Gdy zbliżył się do następnego ogniska, mogłem już zobaczyć, że czarna szata to mnisi habit, przewiązany białym sznurem, a raniący przywykłe do mroku...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Przykładowo, poniższe wyrażenie:Dim targetNumber As Integer = CType("12", Integer)jest odpowiednikiem następującego wyrażenia:Dim...
- object mcal_fetch_current_stream_event ( int stream) Zwraca bieżącą strukturę zdarzenia ze strumienia w postaci obiektu zawierający następujące...
- jako zakładnik, wszedł do miasta i postanowił go wykraść i zbiec do Judei; następnie korzystając z tego, że Kasjusz musiał spiesznie podążać przeciwko...
- zabiegał u Kazimierza, aby po zgonie wspólnego bratanka Leszka, którego kilkuletnia choroba wróżyła bliską śmierć, jego następcą na stolicy Mazowsza...
- Następcą swym ustanowił ucznia swego Godarda; ale niemądry książę Światopełk oddał biskupstwo Wichinowi, Niemcowi, który już za życia św...
- pomóc mojemu znajomemu? Mo¿e, nie daj Bo¿e, jeszcze mu zaszkodzê?Ufam, ¿e pewn¹ pomoc¹ i zachêt¹ dla Czytelnika bêd¹ nastêpuj¹cestwierdzenia:* Wcale nie...
- Następnie Heydrich zwrócił się do mnie: Niech mi pan powie, Schellenberg, ten Josef Muller miał chyba kiedyś coś wspólnego z pana wydziałem...
- - Jakie będzie zatem twoje następne posunięcie?- Myślę, że w celu uzyskania pozostałych informacji posłużę się numerami ubezpieczeń społecznych -...
- Uciszenie skoro do swojej pełni doszło, i gdy wszyscy się spokojnie na siedzeniach swoich znaleźli, Redaktor w sposób następujący do rzeźbiarza...
- I tak, zaczynając od góry wykresu, efekt przedstawiał się następująco: połączenie cech stałości i ekstrawersji dawało (co oczywiste!) osobnika, którego...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Jeszcze jedno ognisko i mogłem się przekonać, że w uniesionej ręce mnich trzyma buddyjski bębenek i szybkimi ruchami nadgarstka wydobywa zeń ten uporczywy, jednostajny rytm.
Potem dowiedziałem się, że taki bębenek miejscowi nazywają damaru i że robi się go z dwóch ludzkich czaszek. Obcina się z każdej równo wierzch, a potem łączy te wierzchy czubkami ze sobą, tak, by były zwrócone otwartą stroną w przeciwne strony, niczym podwójny kielich. Potem obciąga się je skórą, mocuje na kijku i przywiązuje do niego zaszyte w skórę kamyki na krótkich rzemieniach. Wystarczy lekko poruszyć nadgarstkiem, a trzymany w ręku damaru ożywa i dobywa z siebie dźwięk, który dociera do świata duchów i demonów.
To potem – bo wtedy staÅ‚em tylko zdyszany, z gÅ‚owÄ… peÅ‚nÄ… monotonnego pulsu, narosÅ‚ego aż do samej krawÄ™dzi, do skraju szaleÅ„stwa, a pÅ‚onÄ…ce w mroku ognie zdawaÅ‚y siÄ™ wirować wokół mnie niczym wielkie, utkane z blasku ćmy. Rozpaczliwie mrużąc oczy, by przebić siÄ™ wzrokiem przez migotanie ich skrzydeÅ‚, wpatrywaÅ‚em siÄ™ w taÅ„czÄ…cego mnicha.
Zachował resztki włosów, okalających łysą głowę siwym wieńcem. Był biały, niezbyt wysoki, ale kiedyś zapewne barczysty. Jego oczy lśniły w pełgającym blasku szaleństwem. A może boskim natchnieniem. Przyglądałem mu się długo, przez całe stulecia, jak tańczy, jak wiruje wokół ognisk, szepcząc w kółko tajemnicze zaklęcia i potrząsając swoim bębenkiem, i nie mogłem zdobyć się na śmiałość, by się do niego zbliżyć. Jakaś zewnętrzna, fizyczna siła niemal przemocą trzymała mnie w miejscu, nie pozwalając wyjść spomiędzy drzew, nie pozwalając nawet wydobyć z siebie głosu. A on nie ustawał w tańcu, pogrążony w transie, jak postać z zupełnie innego świata.
PatrzyÅ‚em, skamieniaÅ‚y pomiÄ™dzy nagimi pniami drzew, a w moich piersiach wzbieraÅ‚ niepojÄ™ty, bolesny szloch, pod krawÄ™dziami powiek nabrzmiewaÅ‚y piekÄ…ce Å‚zy, aż nagle poczuÅ‚em, jak caÅ‚y mój strach, caÅ‚a histeria ostatnich tygodni wzbiera niepowstrzymanÄ… falÄ…, jak coÅ› we mnie pÄ™ka – i nagle po policzkach spÅ‚ynęły mi strugi gorÄ…ca, zaczÄ…Å‚em Å‚kać, Å‚kać jak dziecko, usiadÅ‚em na trawie, ukryÅ‚em twarz w dÅ‚oniach i pÅ‚akaÅ‚em, pÅ‚akaÅ‚em – nad sobÄ…, nad tÄ… absurdalnÄ… wojnÄ…, nad moimi chÅ‚opcami zapakowanymi na Wzgórzu w plastykowe worki, nad caÅ‚ym tym przeklÄ™tym Å›wiatem, a czÅ‚owiek w habicie taÅ„czyÅ‚ i taÅ„czyÅ‚, potrzÄ…sajÄ…c buddyjskim bÄ™benkiem, wirowaÅ‚ i podskakiwaÅ‚, ogarniÄ™ty szalonym rytmem – i czuÅ‚em, jak od tego rytmu z wolna spÅ‚ywa na mnie tak dawno już nie zaznane ukojenie.
Pozostawiłem go tam, do końca nie mogąc się przemóc, aby dać znak o swojej obecności. Jak przez sen pamiętam, że schodziłem przez mrok, wiedziony jakąś niewidzialną ręką lub instynktem, a odgłos bębenka cichł w oddali, aż po którymś kroku zamilkł zupełnie. Kiedy dotarłem do bramy obozu, słońce wznosiło się już ponad ścianą dżungli. Wartowników nawet nie zdziwiło, że porucznik Russel Siebert przyszedł pieszo; tego ranka cały obóz miał tylko jeden temat do rozmów, zaprzątający bez reszty uwagę wszystkich, od najmłodszego z przysłanych przed kilkoma dniami strzelców, po pułkownika Weldona Honeycutta.
Zdążyłem dotrzeć do swojego baraku, by dowiedzieć się od służbowego, że ten ostatni wzywa mnie do siebie zaraz po porannym apelu. Od tego samego żołnierza dowiedziałem się także, że przed godziną zamordowano Gilberta, dowódcę drugiego plutonu mojej kompanii.
···
Prawdopodobnie nie zdążył się nawet obudzić. Ktoś po prostu wrzucił do jego baraku odbezpieczony granat i uciekł, nie zauważony przez nikogo. A raczej chroniony zmową milczenia, bo nie potrafiłem uwierzyć, aby morderca przemknął się pośród kilkuset obudzonych nocną eksplozją ludzi zupełnie niezauważony.
Nie umiałbym się wtedy nikomu przyznać, że formując swój pluton do porannego apelu czułem przede wszystkim ulgę. Nawet nie z tej przyczyny, że śmierć przyszła po niego, nie po mnie.
Åšmierć Gilberta dowiodÅ‚a, że nocne strachy, nawiedzajÄ…ce mnie od kilkunastu dni, nie byÅ‚y szaleÅ„stwem, histeriÄ… ani zaÅ‚amaniem nerwowym. OkazaÅ‚y siÄ™ uzasadnionym przeczuciem, reakcjÄ… na prawdziwe, nie wyolbrzymione przez znÄ™kanÄ… duszÄ™ zagrożenie – i ta Å›wiadomość w przewrotny sposób ukoiÅ‚a na chwilÄ™ mój lÄ™k. Nie popadaÅ‚em w obÅ‚Ä™d, naprawdÄ™ byÅ‚o siÄ™ czego bać. MiaÅ‚em dwadzieÅ›cia trzy lata, dwa tygodnie do koÅ„ca frontowej tury i potwornie nie chciaÅ‚em umierać.