Na wzmiankę o smokach szum zaczął opadać, aż zapadła niepewna cisza...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- W pewien sposób cieszyła się, że Egwene oraz jej przyjaciółek tu nie ma, cieszyła się, że nie może widzieć ich twarzy, a na nich, być może, piętna...
- Komnata znajdowała się na samym szczycie najwyższej wieży fortecy Przeoczenie na południe od Pułapki Cienia, miasta położonego na południowym krańcu...
- - Niedobitki Shaido wycofują się na północ - oznajmiła ponuro Amys - a coraz ich więcej przekracza Mur Smoka, jednak Rand al'Thor najwyraźniej o nich...
- Chociaż trenowałem i trenowałem godzinami, nie przypuszczałem, że dwanaście zaledwie minut walki może trwać tak bardzo długo...
- Nie miał czasu myśleć teraz o więźniu, bo gdy kilku ludzi zabrało się do rozbierania martwych kompanów, kłócąc się przy tym o łupy, reszta zaczęła...
- Przez cały dzień odpoczywał po ostatniej misji, zanim wezwano go już nie do małego gabinetu kapitana Dumery'ego, ale na spotkanie z samym generałem Gorem...
- Nałgała mu coś o jednym jedynym weekendzie w łóżku z narzeczonym, który poszedł do wojska i zginął, co potem okazało się szczerą prawdą, gdyż...
- Brezovsky wstał i zwrócił się do adwokata: - Niestety, będziemy zmuszeni zatrzymać pana Lebovitza, bo może okazać się bardzo ważnym świadkiem...
- Wyniki te przeczą dosyć silnie zakorzenionemu w psychologii przekonaniu, że albo stosujemy racjonalne, czyli zaradcze sposoby przezwyciężania...
- Chwycił termos kleszczami i uważając, by nie uronić najdrobniejszej kropelki, przelał jego zawartość do plastikowego wiadra...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Caellach czym prędzej zaczął ich uspokajać.
- Nie jest rzeczą niemożliwą, by przywrócić wszystko na swoje miejsce - oświadczył stanowczo. - To po prostu musi zabrać trochę czasu. Powinniśmy być ostrożni i starannie układać swoje plany. Smoki w końcu się nami znudzą i znajdą sobie inną rozrywkę. Albo Lashana może nie wrócić i wyruszą na jej poszukiwanie. Mogą się zdarzyć setki rzeczy, które przechylą szalę na naszą stronę, a my musimy być gotowi do działania, stanowczego i szybkiego, kiedy nadejdzie właściwa pora.
Znów nad nimi panował; widział, jak wychylają się do przodu, wsłuchując w każde jego słowo. Pozwolił sobie na lekki uśmiech.
- Rozejdźmy się teraz i przemyślmy te sprawy - powiedział. - W ciągu kilku dni zwołam następne spotkanie i chciałbym wtedy usłyszeć, jakie macie pomysły.
Spojrzał każdemu po kolei w oczy, otrzymując w odpowiedzi od wszystkich skinienia głową - w zamyśleniu, bądź zdecydowane.
Potem powoli zaczęli się rozchodzić, po jednym, po dwóch, niektórzy milczący, inni rozgadani. Caellach czekał, dopóki wszyscy nie wyszli, walcząc ze sobą, by uczucie triumfu nie odbiło się zbyt wyraźnie na jego twarzy.
Teraz była to tylko kwestia czasu. A kiedy ta zaraza Lashana wróci, jeśli wróci, stwierdzi, że sytuacja się zmieniła, i to wcale nie na jej korzyść.
Dwa dni później dotarli do wielkich równin; nie było tam śladu stad alikornów ani też czarodziejów. Lorryn zdecydował, że zatrzymają swe wierzchowce tak długo, jak długo to będzie możliwe. Jednorogi z kolei zrezygnowały nagle ze swego szybkiego tempa na rzecz normalnego kroku, jakim poruszają się konie. Nie polowały już w nocy, a Rena stwierdziła, że nie jadają nic bardziej grzesznego, prócz trawy i przysmaków, które dla nich przygotowywała. Bez trudu utrzymywała je teraz w łagodnym nastroju i to, wraz z wolniejszym tempem podróży, sprawiło, że zaczęła dochodzić do siebie po tym wyczerpującym maratonie.
Lorryn natomiast był w swoim żywiole. Chyba nie widziała go tak szczęśliwym. Włosy miał skołtunione, ubranie poprzecierane jak najmarniejszy niewolnik i niczym nie przypominał kulturalnego elfiego lorda, którym był przedtem, lecz jego oczy świeciły blaskiem, którego nigdy dotąd tam nie było.
- Jest mi obojętne, czy znajdziemy teraz czarodziejów, czy nie - powiedział do niej podczas trzeciego dnia jazdy przez wysoką do pasa trawę. - Mógłbym żyć w ten sposób do końca swych dni. Tylko pomyśl! Wolni jak sokoły na niebie, nikt nam nie mówi, gdzie mamy pójść i co mamy robić...
- Wszystko to pięknie na razie, ale co z zimą? - spytała nieco zgryźliwie, myśląc o niewygodnym spoczynku na zimnej ziemi. - Kiedy nadejdzie zima, zrobi się tu bardzo chłodno, a ja nie mam ochoty przytulać się przez całą noc do jednoroga, który przemieni się w drapieżnika.
Lorryn roześmiał się i potrząsnął głową.
- JesteÅ› zbyt praktyczna, Reno, a przynajmniej zbyt praktyczna na romantycznÄ… przygodÄ™.
- Potrafię być romantyczna - zaprotestowała urażona. - Po prostu lubię, żeby romantyczność szła w parze z wygodą!
- A cóż w tym będzie wtedy romantycznego? - odparował. - Czymże jest romans bez...
Nagle wyprostował się i zdławił ostanie słowa, gdyż właśnie wspięli się na krawędź wzniesienia i ujrzał, co znajduje się na następnym.
Chwilę później Rena zorientowała się, co go tak zaniepokoiło.
Na szczycie kolejnego pagórka znajdowało się około pół tuzina jeźdźców na jakichś dzikich bestiach. Ludzie - pomyślała, lecz byli to ludzie odmienni od tych, których dotychczas widziała. Skórę mieli tak ciemną, że niemal czarną, ubrani byli w luźne spodnie, na głowach mieli nakrycia z ufarbowanych na jasne kolory materiałów. Ich uzbrojenie stanowiły długie, zakończone metalowymi grotami dzidy.
- O Przodkowie! - wykrztusił Lorryn. - Grelowi jeźdźcy? Na pewno! Nie słyszałem o innej rasie z takim kolorem skóry!
- Wiesz, kim są ci ludzie? - szepnęła, a jednorogi stanęły jak wryte i wpatrując się w sześć byków, chrapały niespokojne.
- Czytałem o nich przy okazji studiowania historii czarodziejów i ludzkich kultur, które istniały na tych terenach - jego twarz wyrażała wyłącznie podniecenie. - Nauczyłem się nawet ich języka. W jednej z książek podano zaklęcie, które umożliwiło mi przyswojenie sobie dziewięciu różnych języków ludzkich. Nigdy jednak nie sądziłem, że będę miał okazję któregoś z nich użyć.
Przerwał i z powagą pomachał do znajdujących się powyżej nich jeźdźców, wołając coś do nich w osobliwie potoczystym języku.
- Powiedziałem im właśnie, że należymy do jednego z wymarłych szczepów, który dawniej był ich sojusznikiem - poinformował pospiesznie Renę. - Mam nadzieję, że to się sprawdzi; według historycznych opowieści, są oni, niestety, znani z...
Jedna z postaci wysunęła się na swym wierzchowcu nieco przed linię jeźdźców i coś odkrzyknęła. Twarz Lorryna rozjaśniła się.
- Udało się! - krzyknął. - Dają nam gwarancję bezpieczeństwa, jeśli podjedziemy, by spotkać się z nimi.
- Jesteś pewien, że to dobry pomysł? - Rena trzęsła się ze strachu, choć próbowała to ukryć.
- W gruncie rzeczy nie mamy wyboru - odparł. - Już nas zauważyli, a jeśli zawrócimy i zaczniemy uciekać, to natychmiast wyruszą w pościg. Z pewnością są świetnymi tropicielami, a my nie bardzo umiemy maskować swe ślady, więc prędzej czy później nas znajdą. Nie, lepiej, jeśli zaprezentujemy się jako osoby na tyle silne, by nie ośmielili się wrogo do nas odnosić. - Wychylił się ze swego wierzchowca i poklepał ją po dłoni. - Doskonale wiem, co czujesz; ja doprawdy bardzo się cieszę, że jadę na grzbiecie tego zwierzęcia, bo nie byłbym w stanie podejść do nich na własnych nogach. Musimy jednak zachowywać się tak, jakbyśmy tu byli u siebie i dorównywali im siłą. - Uśmiechnął się do niej. - No, dalej! Postaraj się wyglądać zuchwale. Pomyśl o Gildorze.
Zmusiło ją to do słabego uśmiechu, a brat raz jeszcze poklepał ją po ręce.