Nic nie wskazywało na niebezpieczeństwo, więc Strażnik Księżyca zaczął zsuwać się po prawie pionowym stoku przed jaskinią, wstrzymywany jedynie przez...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Istotne jest, iż te dokumenty obejmują okres wykraczający poza ramyczasowe działania obecnego Parlamentu, a tym samym poza okres sprawowania władzy przez...
- Chciałabym mękę waszej pracy pić przez rurkę, jak komar krew hipopotama - o ile to możli-we w ogóle - i przemieniać na moje idejki, takie piękne, takie motylki,...
- Ulice Mardecin wybrukowane były granitowymi płytami, wytartymi przez całe pokolenia stóp i kół wozów, wszystkie zaś budynki zbudowano albo z cegły, albo z...
- ver appetebat, cum Hannibal exhibernis movit; c) cum explicati-vum lub coincidens = gdy, skoro,przez to, ¿e (z tym¿e trybem i cza-sem, jaki jest w zdaniu...
- Przez jakiś czas obserwowałem ich i może dlatego, że byli nowi, patrzenie na nich sprawiało mi przyjemność; przy nich czułem się bezpieczny...
- 2asmienia jednostki czy dominacji nad ni¹, lecz w celu ochrony praw zagro¿onych przez inne instytucje spo³eczne: Jednym z najtrudniejszych aspektów spo³ecznego...
- uśmierzyć bizony, gdy klatki przez dłuższy czas pozostaną odkryte?Tymczasem orszak zbliżył się do pierwszej klatki, przy której trzymało...
- Wysunąwszy delikatnie ramię spod głowy Clare, wstał z łóżka, krzywiąc się z bólu, gdyż skaleczenia i rany, które przez noc trochę przyschły, znowu się...
- mo unt po dejm ie pr óbê sko mun iko wan ia siê przez RPC z de mon em rpc...
- Przez cały dzień odpoczywał po ostatniej misji, zanim wezwano go już nie do małego gabinetu kapitana Dumery'ego, ale na spotkanie z samym generałem Gorem...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Jak gdyby czekając na ten sygnał, reszta plemienia wyłoniła się ze swych domostw usytuowanych poniżej na skalnej ścianie, spiesząc do błotnistego strumienia, by ugasić poranne pragnienie.
Strażnik Księżyca spojrzał na przeciwległy kraniec doliny i sprawdzał, czy w zasięgu wzroku byli Inni. Nie zauważył nikogo. Być może Inni nie wyszli jeszcze z jaskiń, a może plądrowali już dalsze szczyty wzgórz w poszukiwaniu jedzenia. Nikogo nie widząc, Strażnik Księżyca zapomniał o Innych. Nie umiał martwić się więcej niż jedną rzeczą na raz.
Najpierw musi pozbyć się Starca. Ten problem nie wymagał długiego zastanowienia. O tej porze zdarzało się wiele śmierci, jedna z nich w jego własnej jaskini. Zwłoki Starca musi położyć tam, gdzie zostawił w ostatniej kwadrze Księżyca martwe dziecko. Hieny załatwią resztę.
Czekały już w miejscu, gdzie mała dolina rozszerzała się przechodź^ w sawannę, jak gdyby spodziewały się jego nadejścia. Strażnik Księżyca położył zwłoki pod niewielkim krzakiem - po pierwszych kościach nie został nawet ślad - i zawrócił pospiesznie, aby połączyć się z plemieniem. Nigdy już nie pomyślał o ojcu.
Jego dwie samice, dorośli z innych jaskiń oraz większość młodych buszowali pomiędzy wyschłymi, karłowatymi drzewami, które rosły w dolinie, szukając jagód, soczystych korzeni i liści, a także nieoczekiwanych zdobyczy w postaci małych jaszczurek i gryzoni. Tylko dzieci i najsłabsi ze starych zostali w jaskiniach. Jeśli po całym dniu poszukiwań zostanie nadwyżka żywności, być może dostaną swoją porcję. Jeśli nie, hieny wkrótce znowu będą szczęśliwe.
Jednak ten dzień okazał się pomyślny, chociaż Strażnik Księżyca, nie potrafiąc zapamiętywać przeszłości, nie mógł porównać jednego dnia z drugim. Znalazł rój pszczół w pniu martwego drzewa, skosztował więc największego specjału, jaki kiedykolwiek jedli. Raz po raz oblizywał palce prowadząc grupę w kierunku domostw późnym popołudniem. Oczywiście otrzymał również kilka użądleń, ale prawie ich nie zauważył. Czuł się bliski tego, co można by nazwać zadowoleniem, bo chociaż był ciągle głodny, głód nie odbierał mu sił. To było wszystko, czego mógł żądać jakikolwiek małpolud.
Zadowolenie zniknęło, gdy osiągnęli strumień. Na miejscu byli już Inni. Bywali tam codziennie, ale to wcale nie zmniejszało jego irytacji. Było ich około trzydziestu, niczym nie odróżniających się od członków plemienia Strażnika Księżyca. Gdy spostrzegli, że nadchodzi, zaczęli tańczyć, potrząsać ramionami i wrzeszczeć po swojej stronie strumienia. Jego ludzie odpowiedzieli tym samym.
Nic więcej się nie stało. Chociaż małpoludy często walczyły i zmagały się ze sobą, ich potyczki rzadko kończyły się poważnymi obrażeniami. Nie mogły wyrządzać sobie większej krzywdy, nie miały pazurów ani ostrych, psich zębów, ochroną było także futro. Lecz przede wszystkim małpoludy miały za mało energii na takie nieproduktywne zachowanie. Powarkiwanie i groźby były znacznie wydajniejszym sposobem dowodzenia swoich racji.
Konfrontacja trwała prawie pięć minut. Pokaz zakończył się tak szybko, jak się zaczai, po czym każdy zabrał swoją miarę błotnistej wody. Honor został uratowany. Obydwie grupy wyraziły swoje prawa do własnego terytorium. Uporawszy się ze sprawami najważniejszymi, plemię wyruszyło wzdłuż swojego brzegu rzeki. Najbliższe, warte zachodu pastwisko znajdowało się teraz o więcej niż milę od jaskiń. Musieli dzielić je ze stadem dużych, podobnych do antylop zwierząt, które rzadko tolerowały ich obecność. Zwierząt tych nie można było przepędzić, ich oręż stanowiły niebezpieczne ostrza wyrastające z czół. Małpoludy nie posiadały takiej naturalnej broni.