parki
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxc
- - Żebyście właśnie wiedzieli, że ja i wy, i my wszyscy mamy spory udział w ich spadkach...
- --- Wódz Czarna Chmura zapewne także przeżywa kłopoty z żonami...
- mówi
- jan brzechwa, wlosJan BrzechwaWłosPan starosta jadł przy stole,Naraz patrzy - włos w rosole...
- - Wyliże się z tego...
- Potykając się i chwiejąc na nogach, Jimmy cofał się przed morzem płomieni...
- Rhys opowiadał Elżbiecie o swoim dzieciństwie...
- Badacze uważają, że istnieje związek między tym imieniem a huryckim terminem ofiarnym azazhum/azuzhi, który ma się wywodzić z rdzenia semickie-go...
- - Nie, od czasu, kiedy na jakimś przyjęciu wypiłem bez niczyjej pomocy galon whisky...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
— Bóg wie. . .
Beaumont ruszył po drabince i kiedy znajdował się niemal na jej szczycie,
mżawka przed dziobami podniosła się. Jego oczom ukazało się coś na kształt gó-
ry. Ukazało się, potem zniknęło. Góra — w odległości zaledwie jednego jarda.
Wsunął się na mostek. Grayson i Langer za nim. Schmidt stał na przedzie most-ka przy otwartym oknie, a lodowate powietrze błyskawicznie wypierało ciepło.
Sternik, mimo iż nigdzie nie płynęli, nadal dzierżył ster. Podłoga przechyliła się w stronę rufy. DaSilva wychylał się przez drugie okno usiłując dojrzeć coś za lewą burtą. Silniki zamarły. Schmidt obejrzał się przez ramię i dostrzegł Beaumonta.
— Niech pan podejdzie na chwilę, Beaumont — zawołał. Jego głos był obo-
jętny, z twarzy zniknął gniewny wyraz. — Gorzej być nie mogło. Wpłynęliśmy
na górę lodową.
Oszacowanie nowej niespodziewanej pozycji, w jakiej się znaleźli, zajęło im prawie godzinę. „Elroy” sunąc powoli przez gęstą mżawkę, wpłynął w niewielką zatoczkę na brzegu gigantycznej góry lodowej. Przebyli tę zatoczkę w niecałą minutę i dzioby natrafiły na szeroką lodową pochylnię, która utworzyła się na zboczu góry, pełniąc rolę ogromnej naturalnej rampy schodzącej w morze. Schmidt zareagował bardzo szybko, przy pierwszym rozdzierającym dźwięku. Jednak było już za późno: dzioby i cała przednia część statku uniosły się nad wodą, jak uwięzione w suchym doku, podczas gdy śruba za dziobem pozostała pogrążona w głębokiej wodzie.
Schmidt zatrzymał silniki 6500-tonowego okrętu unieruchomionego na lodo-
wej wyspie z dziobami i jedną trzecią kadłuba zaczepionymi na tej naturalnej pochylni. Pozostałe dwie trzecie statku i śruba tkwiły w wodzie zatoczki. Przy drugim końcu pochylni wznosiły się ostro do góry ściany góry lodowej przesłonięte gęstą mżawką, połyskujące zielonkawo w strumieniu światła szperacza, 181
wielkie jak klify. Schmidtowi wydawało się to wszystko całkowicie nierealne, a Beaumont odbierał zdarzenie jedynie jako niecodzienne. Przed rokiem brytyjski trawler znalazł się w podobnej sytuacji w okolicach Spitsbergenu. W gęstej mgle wpłynął dość głęboko na pochylnię utworzoną przez lód na krańcu pływającego pola lodowego. Wówczas kapitan chwycił się najprostszego sposobu — włączył
wsteczny bieg i śruba ściągnęła trawler z powrotem na wodę.
— Jezu! — zawołał DaSilva od tylnego okna na mostku. — Jak myśmy, do
diabła, przez to przebrnęli?
Wszyscy przeszli do tylnego okna, Schmidt zamrugał z niedowierzaniem.
Mżawka opadła nieco i na chwilę ich oczom ukazała się niewielka zatoczka ogra-niczona zakrzywionymi ramionami otaczającymi wejście. Jedynie cudowi można
było przypisać fakt, że „Elroy” płynąc na ślepo przez marznącą mżawkę zdołał
ominąć oba ramiona zatoki. Mżawka przybrała na sile, zamazała zakrzywione ramiona jednolitego lodu.
— Przy odrobinie rozumu i kupie szczęścia powinno nam się udać wydostać
stąd — powiedział w zamyśleniu Schmidt. — Większa część statku jest nadal
w wodzie, więc jeśli damy wsteczny bieg, śruba powinna nas ściągnąć z pochylni
— wypuścił powietrze z płuc. — Czy to jest już najgorsze, co mogło nam się
zdarzyć?
— Wie pan, że lód odpadł? — spytał Beaumonta DaSilva. — Odpadł, kiedy
uderzyliśmy w tę pochylnię. Niech pan spojrzy.
Beaumont popatrzył w stronę lewej burty, gdzie mżawka podniosła się nad
pochylnią. Nic dziwnego, że nie mógł dojrzeć lewej burty, gdy wspinał się na mostek. W miejscu lewej burty nie było nic do oglądania. Kiedy kil statku wdzierał
się w lodową pochylnię, góry lodu, które przez tyle wyczerpujących godzin pró-
bowano wyrzucić za burtę, odpadły, zabierając burtę ze sobą. Obok statku leżała ogromna sterta skruszonego lodu, gdzieniegdzie spośród tego chaosu wystawa-
ły fragmenty lewej burty. Przed dziobami poruszały się postacie odziane w futra.
Byli to marynarze, którzy na polecenie Schmidta zeszli na lód po sznurowych dra-binkach i badali górę. Niknęli we mgle jak duchy. W pobliżu dziobów, gdzie burta pozostała nie tknięta, wychynęła czyjaś głowa. Langera. Wspiął się po drabince i dołączył do stojących na mostku.
— To nie jest góra-widmo, Keith, jestem tego pewien. . .
— Jesteś pewien?
— Całkowicie. Sam i ja wspięliśmy się na nią tak wysoko, jak daliśmy radę.
Jest z jednolitego lodu. To klif lodowy. . .
— Widać ją teraz! — zawołał Schmidt z frontu mostka. Mżawka wirująca
w nieustannym ruchu rozsunęła się przed dziobami, ukazując na kilka minut cały majestat góry, na której zostali uwięzieni. Kilkaset jardów przed nimi lód wznosił
się pionowo jak klify w Dover. Mżawka przesunęła się dalej i wówczas ujrzeli, że urwisko zakrzywia się po obu stronach i łączy z ramionami zatoczki. Zostali 182
uwięzieni na ruchomej wyspie z jednolitego lodu, wewnątrz lodowego lewiatana o co najmniej milowej długości.
— Odwołać ludzi przez megafony — rozkazał szorstko Schmidt DaSilvie. —
Wypływamy stąd.
— Zdaje się, że chce pan natychmiast opuścić tę górę? — zapytał spokojnie
Beaumont.
— Tak szybko, jak to będzie możliwe — Schmidt zamilkł i przyjrzał się Be-
aumontowi. — Przez chwilę wydawało mi się, że zamierza pan uraczyć mnie
kolejnym ze swoich błyskotliwych pomysłów.
— Możliwe, że na razie bezpieczniej byłoby pozostać tu, gdzie jesteśmy.
— Uwięziem tutaj? W kompletnym bezruchu? Chce pan przecież kiedyś wró-
cić do domu, prawda?
— Nie tkwimy w bezruchu — sprostował Beaumont. — Wiem, że nie czuje-
my ruchu, ale obaj zdajemy sobie sprawę z tego, że się poruszamy. Ta ogromna góra cały czas dryfuje na południe. Z Prądem Wschodniogrenlandzkim. W zaokrągleniu możemy przyjąć, iż płyniemy z prędkością dwudziestu mil dziennie..
— Nie pobijamy rekordów szybkości, prawda? — zauważył sucho Schmidt.
— A czy naprawdę musimy? — nalegał Beaumont. — Kilka godzin temu
Quinn przyniósł wiadomość, że radzieckie trawlery znajdują się czterdzieści mil na południe od nas, a „Rewolucja” zaledwie trzydzieści. Teraz są znacznie bliżej.