Następna fala oblizała jej stopy i cofnęła się, ciągnąc za sobą koronkową pianę...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Przykładowo, poniższe wyrażenie:Dim targetNumber As Integer = CType("12", Integer)jest odpowiednikiem następującego wyrażenia:Dim...
- object mcal_fetch_current_stream_event ( int stream) Zwraca bieżącą strukturę zdarzenia ze strumienia w postaci obiektu zawierający następujące...
- jako zakładnik, wszedł do miasta i postanowił go wykraść i zbiec do Judei; następnie korzystając z tego, że Kasjusz musiał spiesznie podążać przeciwko...
- zabiegał u Kazimierza, aby po zgonie wspólnego bratanka Leszka, którego kilkuletnia choroba wróżyła bliską śmierć, jego następcą na stolicy Mazowsza...
- Następcą swym ustanowił ucznia swego Godarda; ale niemądry książę Światopełk oddał biskupstwo Wichinowi, Niemcowi, który już za życia św...
- pomóc mojemu znajomemu? Mo¿e, nie daj Bo¿e, jeszcze mu zaszkodzê?Ufam, ¿e pewn¹ pomoc¹ i zachêt¹ dla Czytelnika bêd¹ nastêpuj¹cestwierdzenia:* Wcale nie...
- Następnie Heydrich zwrócił się do mnie: Niech mi pan powie, Schellenberg, ten Josef Muller miał chyba kiedyś coś wspólnego z pana wydziałem...
- - Jakie będzie zatem twoje następne posunięcie?- Myślę, że w celu uzyskania pozostałych informacji posłużę się numerami ubezpieczeń społecznych -...
- Gdy zbliżył się do następnego ogniska, mogłem już zobaczyć, że czarna szata to mnisi habit, przewiązany białym sznurem, a raniący przywykłe do mroku...
- Uciszenie skoro do swojej pełni doszło, i gdy wszyscy się spokojnie na siedzeniach swoich znaleźli, Redaktor w sposób następujący do rzeźbiarza...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
.. Pod jej stopami rozkwitły ukwiały, po omacku szukające pożywienia. Ciężko dysząc, z łomoczącym sercem, Amanda odgarnęła z oczu mokre włosy. Kałamarnice tłoczyły się przed nią w morzu - srebrzysty stawek nie kończącego się ruchu, błyszczący w świetle jasnego słońca.
- Czego chcecie? - głos Amandy drżał. - Co chcecie mi powiedzieć? Czy w ogóle chcecie coś powiedzieć? Och, dobry Boże, czyżbym dostawała bzika?
Srebrzyste kalamarnice pociemniały, jakby ktoś wyłączył światło. Powoli pojawiły się kolory; tu jaśniały, ówdzie pozostawały ciemne. Amanda, z przyciśniętymi do ust kostkami palców, obserwowała. Jej umysł układał kolory, próbował zidentyfikować wzór. Tam brąz, tu jaśniej, plama czystej bieli... W przebłysku zrozumienia scaliła te wszystkie zawirowania i barwne kleksy.
Z powolnych, morskich fal patrzyła na nią twarz Arthura Montagne’a. Trzymetrowej średnicy.
Amanda odjęła dłoń od ust, czując na wargach smak krwi. Skąd mogły wiedzieć? Kątem oka dostrzegła ruch i spojrzała na brzeg. Ktoś schodził z domu ścieżką. Daniel? Zadzwonił, by zawiadomić, że przyjeżdża? Spojrzała w dół na podobiznę Arthura, która zdawała się do niej uśmiechać. Jeszcze kilkanaście kroków i Daniel to zobaczy, za skałami przylądka. I być może ze swego miejsca rozpozna obraz, jaki pokazuje jej ławica kałamarnic.
Roberta doszła do tego punktu. Spowodowała, że to działało, a potem sądy pozbawiły ją tego. Więc przestała to robić. A potem zaczęła umierać...
- Wynoście się! - Amanda zeskoczyła ze skały. Rozpostarła ręce, nogami robiła nożyce, niczym dziecko skaczące do basenu. Krztusząc się, spadła na fale, zamknęła mocno oczy, idąc pod wodę. - Wynoście się stąd! - wrzeszczała bezgłośnie. Wewnętrzny ostry ton gniewu, desperacji, trwogi i winy. PRECZ! Miotając się, wychynęła na powierzchnię, młócąc rękami jak tonący pływak. - Natychmiast! - zaskrzeczała głośno, łapiąc powietrze. - Wynoście się stąd natychmiast, słyszycie? Precz! Precz!
Powierzchnia kipiała ciemną jak stara krew czerwienią. Na trzy uderzenia serca otoczyłyją kałamarnice zabarwione krwawo, jakby podcięła sobie gardło i wykrwawiała się na śmierć. A potem, w mgnieniu oka, zanurkowały i znikły. Usiłując złapać oddech, Amanda młóciła wodę, wpatrując się w mroczne szarozielone głębie. Zniknęły. Co do jednej.
- Wszystko mi jedno, co chcecie powiedzieć - szepnęła. - Nie będę słuchać. Nie mogę, więc nie wracajcie. Nigdy.
Na plaży Daniel biegł ku przybojowi. Amanda pomachała mu ręką, ciężką jakby z ołowiu. Zastanawiała się, co mógł zobaczyć. Może nic. Popłynęła ku brzegowi, pracując leniwie nogami, z sercem pełnym bólu.
- Amanda! - Daniel, biegnąc, rozchlapywał pianę. Twarz miał pełną niepokoju. - Wszystko w porządku? - podtrzymał ją, gdy stawała na nogi, objął ramionami. - Myślałem, że się topisz. Myślałem, że goni cię rekin. Krwawisz.
- Po prostu... zeskoczyłam ze skały. Dla zabawy - zacisnęła szczękające zęby. Krew, ciemna jak kałamarnice, wypływała z poranionego muszlami uda i rozpuszczała się w wodzie spływającej z nóg. - Musiałam się podrapać o małże. Ja... zupełnie cię zmoczę.
- Zmoczysz, zmoczysz - otaczał ją ramieniem, w oczach miał troskę. - Manda, coś nie gra? I nie mów mi, że jest dobrze.
- Nie gniewaj się, Danielu. Jest mi za zimno - zaśmiała się, czknęła i zamilkła, nim czkawka przeszła w łkanie. - Czy to ważne? To, co robię? Czy ma to jakieś znaczenie?
- Znaczenie? - wziął ją za ramiona i obrócił dokoła, by spojrzała mu w twarz. - Jak możesz w ogóle o to pytać? Czy właśnie to cię gnębi? - potrząsnął nią delikatnie, oczy mu pociemniały ze współczucia. Na sekretarce masz wiadomość. Właśnie dzwonił Gerald. Powiada, że twój pacjent uśmiecha się i podoba mu się to, co widzi. Czy to ma sens?
Oparła czoło o tors Daniela, łzy piekły ją w oczy bardziej niż woda morska.
- To ma sens. Zadziałało.
- Jak możesz w ogóle pytać, czy to ma znaczenie - przycisnął twarz do jej mokrych włosów. - Zobacz, co potrafisz zrobić. Jak możesz w ogóle wątpić?
Jak mogę wątpić? Amanda westchnęła i wyprostowała się, nadal czując w piersiach ciężki kamień. A jeśli ci powiem, że tam w morzu jest istota, stworzenie w podobnym sensie, jak jest nim pszczeli ul, umysł utworzony z kałamarnic, tak jak ludzki mózg jest zbudowany z neuronów? I on... przemówił do mnie, Danielu. Lub próbował przemówić. Użalał się nad morzem, które zabijamy. I zamiast słuchać, ja je zabijam - przynajmniej jego kawałki - ale nie powiem o tym nikomu, ponieważ tego potrzebuję. Muszę je zabijać.
- Arthur, mój pacjent, spytał mnie, dlaczego to wszystko robię - Amanda, drżąc, zaczerpnęła powietrza. - Kiedy miałam dziesięć lat spadłam ze skał przylądka. Nie wolno mi było tam się wspinać, ale się wspięłam. I poślizgnęłam się - zacisnęła wargi, wspominając tamten wirujący chaos nieba i piasku, trwożne przebudzenie w białym chaosie i ciemności, zmieniających się w przebłyskach trwających sekundy, z których każda zdawała się wiecznością. Ani ruchu, ani mowy; została złapana w ciszę i strach. - Uszkodzenie mózgu - szepnęła - Roberta naprawiła. Własnoręcznie. Jej metody... wciąż znajdowały się we wczesnym stadium eksperymentalnym. - Były prymitywne, jeśli porównać je z jej metodami, lecz zadziałały. Albo może mózg wyzdrowiał sam. W ciągu roku terapia zwróciła jej to wszystko, co uważała już za stracone. - Właśnie dlatego to robię - pochyliła głowę, wspominając tamten strach, że będzie na wieki uwięziona w ciszy. - Właśnie dlatego.
- Nie wiedziałem - Daniel objął ją ramieniem. - Drżysz - rzekł czule. - Trzeba ci długiego, gorącego prysznica, a potem... Sądzę, że nadszedł czas otworzyć tamtego szampana.
- Tak, oczywiście - przytuliła się do niego, potrzebowała ciepła, ciepła jego istoty, jego duszy, nieważne, z czego jest zrobiona. - Chodźmy wziąć prysznic i wypić szampana. Powinnam to uczcić.