pili, śmiali się,575a matka miała wrażenie, że coś więcej widzi tymi wytrzeszczonymi oczami, niżtylko to, że oni jedzą, piją, śmieją się...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Copyright by Wydawnictwo ZĹ‚ote MyĹ›li & Piotr Surdel FOREX – ANALIZA TECHNICZNA – darmowy fragment – kliknij po wiÄ™cej â—Ź str...
- Aviendha ubrała się, ale upłynęło sporo czasu, zanim usiadła, i jeszcze więcej, zanim Elayne zdołała ją przekonać, że nie powinny zawiązywać spisku...
- - Niedobitki Shaido wycofują się na północ - oznajmiła ponuro Amys - a coraz ich więcej przekracza Mur Smoka, jednak Rand al'Thor najwyraźniej o nich...
- ciekawe i co mnie osobiĹ›cie bardzo zaskoczyĹ‚o — zdaĹ‚em sobie spra- wÄ™, ĹĽe czasami pracujÄ…c mniej i krĂłcej, moĹĽna byĹ‚o zrobić wiÄ™cej, niĹĽ...
- A za chwilę Paris miała poprowadzić Park Lane przez parcours - pod okiem Jane Lennox, która zamierzała opuścić tonący statek Jade’a...
- Jak dotąd połączenie wyprawy na zakupy i misji szpiegowskiej szło całkiem nieźle, co wskazywało, że Pedi miała prawdopodobnie rację...
- Córka barona popatrzyła na nią pytającym wzrokiem i usiadła na krześle przy stole, gdyż nie miała siły utrzymać się na nogach...
- Mężczyzna przybyły po tym, który was przed chwilą oczarował, życzył sobie, by przedstawiona mu kobieta miała niestrawność...
- wzrok, by dojrzeć coś więcej przez gęsty śnieg, lecz światło zamrugało i zgasło...
- - Gdyby tam miała stale zamieszkać, Poppea pogadałaby o niej z Lokustą, ale przez kilka dni nic jej nie grozi...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Mówiła, że nie bardzo jej się podobał,
lecz właśnie oczy miał jakieś takie głębokie, że same przyciągały.
- Nie skąpcie sobie. Jesteście dzisiaj moimi gośćmi - zapraszał na dobre już
rozochocony dziadek restaurator. - A niechby czasem tylko pobyła trochę za
bufetem, waliliby drzwiami i oknami. Szedłby interes, o, już widzę. Można byłoby
i gorące wprowadzić. Kotlety, flaki, bigos. -1 zwracając się do stojącego wciąż
tam, w najodleglejszym kącie sali, ojca: - Nie musiałbyś nigdzie wyjeżdżać,
Zygmunt, i posady szukać. Tu miałbyś do końca życia posadę. No, co, synu? Weź
sobie krzesełko, przysiądź się do nas. Co tam tak wystajesz? Ta ślicznocha
jeszcze gotowa pomyśleć, żeś niezdatny. A przecie żeś oficer. Rzuć no jakąś
komendę, niech usłyszą. Baczność! - zaśmiał się dziadek restaurator, a drugi
dziadek powiedział:
- Zostawcie go, muszą sami. Jak żyta czy pszenicy nie przyspieszy, żeby prędzej
dojrzało, tak i z ludźmi. Muszą sami. Nikt się tego samego dnia nie poznaje i
tego samego dnia nie żeni. Muszą sami.
A matce żal się ojca zrobiło, bo w tych jego wytrzeszczonych oczach, gdy tak
stał w tym półmroku w najodleglejszym kącie sali, jakby już wtedy śmierć
zobaczyła, i z tego żalu go pokochała. Ale być może dlatego tak mówiła, bo nie
mogła mu darować, że ją odumarł. Kiedy oświadczyłem się już Annie i powiedziałem
jej o tym, spytała mnie:
- Kochasz ją? Bo ja za twoim ojcem bym w ogień skoczyła.
To znów innym razem powtarzała, że ojciec z ojcem ożenili ich, to nie miała
nawet kiedy go pokochać, a po ślubie zaczęły się zmartwienia, z czego będą żyli,
gdzie będą mieszkali i inne, więc tym bardziej nie miała kiedy.
576
Rok mieszkali u dziadka restauratora i matka stała za bufetem. Chłopy
rzeczywiście walili drzwiami i oknami, jak przewidywał dziadek, lecz dziadek się
za to rozpił, rozpił się też kelner i musiała matka sama z pijakami się
szamotać, rozpędzać awantury, łagodzić kłótnie, sama podawać, sama nalewać,
podliczać, sama sprzątać. I wtedy ojciec się zbuntował, że nie upadł jeszcze tak
nisko, żeby jego żona z pijakami, i wyprowadzili się.
Po owej nocy u panien Ponckich poczułem się winny wobec Anny. I nie wiem
dlaczego, bo przecież nie znaliśmy się. Co prawda, była już moją udręką, odkąd
pierwszy raz ją ujrzałem na którejś z przerw w szkole, lecz ja zapewne, takie
mnie przynajmniej nawiedzały przypuszczenia, jeszcze w ogóle nie istniałem dla
niej. Chociażby na tyle, abym pojawił się, niechby i przelotnie, w widzeniu tych
jej wielkich, zdziwionych oczu na którejś z przerw.
To poczucie winy objawiało się przede wszystkim tym, że chodziłem za nią i
zarazem jej unikałem. Gdy tylko gdzieś ją tam dojrzałem, czy na mieście, czy w
parku, czy kiedy po lekcjach ze szkoły wracałem, choćby daleko przede mną szła,
skręcałem w bok, w pierwszą nadarzającą się uliczkę, wpadałem w jakąś bramę, do
sklepu, do knajpy, do kościoła, przylegałem z nagła zapatrzony do jakiejś
wystawy, kryłem się za ludźmi, za drzewami czy po prostu przystawałem, aż
odejdzie na bezpieczną odległość, żeby nawet gdy odwróci głowę, nie dojrzała
mnie. Podobnie na przerwach w szkole wybierałem zwykle takie miejsca na
dziedzińcu, skąd mógłbym ją widzieć, sam nie będąc widziany. Choć jeśli to nie
była duża przerwa, najczęściej w ogóle nie opuszczałem klasy w obawie, żebyśmy
się na siebie nie natknęli.
Co jednak najdziwniejsze, to poczucie winy nie było mi tak całkiem nieprzyjazne,
a nawet łapałem się często na tym, że jakkolwiek dręczy mnie, dobrze mi z nim.
Wystarczyło, że
577
jakiegoś dnia nie zobaczyłem jej w szkole, nie spotkałem przypadkiem na mieście,
wówczas wręcz wypychało mnie z domu i krążyłem po ulicach, zaułkach, wzdłuż i
wszerz miasta, nieraz do samego zmierzchu, wezbrany udręczoną nadzieją, że ją
spotkam. A gdy zdarzyło się, że spotkałem ją, kryłem się jak zwykle, żeby mnie
nie spostrzegła.
Miasto było ścieśnione na niewielkiej przestrzeni, wyznaczonej przez wzgórze, na