— Po tym, być może, go odnajdziemy — zasugerował Race, ale bez przekonania...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- By moe, i tu wanie odkryjemy jeszcze dziedzin naszego wynalazku, dziedzin, w ktrej zdoby si moemy jeszcze na oryginalno, naprzykad [!] jako parodyci...
- Statyczne pole magnetyczne może być wytwarzane przez sztabkowe magnesy trwale i przez elektromagnesy: Nie istnieją pojedyncze bieguny magnetyczne -...
- 08 Przynocie wic owoc godny nawrcenia,09 a nie wmawiajcie sobie: Abrahama mamy za ojca, bo powiadam wam: Z tych kamieni Bg moe wywie synw Abrahamowi...
- - Boże, za jakąś chyba dopłatą, no nie wiem, ale to jest chyba świr trochę, co? A może wszyscy tak mają na starość? Kurcze, wiesz co? Musisz sama sobie kupić ten...
- Przez jakiś czas obserwowałem ich i może dlatego, że byli nowi, patrzenie na nich sprawiało mi przyjemność; przy nich czułem się bezpieczny...
- Z drugiej strony ciekawym przykadem rnorodnoci motywacji, ktrymi kieroway si stare" i nowe" siy polityczne w ustalaniu ordynacji moe by ordynacja...
- Moze w zwiazku z tym pozostaje notatka, która tu wypisuje z poznanskiej "Teczy" nr 43 z roku 1928: "W miasteczku Kuncewicze na pograniczu wschodnim powstala wsród Zydów...
- Chociaż trenowałem i trenowałem godzinami, nie przypuszczałem, że dwanaście zaledwie minut walki może trwać tak bardzo długo...
- Aby współżyć w owocnej spółce z okrętem, trzeba poznać nie to, czego on dokonać nie może; trzeba raczej posiąść dokładną wiedzę o tym, na co się okręt...
- Zgromadzenie Oglne moe zwrci uwag Rady Bezpieczestwa na sytuacje, ktre mogyby zagraa midzynarodowemu pokojowi i bezpieczestwu...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
— Wątpię — odrzekł Poirot. — Na pewno obejrzy dokładnie pieniądze i z pewnością zauważy uszkodzenie. Jeśli, oczywiście, wykazuje skłonność do skąpstwa, to nie potrafi się zmusić do zniszczenia tysiącfrankowego banknotu, ale się boję, i to poważnie, że ma zupełnie odmienną naturę.
— Z czego to pan wnosi?
— Zarówno ta zbrodnia, jak zamordowanie pani Doyle, wymagają pewnych cech charakteru: odwagi, zuchwałości, śmiałości w czynach, błyskawicznego działania, a wszystkie te cechy nie idą w parze z oszczędnym i rozważnym usposobieniem.
Race pokiwał smutno głową.
— Sprowadzę tu lepiej Bessnera.
Rzeczowe oględziny lekarskie nie zajęły zażywnemu doktorowi wiele czasu.
Pośród licznych „achów” i „ochów” zrobił co należało.
— Nie żyje od przeszło godziny — oświadczył. — Śmierć była bardzo szybka, natychmiastowa.
— Jakiego, zdaniem pana, użyto narzędzia?
— To jest właśnie ciekawe. Zapewne czegoś bardzo ostrego, bardzo cienkiego i delikatnego. Mógłbym panom coś takiego pokazać.
Kiedy ponownie znaleźli się w jego kajucie, otworzył walizeczkę z narzędziami i wyjął z niej długi, delikatny skalpel.
— Coś w tym rodzaju, mój przyjacielu. Żaden pospolity kuchenny nóż.
— Mniemam — zasugerował uprzejmie Race — że nie brakuje panu… żadnego z tych noży, doktorze?
Bessner wlepił w niego wzrok, a twarz aż mu poczerwieniała z oburzenia.
— Co pan powiedział?! Sądzi pan, że ja, Karol Bessner, znany w całej Austrii z moich klinik i wysoko urodzonych pacjentów, miałbym zabić jakąś tam nędzną femme de chambre?* Ależ to śmieszne, absurdalne, co pan mówi! Żadnego z mych lancetów nie brakuje, ani jednego, zapewniam pana. Wszystkie są tutaj, w porządku i na swoim miejscu. Może to pan sam stwierdzić. i A takiej zniewagi dla mego zawodu nigdy nie zapomnę.
Zamknął walizeczkę z trzaskiem, odstawił na bok i ciężko stąpając wyszedł na pokład.
— Ho! ho! — odezwał się Simon. — Ale go panowie wytrącili z równowagi!
Poirot wzruszył ramionami.
— Istotnie, godne ubolewania… To było biedne posunięcie. Kochany Bessner to najlepszy człowiek pod słońcem, choć jest takim boszem.
Nagle pojawił się Bessner.
— Zechcą panowie teraz opuścić łaskawie moją kajutę. Muszę zmienić pacjentowi opatrunek na nodze.
Razem z nim weszła panna Bowers i tchnąć energią oraz zawodową gotowością stała czekając na wyjście Race’a i Poirota.
Obaj potulnie skierowali się ku wyjściu. Race coś wymruczał i poszedł w swoją stronę. Poirot skierował kroki na lewo.
Posłyszał urywki dziewczęcej rozmowy i wybuchy śmiechu. W kajucie pani Otterbourne była Rozalia z Jacqueline. Dziewczęta stały nie opodal drzwi, które pozostawiły otwarte. Gdy padł na nie cień Poirota, uniosły głowy. Dostrzegł, że Rozalia po raz pierwszy uśmiechnęła się do niego, nieśmiałym i serdecznym uśmiechem, trochę jeszcze niepewnym, jak u człowieka, który dopiero zaczął robić jakąś rzecz nową i niezwyczajną.
— Plotkujecie, moje panny? — zawołał w ich stronę.
— Ależ skądże! — odpowiedziała Rozalia. — Prawdę mówiąc, to porównywałyśmy nasze szminki.
Poirot uśmiechnął się.
— Ach, te dzisiejsze fatałaszki! — powiedział. Uśmiech jego był jakby trochę zdawkowy i bardziej spostrzegawcza od Rozalii Jacqueline prędzej to zauważyła. Odłożyła szminkę, którą właśnie trzymała, i wyszła na pokład.
— Czy… coś… Znowu coś się stało?
— Tak, zgadła pani. Stało się.
— A co? — z kajuty wyszła też i Rozalia.
— Następna śmierć.
Rozalia zaczerpnęła gwałtownie oddechu. Poirot obserwował ją badawczo. Dostrzegł, jak w jej oczach pojawiła się na moment panika, a potem coś więcej, bo konsternacja.
— Zabito pokojówkę pani Doyle — powiedział bez ogródek.
— Zabito? — wykrzyknęła Jacqueline. — Mówi pan, że ją zabito?
— Właśnie to mówię — odparł. Pozornie rzucił odpowiedź Jacqueline, ale bacznie przyglądał się Rozalii. Do niej to właśnie odnosiły się dalsze jego słowa.
— Pokojówka zobaczyła coś, czego widzieć nie powinna. Toteż sprzątnięto ją na wszelki wypadek, żeby czegoś nie wypaplała.
— Co ona takiego widziała?
Znowu pytanie zadała Jacqueline i znów Poirot skierował swą odpowiedź do Rozalii. Było coś dziwnie teatralnego w tej scenie, napisanej jakby dla trojga aktorów.
— Wiemy już, niemal na pewno, co mogła zobaczyć — odrzekł. — Otóż widziała owej tragicznej nocy kogoś, kto wszedł i wyszedł z kajuty pani Doyle.
Szybko nastawił uszu. Posłyszał zaczerpnięcie oddechu, dojrzał trzepotanie powiek. Rozalia Otterbourne zareagowała tak, jak powinna była, zgodnie z jego życzeniem.
— Czy powiedziała, kogo zobaczyła? — spytała Rozalia.
Łagodnie i z wyrazem ubolewania Poirot pokręcił głową. Rozległy się czyjeś kroki na pokładzie. Była to Kornelia Robson. Miała szeroko otwarte, przerażone oczy.
— Ach, Jacqueline! — zawołała. Stało się coś strasznego. Jeszcze jedna okropna rzecz!
Jacqueline odwrócił się w stronę Kornelii i obie ruszyły przed siebie. Poirot i Rozalia niemal bezwiednie poszli w przeciwną stronę.
— Czego pan tak mi się przygląda? — spytała ostro Rozalia. — Co pan ma na myśli?
— Zadała mi pani dwa pytania. Ja w zamian zadam pani jedno. Czemu pani nie powie mi całej prawdy, mademoiselle?
— Nie wiem, o co panu chodzi? Przecież powiedziałam wszystko… dziś rano.
— Na pewno nie wszystko. Nie powiedziała mi pani, że nosi w torebce pistolet małego kalibru, który ma rękojeść z perłowej masy. Nie powiedziała mi pani wszystkiego, co widziała owej nocy.
Rozalia zaczerwieniła się.
— To nieprawda — odrzekła szorstko. — Nie mam żadnego rewolweru.
— Nie mówiłem, że to rewolwer. Powiedziałem, że nosi pani w torebce mały pistolet.
Obróciła się szybko na pięcie, wpadła do kajuty i wnet powróciła wpychając w ręce Poirota swoją szarą, skórzaną torebkę.