A tu masz glukowit...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- -------------------{ACTI_Misc00_Text_01_Title} Zadanie{ACTI_Misc00_Text_01_Text1}Twoim zadaniem jest zniszczenie nieprzyjaciela!-------------------{ACTI_Misc01_Text_01_Title} Zadanie{ACTI_Misc01_Text_01_Text1}Twoim zadaniem jest zniszczenie wikszo[ci oddziaBw wroga!-------------------{ACTI_Misc02_Text_01_Title} Zadanie{ACTI_Misc02_Text_01_Text1}Masz za zadanie doprowadzi swoich ludzi do fortu!-------------------{ACTI_Misc03_Text_01_Title} Zadanie{ACTI_Misc03_Text_01_Text1}Twoim zadaniem jest przejcie kontroli nad t lokacj!-------------------{ACTI_Misc04_Text_01_Title} Zadanie{ACTI_Misc04_Text_01_Text1}Twoim zadaniem jest zajcie tej osady!-------------------{ACTI_Misc05_Text_01_Title} Zadanie{ACTI_Misc05_Text_01_Text1}Twoim zadaniem jest zajcie miasta!-------------------{ACTI_Misc06_Text_01_Title} Zadanie{ACTI_Misc06_Text_01_Text1}Masz za zadanie odnalez i zabi tego czBowieka!-------------------{ACTI_Misc07_Text_01_Title} Zadanie{ACTI_Misc07_Text_01_Text1}Twoim zadaniem jest obrona tej lokacji!-------------------{ACTI_Misc08_Text_01_Title} Zadanie{ACTI_Misc08_Text_01_Text1}Twoim zadaniem jest obrona miasta!-------------------{ACTI_Misc09_Text_01_Title} Zadanie{ACTI_Misc09_Text_01_Text1}PLACEHOLDER************************************************************ ** CAMPAIGN ADVICE ** ************************************************************-------------------{Prologue_ROME_ITALY_MUST_BE_UNIFIED_Text_01_Text1b_Title} Mapa kampanii{Prologue_ROME_ITALY_MUST_BE_UNIFIED_Text_01_Text1b_Text1}Oto tereny wokB Rzymu
- Na su wa siê py ta nie: dla cze go masz p³aciæ za coœ, co mo¿esz mieæ za dar mo? Czy Tim O'Reilly po stra da³ zmys³y i wy da je coœ, co ka ¿dy mo¿e so bie sam wy dru ko...
- – Nie masz powodu, by kochać którekolwiek ze swych rodziców, Gwydionie – powiedziała Morgiana i jej dłoń zacisnęła się na jego ręce, ale zadziwił...
- – Co masz na myśli?– Myślę o Kamili...
- — Co ty tam masz na ekranie? — zapytała Gale, za sprawą widocznej konsternacji Joanny jeszcze bardziej zaciekawiona...
- – Nie masz mi nic do powiedzenia – odparł, nie potrafiąc ukryć pobrzmiewającej w jego głosie konsternacji...
- - Co masz zamiar zrobić z tym Rosjaninem, Sanji? Czy jego też zabijemy, żeby im dać nauczkę?- Nie...
- - Masz zupełną rację - przyznał Oliveira...
- - Masz rację...
- Nie masz te,nie masz adnego w tym cudu,Kiedy raz na dno,pod oboki drugiLatajc,musi nadweredzi fugi;Wpadszy w najgbsze na ostatek...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Połknij! — nim się Bączek zorientował, już mu wsypali do
ust całą porcję odżywki.
Gorzej było z nacieraniem. Bączek nie dał się dotknąć Jarkowi i zaraz pod-
nosił wrzask. Na szczęście nadbiegł Odjemek Mniejszy, prowadząc z sobą brata
Odjemka Większego.
Stanęli nad jęczącym reprezentantem i zapytali:
— Co mu jest?
— Boli go mięsień.
196
— Kładź się — powiedzieli Odjemkowie i nie czekając, aż się sam położy, rozciągnęli go sprawnie na kocu, na trawie. — Na takie rzeczy nie ma jak masaż!
Po czym zabrali się fachowo do roboty. Miętosili, klepali, rozcierali nieszczę-
sny mięsień reprezentanta. Wszyscy zawsze podziwiali nadzwyczajne zgranie
braci Odjemków, ale to, co pokazali teraz na łydce Bączka, było zaiste koncer-
tem braterskiej harmonii i współdziałania.
Niestety, trzeba z przykrością stwierdzić, iż reprezentant Aklasistów nie doce-
nił tych szlachetnych zabiegów. Nie tylko nie okazał należnej wdzięczności, ale
co gorsza począł wyrywać się rozpaczliwie, wydając zwierzęce, nieartykułowane
wrzaski:
— Aaa!!! Aoouuuch! Moja łydka! Nie chcę!! Wolę nie jechać! Puśćcie!
Wszyscy Aklasiści byli zgorszeni tak haniebnym zachowaniem się reprezen-
tanta i oglądali się z lękiem, czy ktoś z Beklasistów nie słyszy tego wszystkiego.
Dopiero by sobie Beksa użył na nich! Co za wstyd!
Tylko bracia Odjemkowie nic sobie nie robili z krzyków pacjenta i sumiennie
kontynuowali masaż.
— Normalna historia — pocieszali przygnębionych Aklasistów. — Nie przej-
mujcie się. To mu dobrze zrobi. Wszyscy początkujący tak krzyczą. . . Myślą, że
być czołowym zawodnikiem i reprezentantem to sama cześć, chwała i przyjem-
ność. . . No, no. . . spokojnie, bratku, nie fikaj! — powalili z powrotem na koc
wyrywającego się Bączka. — A widzisz, kopiesz już! Nóżka nie boli.
Istotnie, masaż musiał pomóc Bączkowi, bo kiedy wyrwał się wreszcie opraw-
com, nic już nie utykał. . . Zresztą, kto go tam wie! Może tylko ze strachu przed
powtórzeniem zabiegów udawał, że nie utyka, a nawet podskakiwał i drobił
w miejscu małymi kroczkami jak zawodnicy przed startem. Chciał widać zatrzeć
złe wrażenie.
Jarek przyglądał mu się ze ściągniętymi brwiami. „A jednak szkoda — pomy-
ślał — szkoda, że to nie ja”.
— No, Strzębski, jedziemy już — usłyszał szept i poczuł na ramieniu ciężką
łapę Krapula.
— Dokąd chcesz jechać? — zapytał niechętnie Jarek. — Wolałbym zostać
przy mecie.
— Ciii. . . — uciszył go Krapulski i odciągnął na bok. — Mów cicho, żeby
nie słyszeli, bo gotowi popędzić za nami. Tutaj nic nie zobaczysz — szeptał. —
Patrz, ile ludzi wali. Niedługo nie będzie gdzie szpilki wetknąć. Zresztą. . . mamy przecież robić zdjęcia. Zapomniałeś?
— Nie. Ale zdaje mi się, że najciekawsze zdjęcia są przy mecie. Tu się prze-
cież wszystko rozstrzyga.
Krapulski zaśmiał się.
— I ty to mówisz, stary kolarz! Przecież znasz tegoroczną trasę! Nie, bracie,
w tym roku rozstrzygnięcie nastąpi znacznie wcześniej. No, pomyśl, gdzie!
197
— Na Diablim Zjeździe? — zapytał niepewnie Jarek.
— Ciiicho. . . nie tak głośno. . . — obejrzał się niespokojnie Krapulski. — No
pewnie, że na Diablim Zjeździe. Zobaczysz, co tam się będzie wyrabiać! A my to
wszystko, bracie, na obiektyw! Takie zdjęcia to majątek!
Wsiedli na rowery i odjechali ukradkiem. Ścieżka prowadziła zrazu przy mu-
rze ogrodu, a potem poczęła wspinać się na zbocze starej, częściowo już zadrze-
wionej hałdy. . . Na ostatnim odcinku pod górę zsiedli z rowerów. Podjazd był
zbyt męczący. . . A mokre jeszcze od niedawnego deszczu gałęzie nieprzyjemnie
biły ich po twarzy. . .
Wreszcie minęli zakręt. Wyszli z zagajnika i zatrzymali się na małej, trawiastej
platformie.
Pod nimi wiła się śmiałym zygzakiem prosto w dół niebezpieczna, oślizgła
ścieżka i znikała w miejscu, gdzie kałuże rozlewisk błyszczały jak stłuczone lu-
sterka. Spłoszony gawron zerwał się z posępnym krakaniem. Mimo, że znali to
miejsce, zawsze robiło na nich silne wrażenie.
— Tutaj się zatrzymamy — powiedział Krapulski. — To najlepsze miejsce.
Stąd wszystko będzie widać. Daj aparat. — Przewiesiwszy sobie aparat przez
ramię, oparł się swobodnie o rower i zapatrzył w dół.
— Na kogo postawiłeś? — zapytał nagle.
— Ja? Na nikogo — odparł Jarek.
— Nie zrobiłeś zakładu? — zdziwił się Krapulski.
— Nie.
— Ja zawarłem sześć!
— Będziesz bogaty — mruknął Jarek.
— Ja też tak myślę. Szkoda, że nie założyłeś się. . . Chociaż nie wiem. . . Może
dobrze zrobiłeś, że się nie założyłeś. Pewnie postawiłbyś na Beksę, co?
Jarek milczał.
— No, gadajże!
— Chyba tak.
— Otóż to właśnie — zaśmiał się Krapulski. — Prawie wszyscy postawili na
Beksę. A Beksa nie wygra.
— Dlaczego nie wygra? — zdziwił się Jarek.
Krapulski wzruszył ramionami i uśmiechnął się tajemniczo pod długim no-
sem.
— Zobacz, jak dziś wygląda Diabli Zjazd — mruknął po chwili i powtórzył
z przekonaniem: — Tak, Beksa tu się rozłoży.
— Inni też mogą się rozłożyć — zauważył Jarek.
— Tak, mogą, ale Beksa rozłoży się na pewno.
— Skąd wiesz? Beksa to świetny zawodnik.