- O rety...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- laktokokcyna M (LcnM i LcnN) Lactococcus cremoris 9B4 (16) laktacyna F (LafA i LafX) Lactobacillus jonhsonii...
- Ze swojej strony wcale nie musiała niczego udawać...
- - Mam na myśli że starsza niż inne - wymamrotał, czerwieniąc się...
- szony był również, tym nade wszystko, że osiągnął swój cel...
- Tabakierka, również złota, zawierała medalion pełen włosów, które na pozór świadczyły o miłosnych podbojach...
- Spróbowałem tresury powtórnie, kiedy złowiłem kolejnego żółwia...
- Ale kapłan milczał...
- Zagryzła wargę i skupiła myśli na prawdziwym kłopocie...
- jeśli jest to tylko ,,odcisk energii" we wszechświecie)...
- A tu masz glukowit...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
.. - jęknął Dań.
- Proszę pana - zaczęła Liz. - Czy może pan powiedzieć, jak się nazywa?
- Z niebem zabawa, grozi niesława. Drobne osobliwości nie tworzą parzystości.
Baker westchnÄ…Å‚.
- To jakiÅ› czubek, skarbie.
- W innych okolicznościach nazwałabym go dosadniej... - Liz nie chciała się jednak poddać. - Słyszy mnie pan? Jak mamy się do pana zwracać?
- Mówcie mi Gordon! - huknął starzec. - Może być Gordon, może być Stanley. I tak zostanie w rodzinie.
- Ale... ProszÄ™ pana...
- Nie męcz go, Liz - mruknął Baker. - Może się trochę uspokoi. Przed nami jeszcze kawałek drogi.
Nieznajomy znów ryknął na cały głos:
- Do rodzinnych stron, stara czarna magia, przykra jak nostalgia, a wieśniacza piana do włóczęgi skłania... - Umilkł niespodziewanie, lecz po chwili znów zaczął śpiewać.
- Boże - jęknęła Liz. - Długo będziemy musieli to znosić?
- Lepiej nie pytaj.
* * *
Uprzedził telefonicznie izbę przyjęć, kiedy więc zatrzymał mercedesa przed kremowo-czerwonym portalem oddziału urazowego szpitala McKinleya, sanitariusze czekali już z noszami na wózku. Starzec dał się na nich położyć, ale gdy zaczęli zapinać pasy zabezpieczające, ożywił się i krzyknął:
- Precz z Å‚apami! Precz z pasami!
- To dla pańskiego bezpieczeństwa - wyjaśnił sanitariusz.
- To twoje zdanie, mnie nie omamisz! Bezpieczeństwo to ostatnie schronienie łajdaków!
Baker patrzył z podziwem, jak sanitariusze wprawnie radzą sobie z niesfornym pacjentem. Położyli go delikatnie, lecz stanowczo, i zapięli pasy. Nie mniejsze wrażenie zrobiła na nim energiczna, drobna, ciemnowłosa kobieta w białym fartuchu, która wyszła z budynku.
- Nazywam się Beverly Tsosie - powiedziała, wyciągając rękę na powitanie - jestem lekarzem dyżurnym.
Odprowadziła spojrzeniem szamoczącego się i protestującego mężczyznę, którego sanitariusze powieźli do izby przyjęć. Z głębi korytarza doleciał jeszcze głośniejszy okrzyk:
- Quanto va piana do włóczęgi skłania...
Wszyscy siedzący w poczekalni patrzyli na dziwnego pacjenta. Baker zauważył dziesięcioletniego chłopca z rękaw gipsie, który spojrzał na mężczyznę z wyraźnym zainteresowaniem i szepnął coś do matki.
Starzec zawył przeciągle:
- Dooo rooodziiinnych strooon!...
- Od jak dawna jest w takim stanie? - zapytała doktor Tsosie.
- Od początku, od kiedy go znaleźliśmy.
- Był spokojny tylko wtedy, kiedy spał - dodała Liz.
- Stracił przytomność?
- Nie.
- Skarżył się na nudności? Wymiotował?
- Nie.
- Gdzie go państwo znaleźli? Za Corazón?
- Tak. Osiem, może nawet dwanaście kilometrów za kanionem.
- To zupełne pustkowie.
- Zna pani te okolice?
- Wychowałam się tam - odparła z uśmiechem. - W Chinle.
Sanitariusze z pacjentem zniknęli za wahadłowymi drzwiami oddziału. Krzyki nieco przycichły.
- Proszę tu zaczekać - powiedziała doktor Tsosie. - Wrócę, gdy tylko będziemy mieli wstępne rozpoznanie. Trochę to potrwa. Mogą państwo przez ten czas zjeść lunch.
* * *
Beverly Tsosie pracowała w szpitalu uniwersyteckim w Albuquerque, od pewnego czasu jednak przyjeżdżała na dwa dni w tygodniu do Gallup, żeby opiekować się swoją babką. Chcąc trochę dodatkowo zarobić, brała dyżury na Oddziale urazowym szpitala McKinleya. Podobały jej się nowoczesne wnętrza, kremowo- czerwona kolorystyka i atmosfera typowego szpitala rejonowego, dobrze służącego miejscowej społeczności. I polubiła Gallup, znacznie mniejsze od Albuquerque. Czuła się swojsko wśród współplemieńców.
Zazwyczaj na urazówce panował spokój. Pojawienie się nadzwyczaj ożywionego, krzykliwego pacjenta wzbudziło więc zainteresowanie. Kiedy Tsosie weszła za zasłonkę, mężczyzna był już rozebrany z grubej brązowej szaty. Sanitariusze zdejmowali mu adidasy. Wciąż się szamotał, aż trzeba było mocniej zapiąć pasy bezpieczeństwa. Nie bez wysiłku ściągnięto z niego dżinsy. Flanelowa koszula rozerwała się podczas zdejmowania.
Nancy Hood, siostra oddziałowa, orzekła, że nie ma się czym przejmować, bo koszula i tak była już zniszczona. Przez lewą pierś ciągnęło się ukosem długie, byle jak zszyte rozdarcie.
- Pewnie sam ją naprawiał. Powinien poprosić jakąś kobietę, zrobiłaby to dużo lepiej. Nieprawda. - Sanitariusz podniósł koszulę do światła. - W tym miejscu wcale nie była zszywana, materiał jest cały. Dziwne, kraciasty wzór nie pasuje do siebie, dolna część jest większa od górnej...
- Tak czy inaczej, nie ma czego żałować - powtórzyła oddziałowa. Rzuciła koszulę na podłogę i zwróciła się do Tsosie: - Chcesz go od razu zbadać?
Pacjent był zbyt rozgorączkowany.