mu wykończyć...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Kolejności zwiedzania miasta oczywiście nie pamiętam i nie ma ona wielkiego znaczenia, w każdym razie wieczorem, wykończona doszczętnie, jechałam do hotelu...
- Jej wcielenie było tak wykończone, że ledwo mogła się ruszać...
- Doprawdy, mój drogi, ty nigdy nie zdołasz pojąć psychiki kobiecej...
- pracy, podróży i ogólny brak komfortu...
- działa z westchnieniem...
- Po przydzieleniu nas do transportu automatycznie zostaliśmy zwolnieni z K,K...
- Od zarządzeń przewodniczącego wydanych na rozprawie głównej przysługuje odwołanie do składu orzekającego (art...
- Zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, w wieży nad nimi zadzwonił dzwon; brzmiał przeraźliwie głośno i nisko - jak żaden inny, które słyszała Miriamele...
- - Prace przygotowawcze zajmą kilkadziesiąt lat - odezwał się Człowiek, Który Czuwał Nad Bezpieczeństwem Mieszkańców Ziemi...
- SP500,20000508,1432
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
. .
Znów przestałam słyszeć, co mówią. Rozumiałam Waldemara lepiej niż Ja-
dwigę, mimo zachodzącej tu również wspólnoty płci. Bryły rzadkiej urody i wiel-
kości i taki kretyn chce je ciąć na małe kawałki, chociaż małych kawałków ma
skolko ugodno! No owszem, wiadomo było dlaczego, na biżuterię potrzebne mu
jednakowe, cały naszyjnik z jednego materiału, poszczególne korale nie mają pra-
wa różnić się od siebie, obojętne jak szlifowane. Przedwojenny naszyjnik mojej
matki z pewnością również pochodził z jednej bryły. Kolczyki, też identyczne,
jak on, ten nieszczęsny artysta, ma osiągnąć upragniony efekt inaczej, jak tylko tnąc. . . ? No dobrze, ale to niech sobie tnie te gorsze, no nie, nie gorsze, niewłaści-we słowo. . . Nie gorsze, tylko nie stanowiące same w sobie arcydzieła! Są takie, na własne oczy widziałam, bryła jak bryła, wielka, ale mało atrakcyjna i w całości do niczego, nic się z niej nie uzyska, za to pocięcie da materiał na dzieła sztuki.
Wiedziałam to już doskonale, ale co z tego? Równie dobrze mogłabym pociąć na
jednakowe kawałki na przykład własne serce albo wątrobę. Wątroba, zdaje się,
większa, więcej z niej wyjdzie. . .
Stwierdzając zdecydowaną wyższość urody kawałków bursztynu nad kawał-
kami wątroby, obojętne, mojej, wieprzowe, czy cielęcej, znów usłyszałam dalszy
ciÄ…g.
— Najgorzej z Niemcami — mówiÅ‚ gniewnie Waldemar.
— WykupujÄ… najpiÄ™kniejszy i przemycajÄ…. No i co z tego, że nie wolno. . . Co
z tym robią, to ja już nie wiem, ale płacą więcej niż nasi i w ten sposób oni to mają, a nie my. Tu pijaczki różne, znajdzie taki coś i gotów sprzedać od razu na wódkę. . .
— Dwie grupy — przerwaÅ‚ mu ten mój, zakrÄ™cajÄ…c termos.
— Jedna sprzeda wszystko każdemu za byle co, a druga nie sprzeda niczego
nikomu, chociaż dostałaby dobrą cenę. Zgadza się?
— Otóż to wÅ‚aÅ›nie — przyÅ›wiadczyÅ‚a z lekkim rozgoryczeniem Jadwiga. —
I mój mąż należy do tej drugiej grupy.
Waldemar się nagle zakłopotał.
— No, jak on ma to ciąć. . . ?
Teraz, dla odmiany, oczyma duszy ujrzałam schody Jadwigi, znajdujące się za
moimi plecami. Surowy beton, nawet bez szlichty, prowizorycznie pokryty kawał-
kami jakiegoś PCV. Też ją należało rozumieć, każda normalna kobieta chciałaby
38
mieć dom wykończony, sama przecież tej roboty nie odwali, mąż powinien się przyczynić. Zarobić. Zapłacić ludziom. A majątek mu leży w bursztynie. . .
Czy ja bym zdołała to sprzedać. . . ?
Najpierw uznałam stanowczo, że nie. Potem zastanowiłam się i pomyślałam,
że w pewnym stopniu. Rozważyłam wreszcie sprawę porządnie i zadecydowałam,
że tak. Trochę, te najpiękniejsze, od których serce by mi pękło, zostawiłabym
sobie, a resztę, trudno, niech te ohyzdy kupują. Schody trzeba wykończyć, jako
kobieta upieram siÄ™ przy tym.
— Ten taki, w tym pierwszym domu z dachówkÄ… — mówiÅ‚ teraz Waldemar,
emocjonalnie już sklÄ™sÅ‚y. — Chciwy, a serca do bursztynu nie ma. Co zÅ‚apie, to
sprzeda, z tym że nie przepije, bo on akurat trzeźwy.
— I caÅ‚kiem rozumny — wtrÄ…ciÅ‚ dziadek z kÄ…ta nieco zgryźliwie. — Na coÅ›
te pieniądze zbiera, a zbiera już długo. Od gówniarza go znam. Może śpi na nich.
— Dobrze, że teraz papierowe, bo na zÅ‚otych byÅ‚oby mu twardo — zauważyÅ‚a
Jadwiga tonem, który nie wyrażał nic.
Dziadek spoglądał to na Mieszka, którego karmił jarzynową zupką, to w okno,
na panoramę Zalewu, co jakiś czas trzymając w zawieszeniu łyżkę w ręku i dziec-
ko z otwartymi ustami.
— SÄ… takie ludzie. Same nie wiedzÄ…, na co im to, ale garnÄ… pod siebie. I on też
tak. Dzieci nie ma, rodziny nie ma. . .
— Ma żonÄ™ — przypomniaÅ‚ Waldemar.
— Iiiii tam, taka żona. Drapak, nie żona. . .
— Smażę ryby — zawiadomiÅ‚a Jadwiga. — Åšledź i stynka. ZjedzÄ… paÅ„stwo?
Jeśli szło o ryby, państwo zdołaliby zjeść zapewne cały połów Waldemara
i oprócz tego jeszcze trochę, szczególnie stynki. Z zapałem przyjęliśmy propozy-
cję. Oderwałam się od futryny drzwiowej i przestałam myśleć wielowarstwowo. . .
*
*
*