przyłbicę hełmu i potarł szczypiące ze zmęczenia oczy...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Odwrci si tyem do wiata reflektora i osaniajc oczy przed blaskiem bijcym mu spod ng, sprbowa zajrze w krysztaow gbin jak przez ld, ktry skuwa jezioro...
- Krzysztof przetarł palcami oczy i powtórzył bezdźwięcznym głosem: – Precz, precz, zabierzcie stąd tego człowieka...
- Wszystkie oczy wpatrywały się w kanapkę i gdy Harry uniósł ją, bywziąć potężny kęs, zauważył, że Mark Sway śledzi każdy jego ruch...
- tim beardsley,(w poszukiwaniu nowej drogi w kosmos) sprzeda˝ wysy∏kowà Po∏àczone linà cia∏a podlegajà oczy- smiczny bez trudu dotar∏by w...
- Z początku wcale o nich nie myślał, potem, gdy mu coraz częściej wpadały w oczy lub pod rękę, zaczął doświadczać wyrzutów sumienia...
- Oczy tamtego zwęziły się i jeszcze bardziej lodowaty tonem dorzucił:— Dowiedź tego...
- Nieruchome oczy spogl¹daj¹ w górê, omijaj¹ wzrok Przebudzeñca, a martwe wargi poruszaj¹ siê...
- Rozdział 30 - Nigdy nie widziałeś czegoś takiego na własne oczy?Sam podskoczył z wrażenia...
- A oczy ku zamkowi czy się nie zwracały? Powiedz mi, czy się twego wzroku nie uchronił, Niewdzięczny, gdy cię ujrzał?...
- Oczy cioci zamknęły się, jej ręce spoczęły nieruchomo na czerwonym kłębku...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Mógł przenieść część trzeciego plutonu na południową ścianę, gdyby jednak szumowiniaki uderzyły jednocześnie z obu stron, zmiotłyby resztki trzeciego z muru. Nie. Jedynym wyjściem było kazać trzeciemu strzelać ze wszystkiego, co miał, we flankę natarcia. Nie powstrzymało to poprzedniego, ale może zadziała tym razem. Coś musiało złamać tych drani.
Kapitan znów potrząsnął głową, a barbarzyńcy ruszyli naprzód. Podejścia do cytadeli były zasłane trupami do tego stopnia, że Kranolta musieli się wspinać na stosy zabitych, ale wydawali się tego nie zauważać. Szli w deszczu granatów i ognia karabinów, zasypującym ich od przodu i flanki, aż dotarli do murów. Wtedy znów wznieśli drabiny i tłumnie zaczęli się piąć w górę.
Działka plazmowe w twierdzy i bastionie trzeciego plutonu mogły do nich strzelać, kiedy wyłaniali się zza muru, ale ich operatorzy musieli bardzo uważać. Groziło im nie tylko zadanie strat ludziom kłębiącym się w walce wręcz; wystarczyło, żeby lufa drgnęła w bok, a ładunek mógł wysadzić drzwi przeciwległego bastionu.
Drzwi te zatrzęsły się właśnie od uderzeń toporów, a strzelcy z trzeciego plutonu skrupulatnie wystrzelali atakujących. Jedna seria nie tam, gdzie trzeba, a przysłużyliby się barbarzyńcom.
Tylko trzy strzelnice ich bastionu wychodziły na przeciwległy fragment murów. Przeciwko każdemu normalnemu wrogowi byłoby ich dość, ale to byli Kranolta. Wystarczyło, by marine odsunął się od otworu z zaciętym karabinem, by następny zajął
jego miejsce, pojedynczy szumowiniak zadawał trzy kolejne ciosy toporem skonstruowanej naprędce, drewnianej zaporze.
W końcu drzwi nie wytrzymały. Pękły, a Kranolta, widząc wreszcie szansę, przerażająco zawyli.
Pahner doskoczył do działka i klepnął strzelca w hełm. Wskazał ręką otwarte wejście do bastionu i tłum barbarzyńców, prący do przodu mimo nawały ognia. – Strzelaj!
– Ale, kapitanie... – zaczęła marine. Drzwi miała przed sobą, pod niewielkim kątem, i istniała duża szansa, że ładunek plazmy wpadnie do środka. Gdyby nawet jednak tak się nie stało, to eksplozja, ładunki i fala cieplna, które dostałyby się do wnętrza bastionu przez drzwi i otwory strzelnicze, wystarczyłyby, żeby zamienić je w przedsionek piekła.
– Strzelaj! – warknął Pahner i włączył częstotliwość ogólną. – Drugi pluton! Kryć się!
Marine potrząsnęła głową i wystrzeliła trzy ładunki w tłum Kranolta, kłębiący się wokół wejścia do bastionu, oczyszczając wąskie przejście. Ktoś zawył w jej słuchawkach, ale nie miała czasu o tym myśleć, a Pahner skoczył z powrotem na swój punkt obserwacyjny. Barbarzyńcy znów się cofnęli.
Nie wycofali się jednak daleko. Kapitan zaklął. Tym razem zeszli poniżej poziomu nieobsadzonego już muru, poza kątem ostrzału obrońców zamkniętych w bastionach i twierdzy. Tak–komp Pahnera wyświetlił nowe szacunkowe dane o liczebności przeciwnika. Było ich jeszcze około trzech tysięcy. Nie było to wiele jak na armię liczącą początkowo osiemnaście tysięcy, ale według odczytów kapitana, tylko trzydziestu jeden marines było jeszcze w stanie poruszać się o własnych siłach.
Jeszcze możemy wygrać, pomyślał. Wyczerpują nas, ale my ich wyczerpujemy jeszcze szybciej. Jeszcze dwa szturmy. Może trzy. Tylko tyle musimy wytrzymać, a potem...
Straszliwe rogi nieprzyjaciela znów zawyły, kiedy Kranolta szykowali się do ataku, tym razem jednak odpowiedział im inny dźwięk. Z zachodu dobiegło ostrzejsze, niższe trąbienie; Pahner spojrzał w tamtą stronę i zamarł.
Z lasu za zrujnowanym miastem wyłaniała się kolejna armia. Liczyła zaledwie ułamek początkowej hordy Kranolta, ale była wypoczęta i niewykrwawiona. Nowo przybyli wojownicy, ciężko uzbrojeni i opancerzeni, ruszyli do ataku. Towarzyszyły im flar–
ta – bez wątpienia tabor, który zostawili za sobą barbarzyńcy. Niektóre ze zwierząt wyglądały na okryte lśniącym brązem.
Armand Pahner spojrzał na odczyty komputera taktycznego i poznał smak krańcowej rozpaczy.
Posiłki Kranolta przewyższały liczebnie zmasakrowany tłum pod murem. Ich udział w szturmie miał skończyć nierówną walkę.
Kapitan patrzył na zbliżającą się śmierć jego żołnierzy, po czym głęboko odetchnął. Jeśli mieli polec, niech go diabli, jeśli zrobią to kryjąc się w dziurach, jak ostatni obrońcy Voitan.
– „Jeśli potrafisz na jednej szali położyć wszystkie twe sukcesy...” – szepnął i otworzył częstotliwość ogólną.
– Kompania Bravo. Wszystkie jednostki, przygotować się do kontrataku. Przybyły właśnie nowe siły. Jeśli uszkodzimy ich 149
wystarczająco na otwartym terenie, zyskamy trochę czasu na przegrupowanie. Natychmiast po powrocie na te pozycje wszyscy mają wycofać się do twierdzy. Tam będziemy się bronić. – Jakby ktokolwiek z nas miał wrócić, pomyślał gorzko. – Wszystkie jednostki, uzbroić rannych i przygotować się do kontrataku.
* * *
– O, kurwa – wymamrotał Julian i zaczął przedzierać się przez barykadę zamykającą wrota twierdzy. Tak jak brama w murze, wejście do cytadeli było za duże, by zamontować w nich drzwi, które łatwo dałoby się zamykać i otwierać. Zamiast tego zabarykadowano je więc stosem zwalonych pni, poszczepianych razem pancerzami. Rozwłóczenie go było operacją trwałą; zamknięcie wejścia na nowo nie wchodziło w grę.
– Spokojnie – powiedział drżącym głosem Macek. – Damy radę.
– Jasne, jasne – mruknął Julian, wyrywając następny wspornik dzięki sile wspomaganego pancerza. – Przeżyjemy, dopóki nie wyczerpią się nam akumulatory. Będziemy patrzeć, jak Kranolta wszystkich wyrzynają. Potem będziemy musieli wyjść albo się podusimy.
– Pozabijamy ich – powiedział szeregowy. – Zabijemy większość z tych, co zostaną.
– Jasne, ale oni w tym czasie wyrżną resztki kompanii. Dlatego właśnie Stary nas tam nie wysłał.
Wyciągnął ostatni wspornik i otworzył wrota na dziedziniec.
Drzwi do bastionu trzeciego plutonu były już otwarte. Nikogo nie było widać, ale Julian wiedział, że wyjdą, kiedy Pahner wyda rozkaz. Drzwi drugiego plutonu po prostu... nie było. Plutonowy nie chciał wiedzieć, jak musiało wyglądać wnętrze wieży.
Wyjrzał nad stos gruzu, który kiedyś był kordegardą. Z podwyższenia przed twierdzą widział w oddali armię, którą zauważył