podobnie
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- mi nie utożsamić się z nimi, z tymi dziewicami cefalizacji wstecznej...
- 24 Mimo obolałości wszystkich członków, nasz rycerz był ożywiony i pewny siebie; i chociaż ciało jego przed chwilą domagało się podniesienia z...
- jest ich 19, pomijając planetki...
- Teraz już nie mierziło go wścibstwo...
- âźU mnie działa!â, kiedy błędy pojawiają się w już trakcie używania programu...
- i zjadł jedynego towarzysza podróży...
- Wstrzemięźliwość nie była więc cnotą powszechnie praktykowaną...
- Eryka gwałtownie zatrzymała wóz...
- i nauczyliśmy się stosować wymogi diety do tego stopnia, że sukces jest widoczny gołym okiem...
- nastąpiła ciemność...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Słowa kolęd były tam wprawdzie angielskie, ale melodie
przeważnie te same. Tyle że zamiast gęsi pieczono indyki. Ale święta
Bożego Narodzenia - czy się nazywa je Weinachten, czy Christmas -
są niemal identyczne w całym chrześcijańskim świecie. I dobrze jest,
kiedy można je spędzić w domu.
Wiedziałem, że z Lakenheath dostanę się łatwo do Londynu
służbowym autobusem, który odchodzi tuż po północy. A z Londynu
autostopem do domu moich rodziców w hrabstwie Kent. W ten
sposób zasiądę do świątecznego śniadania razem z całą rodziną.
Wysokościomierz wskazywał osiem tysięcy metrów. Wyrównałem
223
dziób maszyny, lekko zmniejszyłem gaz do ośmiuset siedemdziesięciu
kilometrów na godzinę i trzymałem się równo na kursie 265 stopni.
Gdzieś pode mną, w ciemności, musiała być teraz holenderska granica.
Byłem w powietrzu od dwudziestu jeden minut. Wszystko grało.
Ale po dziesięciu minutach lotu nad Morzem Północnym grać
przestało. Kłopoty zaczęły się tak niepostrzeżenie, że zauważyłem je
dopiero po kilku minutach. Przez dłuższy czas nie zdawałem sobie
sprawy, że w moich słuchawkach zapanowała grobowa cisza. Widocz-
nie moje myśli były tak intensywnie skupione na oczekującej mnie
rodzinie, że straciłem czujność i koncentrację. Dopiero kiedy spojrzałem
na kompas, żeby sprawdzić kurs, zorientowałem się, że coś jest nie
w porządku. Wskazówka kompasu, zamiast wskazywać niezmiennie
265 stopni, kręciła się leniwie w kółko, wskazując bez sensu to wschód,
to zachód, to południe, to północ.
Pomimo świątecznego nastroju zakląłem brzydko nie tyle na
kompas, co na mechanika, który był odpowiedzialny za sprzęt. To nie
żarty - znaleźć się w nocy bez kompasu w kabinie samolotu, nawet
jeżeli księżyc świeci tak jasno jak teraz. Ale nie traktowałem sprawy
zbyt serio. Za kilka minut połączę się z Lakenheath i otrzymam
z- lotniska precyzyjne instrukcje lądowania. Pokierują moim podejściem
sekunda po sekundzie, obserwując moją maszynę na ekranie radaro-
wym. Dobrze wyposażone lotniska mogą sprowadzić na ziemię samolot
nawet w najgorszą pogodę, śledząc jego kurs metr po metrze, aż do
momentu zetknięcia się z pasem.
Spojrzałem na zegarek: od trzydziestu czterech minut byłem
w powietrzu. Mogłem już spróbować nawiązania kontaktu z Laken-
heath. Znajdowało się na granicy zasięgu mego radia.
Przed połączeniem się z Lakenheath musiałem jednak poinfor-
mować kanał D, na który -byłem dotychczas nastawiony, o moim
małym problemie, i poprosić ich o poinformowanie Lakenheath, że
lecę bez kompasu. Nacisnąłem więc klawisz nadajnika i zawołałem:
- Celle Charlie Delta! Celle Charlie Delta wzywa kontrolę
północną Beveland...
Zamilkłem. Nie warto się było wysilać. Zamiast normalnych
trzasków, wynikających z zakłóceń atmosferycznych i echa mojego
głosu, w słuchawkach słychać było tylko stłumione mruczenie z maski
tlenowej. Moje słowa nie docierały nigdzie i do nikogo. Spróbowałem
po raz drugi. Skutek był ten sam. Daleko za mną, w ciepłych
pomieszczeniach betonowego budynku stacji kontroli północnej w Be-
veland siedzieli sobie ludzie przy tablicach kontrolnych, gwarzyli
wesoło, popijali gorącą kawę i kakao. Ale nie mogli mnie słyszeć. Moje
radio wysiadło.
224
Ogarnęło mnie rosnące uczucie paniki, które może zabić pilota
łatwiej niż katastrofa. Żeby je zwalczyć, przełknąłem ślinę i z wolna
policzyłem do dziesięciu. Następnie przekręciłem gałkę na kanał
F i spróbowałem wywołać Lakenheath, które leżało gdzieś przede
mną, pośród sosnowych lasów hrabstwa Suffolk, tuż na południe od
Thedfordu, i było wyposażone we wspaniałe urządzenie do na-
prowadzania zagubionych samolotów. Ale na kanale F radio było
również głuche. Mój głos bełkocący w masce tlenowej głuszyła
otaczająca ją guma. Jedyną odpowiedzią na moje wołanie był jedno-
stajny jęk silnika odrzutowego.
Niebo jest miejscem bardzo samotnym, zwłaszcza w zimową noc.
A jednoosobowy myśliwiec jest najbardziej samotnym miejscem na
świecie. Małe stalowe pudełko, pędzące mroźnym pustkowiem na
krótkich skrzydłach, napędzane przez płomień buchający z dyszy,
która co sekunda wyrzuca z siebie strumień spalin o sile ciągu
odpowiadającej sześciu tysiącom koni mechanicznych. Owa samotność
nie jest normalnie dotkliwa, a to dzięki świadomości, że wystarczy
jedno dotknięcie klawisza i pilot może się porozumieć z innymi
żywymi istotami, ludźmi z rozgałęzionej sieci stacji kontrolnych na
całym świecie, których jedyną troską jest jego bezpieczeństwo. Jedno
przyciśnięcie guzika nadajnika i dziesiątki mężczyzn i kobiet w wieżach
kontrolnych odbiorą jego sygnały, usłyszą jego wezwanie o pomoc.
Kiedy lotnik nadaje, na ekranach każdej z tych stacji ukazuje się linia
świetlna, łącząca środek ekranu z jego obwodem, na którym zaznaczone