zynie
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- ukryć zmęczenia...
- Z drugiej strony, przynajmniej jeden bystry obserwator, John Kenneth Galbraith, wyraził pogląd, że być może Nixon zwyciężył pomimo stosowania tych środków...
- 5690 5 14 36...
- tylko pociągnęło za sobą dalszą decentralizację decyzji...
- Tak nas widzą, tak o nas piszą, tak nas informują...
- i rozmaitych spółek, parę silnych branż, jak górnicy, jeszcze zachowu- je resztki dawnej potęgi, ale zdecydowana większość trzyma się teraz za...
- Carycyn
- get stuck, their musings may be overheard by someone else in the work area who can contribute...
- I co jeszcze? Broń pewnie znikła...
- Bój na przebicie był szybki, błyskawiczny, trwał krótko pląs kling, brzęk, zgrzyt - i oto przed oczami hobbita już rozwarła się zbawcza czerń nocy...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Och, kochanie, była porywająca, gdy ukazywała się w głębi kryształowej groty! Pano-
wie przypominali ją sobie bardzo dobrze. Fontan grał rolę księcia Cocorico. Bez końca opo-
wiadały sobie szczegóły, przywołując wspomnienia. Prawda? W kryształowej grocie była
wspaniała! Nie mówiła ani słowa, nawet autorzy skreślili jej replikę, bo to raziło. Naprawdę,
grając bez słów Nana osiągała lepszy efekt, bo podbijała publiczność samym swoim wyglą-
dem. Miała przecież ciało, jakiego się już nie znajdzie: co za ramiona, nogi, figura! Jakie to
dziwne, że ona nie żyje! Wiecie, ona miała po prostu na trykocie złoty pas, który zakrywał jej
zaledwie tyłek i łono. Wokół niej lśniła grota, cała zrobiona z luster; kaskady diamentów,
sznury białych pereł połyskiwały wśród stalaktytów sklepienia. Na tym przeźroczystym tle, w
tej źródlanej wodzie, przez którą przechodził szeroki snop światła elektrycznego, Nana wy-
glądała jak słońce ze swą skórą i płomiennymi włosami. Paryż będzie ją zawsze taką widział,
płonącą w środku kryształu, zawieszoną w powietrzu jak jakieś dobre bóstwo. Ach, to nader
głupia historia umierać w podobnej sytuacji! Na pewno teraz pięknie wygląda tam na górze!
─ A przy tym ile zmarnowanych przyjemności! ─ rzekł Mignon melancholijnym głosem jak
człowiek, który nie lubi, żeby się marnowały rzeczy pożyteczne i dobre.
Wypytywał Lucy i Karolinę, czy one mimo wszystko pójdą na górę; ma się rozumieć; były
jeszcze bardziej zaciekawione. Właśnie przyszła Blanka zadyszana i zła na tłum, który tara-
sował trotuary. A gdy jej powiedziano, co się stało, na nowo zaczęły się okrzyki ─ i damy
skierowały się ku schodom, szeleszcząc głośno spódnicami. Mignon szedł za nimi i krzyczał:
─ Powiedzcie Róży, że czekam na nią... Zaraz, dobrze?
─ Nie wiadomo dokładnie, czy zarażenie jest groźniejsze na początku, czy raczej pod koniec
choroby ─ wyjaśniał Fontan Fauchery'emu. ─ Pewien internista, który jest moim przyjacie-
211
lem, zapewniał mnie nawet, że godziny bezpośrednio po śmierci są szczególnie niebezpiecz-
ne... Emanują bowiem miazmaty... Ach, jak mi żal, że to się stało tak nagle; byłbym szczęśli-
wy, gdybym jej mógł po raz ostatni uścisnąć rękę.
─ Ależ po co? ─ rzekł dziennikarz.
─ No właśnie, po co? ─ powtórzyli Mignon i Labordette. Tłum ciągle się wzmagał. W
świetle padającym ze sklepów, pod snopem migających płomieni gazowych można było od-
różnić dwie fale kapeluszy przepływające trotuarem. Potęgowało się rozgorączkowanie, lu-
dzie szli za grupami w bluzach, ustawiczny tłok trwał na jezdni; i ciągle wracał wydobywają-
cy się z wszystkich piersi, urywany, uparty krzyk:
─ Na Berlin! Na Berlin! Na Berlin!
Pokój na czwartym piętrze kosztował dwanaście franków dziennie. Róża chciała znaleźć coś
wygodnego, choć nie zbytkownego, bo w chorobie luksus jest zbyteczny. Obity kretonem w
wielkie kwiaty, w stylu Ludwika XIII, pokój miał umeblowanie mahoniowe jak we wszyst-
kich hotelach, z czerwonym dywanem w czarne liście. Panowała tam zupełna cisza, przery-
wana tylko szeptami, gdy w korytarzu odezwały się głosy:
─ Zapewniam cię, żeśmy zbłądziły. Portier mówił, że trzeba skręcić w prawo... To ci dopie-
ro koszary!
─ Poczekaj, trzeba zobaczyć... Pokój 401, pokój 401...
─ Ach, to tu... 405, 403... Chyba już jesteśmy... No, nareszcie 401!... Chodźcie! Cicho! Ci-
cho!
Głosy umilkły. Ktoś zakaszlał, przez chwilę wszyscy stali w skupieniu. Potem, gdy drzwi
się powoli otwarły, weszła Lucy, a za nią Karolina i Blanka. Ale zatrzymały się, gdyż w po-
koju było już pięć kobiet. Gaga siedziała wyciągnięta w jedynym fotelu, wolterowskim fotelu
obitym czerwonym pluszem. Przy kominku Simona i Klarysa stojąc rozmawiały z Leą de
Horn, która siedziała na krześle; a przed łóżkiem, na lewo od drzwi, Róża Mignon, ulokowa-
na na brzegu drewnianego kufra, wpatrywała się w ciało otulone cieniem zasłon. Wszystkie
kobiety były w kapeluszach i rękawiczkach, jak damy, które przyszły z wizytą. Tylko Róża, z
gołymi rękami, rozczochrana, blada i zmęczona po trzech nocach czuwania, była ogłupiała i
smutna w obliczu tej nagłej śmierci. Lampa z abażurem stojąca na komodzie oświetlała Gagę
jaskrawym blaskiem.
─ Prawda? Co za nieszczęście ─ szepnęła Lucy ściskając rękę Róży. ─ Chciałyśmy ją poże-
gnać.
I odwróciła głowę, żeby spróbować ją zobaczyć, lecz lampa była za daleko, a ona nie miała
odwagi jej przysunąć. Na łóżku leżała wydłużona szara masa. Można było odróżnić jedynie
rudy kok i bladawą plamę. Była to zapewne twarz. Lucy dodała:
─ Nie widziałam jej od czasu „Gaite”, w głębi groty... A Róża, otrząsając się z osłupienia,
uśmiechnęła się i zaczęła powtarzać:
─ Ach, jaka ona jest zmieniona, jaka zmieniona...