w Nowym Jorku: wystarczy się odsunąć i zrobić miej-
sce zawodowcom, a oni wszystkim się zajmą. Ale tu, w miasteczku krętych dróg
i lasów misia Yogi, byłem jedynym lekarzem. I sam jeden musiałem prowadzić
ten samolot, chociaż nie miałem zielonego pojęcia o pilotażu.
Moja wiedza i doświadczenie z zakresu ratownictwa medycznego są dość
ograniczone. Jestem zwykłym internistą, znam się na katarach i kaszlu, smar-
kach i flegmie, ale w tej sytuacji nawet ja umiałem postawić diagnozę: Lauren
Hunter za parę minut stanie przed obliczem Stwórcy. Właściwie biorąc pod
uwagę jej stan, należało się dziwić, że jeszcze nie stanęła. Coś zerwało jej kawał
skóry z twarzy. Został krwawy płat mięsa, ciągnący się od linii włosów do drżą-
cej żuchwy. Z bluzki zostały strzępy, lewa ręka wyrwana ze stawu barkowego
zwieszała się bezwładnie jak złamana przez burzę gałąź drzewa. Pod prawą pier-
sią dwa złamane żebra przebiły siną od krwiaków skórę. Zakaszlała; krew i żółta
flegma bryznęły na trawę. Jęknęła z bólu - tak głośno, że aż podskoczyłem - i
przetoczyła się na bok. Jej nogi dygotały gwałtownie, trochę podobnie do nóg
łani, którą znalazłem w nocy w szopie, jakby ktoś podłączył je do prądu. Obraca-
jąc się, odsłoniła głęboką ranę na wysokości talii, z której szarofioletowe
wnętrzności natychmiast wylały się na betonowy chodnik. Wyśliznęła się też
gruba różowa rura, wijąca się i podrygująca jak obdarzona własnym życiem.
Jeden jej koniec znikał w ciele. Przywodziła na myśl smycz.
Przypomniałem sobie słowa Phillipa: „Zwierzę musi być żywe, żeby można je
było złożyć w ofierze”.
Byłem roztrzęsiony i przerażony; gdybym musiał coś powiedzieć, bełkotał-
bym bez ładu i składu. Pocieszałem się, że to i tak bez znaczenia. Cokolwiek
76
bym powiedział, cokolwiek zrobił, i tak nie zmieniłbym faktu, że Lauren Hun-
ter, moja pacjentka, zaraz umrze.
Znowu odkaszlnęła. Grudki flegmy wystrzeliły z jej ust z takim impetem, że
rozprysnęły się na ścianie przy drzwiach. O dziwo, jeszcze się poruszała, ba,
usiłowała nawet się podnieść. Jej powieki zatrzepotały i podniosły się, odsłania-
jąc szkliste, przesłonięte krwawą mgiełką oczy. Głowa opadła jej bezwładnie w
tył, potem w przód. Dopadłem do niej, uklęknąłem i przytrzymałem, żeby nie
próbowała wstawać. Organizm był w szoku, co nie przeszkadzało mu wypom-
powywać litrów krwi.
Pośliznąłem się.
Ta dziura w jej brzuchu... wnętrzności... Chryste!
Zachodziłem w głowę, co takiego przydarzyło się Lauren Hunter, ale mój
obłąkany zdrowy rozsądek powtarzał w kółko: To samo co Rosy Deighton. To
samo co Neilowi Farrisowi. To samo co...
Gdybym myślał inaczej, niepotrzebnie wysilałbym mózgownicę. Coś strasz-
nego działo się w Ashborough. A ci przeklęci tubylcy przyjmowali ten fakt rów-
nie spokojnie jak ciepły posiłek na kolację.
Musiałem odsunąć te myśli od siebie. W tej chwili najważniejsze było dzia-
łanie. Przyszło mi do głowy, żeby przynieść koc z domu, ale tylko zniszczyłbym
koc. Nie mogłem jednak pozwolić, żeby tak cierpiała. I musiałem wezwać po-
moc, nawet jeśli pani Hunter miałaby umrzeć na długo przed jej przybyciem.
Nie ulżyłbym jej w bólu, ale w tej potwornej sytuacji nie miałem innego wyjścia.
Pochyliłem się nad nią.
- Lauren?
Głowa jej zadrżała, zaczęła łapać powietrze jak ryba.
- Aaa... ghhh... pfff...
- Pomogę ci, Lauren, a ty leż spokojnie. Pomoc już jedzie.
Było to najbardziej bezczelne kłamstwo w moim życiu.
Zwróciła głowę w moją stronę, jakby chciała na mnie spojrzeć, chociaż pew-
ności mieć nie mogłem... Wszędzie była krew. Chciałem zostawić Lauren, wró-
cić do domu, usiąść w jakimś ciemnym kącie i poczekać, aż umrze, ale wtedy
wyciągnęła zdrową rękę i złapała mnie za nadgarstek. Z jej gardła dobyło się
bulgotanie. Poruszyła językiem, widziałem, jak próbuje wypchnąć zalegającą jej
w ustach zgęstniałą krew z flegmą. Uformowała niewyraźne sylaby, obce, dziw-
ne, jakby „dar” i „uug”. Próbowałem coś z tego zrozumieć, ale z każdą sekundą
coraz bardziej mąciło mi się w głowie. Chciałem się wyrwać z krwawego
77
uścisku; bez powodzenia. Trzymała mnie mocno. Odruch bezwarunkowy, jak
mówili nam na uniwersytecie Columbia.
Nie uczą takich rzeczy na specjalizacji lekarzy rodzinnych, Michael.
- Izolanci... - wybełkotała, dławiąc się wydzieliną z płuc.
Wytrzeszczyłem oczy. Nie mieściło mi się to w głowie. To słowo wypowie-
działa celowo, z rozmysłem, wyraźnie; nie mogło być mowy o pomyłce, przy-
padku, kaprysie moich przeciążonych zmysłów.
Niemożliwe, Michael. Niemożliwe, żeby naprawdę to powiedziała. Nie. Po
prostu ciąg przypadkowych dźwięków zbiegiem okoliczności upodobnił się do
słowa, które od dwudziestu czterech godzin bez ustanku kołacze ci się po gło-
wie.
Patrzyła na mnie.
- Co? - wykrztusiłem szeptem.
Kiedy znów się odezwała, jej głos się zmienił. Nabrał mocy i głębi, nie był
głosem kobiety w agonii, o krok od śmierci:
- Chcą cię dostać... Przyjdą po ciebie...