Niżej ujrzeli staw, wyglšdajšcy prawie jakrzeczka, taki był długi i kręty...
Serwis znalezionych haseĹOdnoĹniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby siÄ tonÄĹo, jak gdyby grzebano ciÄ w ziemi.
- Od strony ulicy prawie wszystkie bary oraz mniejsze sklepy zamiast Ĺcian miaĹy róşnego rodzaju Ĺźaluzje, ktĂłre usuwano caĹkowicie lub rolowano na czas otwarcia...
- W ciÄ gu trzech pierwszych miesiÄcy od czasu przeniesienia siÄ do nowej siedziby byĹem wciÄ Ĺź bardzo zajÄty i prawie nie widywaĹem mego przyjaciela Holmesa...
- ChoÄ na pierwszy rzut oka Terranova wydawaĹa siÄ zwarta i masywna, rozcinaĹo jÄ prawie na dwoje rozciÄ gniÄte poĹudnikowo morze wewnÄtrzne, zwane...
- oĹnieĹźonych szczytach Parnasu, odziany jedynie w skĂłrÄ jelonka; jego ciaĹo poruszaĹo siÄnieĹwiadomie, prawie bezwolnie, niczym kwiat w rÄkach...
- Nic nie wskazywaĹo na niebezpieczeĹstwo, wiÄc StraĹźnik KsiÄĹźyca zaczÄ Ĺ zsuwaÄ siÄ po prawie pionowym stoku przed jaskiniÄ , wstrzymywany jedynie przez...
- wiszÄ cej u sufitu ĹźarĂłwki, jednak w kilka lat później juĹź prawie wszystkie mieszkania w domach przy Stalowej korzystaĹy z oĹwietlenia elektrycznego...
- Nina Ĺuszczewska nadzwyczaj wiele czasu poĹwiÄcajÄ c wychowaniu cĂłrek i czytaniu wszystkich prawie rozgloĹniejszych nowoĹci literackich, mniej siÄ...
- Co za rodzina z tych JordachĂłw, stary samobĂłjca, brat zamordowany, a ĹwiÄ tobliwy Rudolf pobity prawie na ĹmierÄ w swoim mieszkaniu...
- Patrycja jednak falowaĹa zupeĹnie osobno w sennym, odurzajÄ cym rytmie, prawie nie zwracajÄ c uwagi na charczenie gĹoĹnikĂłw...
- Ĺźe jest tam taki, prawda? To wcale nie jest Ĺźaden z tych koĹcioĹĂłw, nie sÄ to nawet wspĂłlne ruchy ludzi, to jest bardzo waĹźne, drodzy bracia, bardzo waĹźne...
Smutek to uczucie, jak gdyby siÄ tonÄĹo, jak gdyby grzebano ciÄ w ziemi.
Porodku
przecinał go mostek. Poniżej, aż do
miejsca, gdzie bursztynowe wydmy
piaszczyste odcinały staw od szafirowej
zatoki morskiej, woda mieniła się tęczš
barw szafranu, szkarłatu, janiejszej i
ciemniejszej zieleni oraz wieloma
odcieniami, na które jeszcze nigdy nie
znaleziono właciwej nazwy. Powyżej
mostu wlizgiwał się staw między kępy
jodeł i klonów, przewitujšc ciemnš wodš
wród cieni poruszajšcych się gałęzi. Tu i
ówdzie ze stromego wybrzeża wychylała
się dzika liwa niby biało ubrane
dziewczę, wspinajšce się na palce, by
ujrzeć w wodzie swe własne odbicie. Z
bagien w pobliżu stawu rozlegał się
dziwny, jasny i melancholijny chór żabich
głosów.
Nieco wyżej na wzgórzu spomiędzy
białych jabłoni wychylał się niewielki,
szary domek, a pomimo że zmierzch nie
był jeszcze zupełny, w jednym okienku
migotało wiatło.
- Oto jest staw rodziny Barrych -
powiedział Mateusz.
- Fe, jaka szkaradna nazwa! Ja bym to
inaczej okreliła... niech mi pan pozwoli
pomyleć... Jezioro Lnišcych Wód! Tak,
to jest odpowiednie. Poznaję to po owym
dreszczu, bo jeli nazwa, którš nadaję, jest
naprawdę piękna, to natychmiast dreszcz
mnie przejmuje. Ach, oto jestemy na
mocie! Zamykam oczy. Zawsze boję się
jechać mostem, bo doznaję uczucia, że
kiedy się znajdę porodku, most złamie się
jak scyzoryk i zapadnie pod nami. Dlatego
też przymykam oczy, ale z boku zerkam,
gdy przypuszczam, że jestemy blisko
rodka mostu. Bo gdyby się załamał,
chciałabym to widzieć... Ach, jak ładnie
dudni! Lubię, jak tak dudni. Jak to
wietnie, że tyle jest na wiecie rzeczy do
lubienia. Ale oto przyjechalimy! Teraz
spojrzę poza siebie. Dobranoc, kochane
Jezioro Lnišcych Wód! Zawsze mawiam
"dobranoc" temu wszystkiemu, co lubię,
tak samo jak ludziom. Chyba ta woda też
to lubi - patrzy na mnie, jakby się
umiechała.
Kiedy wjechali na przyległy pagórek i
droga znowu zmieniła kierunek, Mateusz
rzekł:
- Jestemy bardzo blisko domu. Zielone
Wzgórze...
- Ach, niech pan nie mówi, gdzie! -
przerwała piesznie, chwytajšc jego
wycišgnięte ramię, i zamknęła oczy, by
nie widzieć, co wskazuje. - Proszę
pozwolić mi zgadnšć. Jestem pewna, że
zgadnę!
Znowu otworzyła oczy i rozejrzała się
wokoło. Znajdowali się na szczycie
wzgórza. Słońce już zaszło, ale krajobraz
tonšł jeszcze w wietle. Na zachodzie na
złotoczerwonym niebie zarysowywała się
ciemna dzwonnica kociółka. Niżej
roztaczała się mała dolina, a dalej cišgnęło
się długie, łagodne wzgórze, usiane
przytulnymi, łagodnymi dworkami. Oczy
dziewczynki błšdziły uważnie i żywo od
jednego dworku do drugiego. Wreszcie
zatrzymały się na jednym z nich. Doć
obszerny, stojšcy z dala od gocińca,
otoczony obłokiem kwitnšcych drzew,
odcinał się wyranie od przyległych lasów.
Ponad tym dworkiem w
południowo-zachodniej stronie czystego
nieba błyszczała wielka gwiazda niby
kryształowa lampa, wskazujšca drogę
pełnš obietnic.
- To tutaj, prawda? - rzekła wycišgajšc
rękę w owš stronę.
Mateusz ranie mignšł klacz.
- W istocie, zgadła! - rzekł. -
Prawdopodobnie pani Spencer bardzo
szczegółowo opisała ci wszystko.
- Nie, wcale nie. To, co mówiła, dałoby
się równie dobrze zastosować do innych
dworków. Nie wytworzyłam sobie wcale
dokładnego pojęcia o Zielonym Wzgórzu.
Lecz zaledwie je zobaczyłam, uczułam, że
tam jest mój dom. Ach, czy to aby nie
sen?! Czy pan uwierzy, że moje ramię
musi być sine i żółte, tyle razy szczypałam
się dzi od rana. Co chwila ogarniało mnie
straszne uczucie - bałam się, że to
wszystko sen. Szczypałam się wtedy, żeby
się przekonać, że to prawda... Lecz potem
pomylałam sobie, że jeli to nawet jest
sen, nie chcę się zbudzić, wolę nić dłużej,
i przestałam się szczypać... Ale to jest
przecież rzeczywista prawda i istotnie
niedługo będę w domu! Stanęli przed
dworkiem. W podwórzu było już zupełnie
ciemno. Licie topoli szeleciły wokoło
niczym jedwab.
- Niech pan posłucha, jak drzewa
rozmawiajš we nie - szepnęła
dziewczynka, kiedy postawił jš na ziemi. -
Jakież cudne muszš mieć sny!
Po czym ujšwszy mocno torbę zawierajšcš
całš jej chudobę weszła za Mateuszem do
sieni.
Orzeszkowa Eliza
ur. 6 VI 1841 r. na Milkowszczynie -
powieciopisarka, publicystka, działaczka
społeczna; debiutowała opowiadaniem
"Obrazek z lat głodowych" (1866); utwory
narracyjne: "Poczštek powieci" (1866),
"Ostatnia miłoć" (1868), "Pamiętnik
Wacławy" (1871), "Pan Graba" (1872),
"Marta" (1873), "Eli Makower" (1875),
"Maria" (1877), i inne; omawiała sprawy
kobiet, wykształcenia, małżeństwa, pracy,
itp.; problemy asymilacji Żydów na
łamach czasopism i ksišżek; autorka m.in.
"Meira Ezofowicza" (1878), "Nizin"
(1885), "Nad Niemnem" (1888), "Gloria
victis" (1910), powięcona powstańcom
styczniowym - zm. 18 V 1910 r. w
Grodnie;
"Nad Niemnem"
Zaledwie na krawędzi zielonej góry stanšł,
gdy niżej w połowie jej stoku, pod
rozłożystš topolš srebrnš, białš suknię i
czarne włosy w grona czerwonych
jarzębin zdobne, zobaczył. W mgnieniu
oka obok Justyny stanšł.
- Strasznie zlškłem się! - mówił -
mylałem, że pani może już do domu
poszła... bez pożegnania!
Justyna ruchem ręki ukazała mu
roztaczajšcy się przed nimi widok. Był on
wspaniałym i olniewajšco wietnym.
Blade słońce jesienne w momencie
zachodu swego ustroiło się w takie blaski
i barwy, jakich na zenicie nawet królujšc
nie posiadało nigdy. Tarczy słonecznej
widać nie było, bo kryła jš płachta złota,
purpurš i fioletem zakończona, wyżej za
po całym błękicie nieba rozsiały się puchy
obłoków, szkarłatem i złotem nalanych i
nierówne, podarte, krepowe niby smugi
srebra i fioletu. Wszystko to było
ruchome, niby żywe, płonęło, - przelewało
się, mieniło i jak w zwierciadle odbijało
się w szerokich, przejrzystych, prawie
nieruchomych wodach rzeki. Więc i ona
od dalekiego zakrętu płynęła zrazu samym
czystym złotem, a potem na dnie swoim
ukazywała rozrzucone w nieładzie rubiny,
opale, ametysty i agaty. Wydawała się
rozwartš i kryształowš szybš przysłoniętš
kopalniš klejnotów. W zarzecznym borze,
także blaskami przenikniętym, żółte pnie
sosen wyranie oddzielały się od siebie, a