–Łup jedno–bąknął niepewnie nieco Woldan z Osin–ale pono kto weźmie krzyż, grzechy będzie miał na pytel odpuszczone...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- «Och! Wielkie szczęście i wielkie nieszczęście w tym domu! Niebiosa dały syna bezpłodnej, niech będzie błogosławiony Najwyższy! Lecz siedem miesięcy temu...
- Ustalenie zakresu pojcia zwykych potrzeb rodziny zaley od kryterium, ktre stanowi bdzie podstaw zdefiniowania tego pojcia...
- ponieważ dopóki nie będziemy wiedzieli więcej o tkwiących w człowieku siłach, nie możemy mieć nadziei, iż dowiemy się czegoś więcej o przyszłości i...
- jaki zwiedzać będzie Paryż, gdy z jednej strony Sekwany zostaną tylko szczątki z Tuileriów, brama Saint-Denis, Magdalena, pałac Inwalidów etc...
- — Wszyscy będziemy sobie potrzebni, i to już niedługo — odparł tonem prze- powiedni Amerykanin...
- sność drugiej ćwierci; suma wniesiona do wspólnoty stanowić będzie jedną czwartą właści- wego wkładu, pozostałym zaś przy życiu małżonkom...
- Brezovsky wstał i zwrócił się do adwokata: - Niestety, będziemy zmuszeni zatrzymać pana Lebovitza, bo może okazać się bardzo ważnym świadkiem...
- - Jakie będzie zatem twoje następne posunięcie?- Myślę, że w celu uzyskania pozostałych informacji posłużę się numerami ubezpieczeń społecznych -...
- Oni usłyszawszy to poczęli się naradzać, myśląc z radością o zwycięstwie swej nauki i o znaczeniu, jakie dla pogańskiego świata mieć będzie nawrócenie...
- wymienionemu mężowi, jak długo będzie w Rzymie, szesnaście bo- chenków dobrego chleba żołnierskiego, czterdzieści bochenków żoł- nierskiego...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
A nagrzeszyło się... Oj, nagrzeszyło!
–Ja nie idę–rzekł krótko Bożywoj de Lossow.–Nie będę guza szukał po obcych stronach.
–Ja nie idę–rzekł spokojnie Notker Weyrach.–Bo jeśli Sulz idzie, znaczy, sprawa jest śliska i śmierdzi.
Znowu wybuchła wrzawa, posypały się klątwy, przemocą posadzono Ekharda Suiza z kordem już do połowy dobytym.
–Mnie–rzekł, gdy się uspokoiło, Jaśko Chromy z Łubni–jeśli gdzie iść, to wolej do Prus. Z Polakami na Krzyżaków. Albo vice versa. Zależy, kto lepiej zapłaci.
Przez chwilę wszyscy gadali i przekrzykiwali jeden drugiego, wreszcie gestami uciszył towarzystwo kędzierzawy Poraj.
–Ja na tę krucjatę nie ruszę–oznajmił w ciszy.–Bo nie pójdę na sznurek do biskupów i popów. Nie dam, by mię jako psa na kogo szczuli. Co to za krzyżowa wyprawa? Na kogo? Czesi nie Saraceni. Do boju monstrancję przed sobą niosą. A że im się nie podoba Rzym? Papa Odo Colonna? Branda Castiglione? Nasz biskup Konrad i insi prałaci? Nie dziwię się. Mnie też się nie podobają.
–Breszesz ty, Jakubowski!–rozdarł się Ekhard von Sulz.–Czesi kacerze są! Heretycką naukę wyznają! Kościoły palą! Diabłu cześć oddają!
–Goli chadzają!
–A żony–krzyknął pater Hiacynt–to chcą, by wspólne były! Chcą...
–Pokażę wam–przerwał gromko Poraj–czego Czesi chcą. A wy, wierę, zastanowicie się, z kim tu, a przeciw komu iść trzeba.
Na dany znak zbliżył się niemłody goliard w czerwo* nym rogatym kapturze i kabacie z powycinaną w ząbki baskiną. Goliard wyciągnął zza pazuchy zwinięty pergamin.
–Niech wiedzą wszyscy wierni chrześcijanie–przeczytał donośnie i dźwięcznie–że Królestwo Czeskie niezmiennie trwa i z Bożą pomocą trwać będzie, na śmierć i życie, przy niżej spisanych artykułach. Po pierwsze: by w Królestwie Czeskim swobodnie i bezpiecznie głoszono słowo Boże i by księża głosili je bez przeszkód...
–Co to jest?–zawołał von Sulz.–Skąd ty to masz, grajku?
–Niechaj go–zmarszczył się Notker von Weyrach.–Skąd ma, to ma. Czytaj, chłopie.
–Po drugie: by Ciało i Krew Chrystusa Pana rozdawane były pod postacią obojga chleba i wina wszystkim wiernym...
–Po trzecie: by księżom odebrano i zniesiono ich świecką władzę nad bogactwem i dobrem doczesnym, aby dla zbawienia swego wrócili do reguły Pisma i żywota, jaki wiódł Chrystus ze swymi apostołami.
–Po czwarte: by wszystkie grzechy śmiertelne i inne występki przeciw prawu bożemu karano i potępiono...
–Kacerskie pismo! Samo słuchanie to grzech! Kary bożej się nie boicie?
–Zawrzyj gębę, pater!
–Cisza! Niech czyta!
–...wśród księży: świętokupstwo, kacerstwo, branie pieniędzy za chrzest, za bierzmowanie, za spowiedź, za komunię, za oleje święte, za wodę świeconą, za msze i modlitwy za zmarłych, od postów, od bicia w dzwony, za probostwa, za stanowiska i prałatury, za dostojeństwa, za odpusty...
–A co?–wziął się pod boki Jakubowski.–Nieprawda może?
–Dalej: wynikające stąd herezje i hańbiące kościół Chrystusowy cudzołóstwo, przeklęte płodzenie synów i córek, sodomia i inne rozpusty, gniew, kłótnie, zwady, obmowa, dręczenie prostego ludu, ograbianie go, ściąganie opłat, danin i ofiar. Każdy sprawiedliwy syn swej matki, Kościoła świętego, powinien to wszystko odrzucić, wyrzec sie nienawidzić jak diabła i mieć to w obrzydzeniu...
Dalsze czytanie zakłóciła ogólna wrzawa i zamieszanie, podczas którego, jak zauważył Reynevan, goliard wy. mknął się cichcem wraz ze swym pergaminem. Raubritterzy wrzeszczeli, klęli, popychali się, skakali sobie do oczu ba, zaczęły już zgrzytać klingi w pochwach.
Samson Miodek trącił Reynevana w bok.
–Wydaje mi się–mruknął–że warto, byś rzucił okiem w okno. I to szybko.
Reynevan rzucił. I zmartwiał.
Na kromoliński majdan wjeżdżało stępa trzech konnych.
Wittich, Morold i Wolfher Sterczowie.
Rozdział osiemnasty
w którym do tradycji i obyczajów rycerskich wkracza–z hukiem–nowoczesność, a Reynevan–jakby chciał uzasadnić tytuł książki–robi z siebie błazna. I jest zmuszony przyznać się. do tego. Przed całą przyrodą.
Reynevan miał powody do wstydu i złości, uległ bowiem panice. Na widok wjeżdżających do Kromolina Sterczów owładnął nim bezmyślny, głupi strach i strach ten głupio i bezmyślnie nim pokierował. Jego wstyd był tym większy, że w pełni zdawał sobie z tego sprawę. Miast trzeźwo ocenić sytuację i zadziałać w myśl rozsądnego planu, zareagował jak spłoszone i szczute zwierzę. Wyskoczył przez okno alkierza i rzucił się do ucieczki. Między szopy i klecie, w kierunku gąszcza nadrzecznej wikliny, oferującego, jak mu się wydawało, bezpieczny i ciemny azyl.
Ocaliło go szczęście i katar, który od kilku dni gnębił Stefana Rotkircha.