Jej wcielenie było tak wykończone, że ledwo mogła się ruszać...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Już samo podanie w polskiej telewizji publicznej informacji o wyrażeniu przez kogoś krytycznej opinii o wspomnianym festiwalu (firmowanym wszak przez TVP) było...
- Przez chwilę wahała się - to, co chciała zrobić, nie było zakazane przez zwyczaj, ale mógł dokonać tego tylko ktoś bardzo poruszony, w sytuacji, która go...
- punktach było ono skodyfikowaniem stosowanej ju uprzednio praktyki, jednak praktyce tej dopiero teraz nadało charakter w pełni instytucjonalny...
- ““Zabij go, Tanneguy!”“ A teraz - de Giac roześmiał się konwulsyjnie - teraz ten człowiek, pod którego władzą było tyle prowincji, że można by nimi...
- Niemniej obawiałem się wyjść z lasu — choć skądinąd było oczywiste, że prędzej albo później wyjść muszę...
- — Chce pan powiedzieć, że rurę założono, kiedy nie było jeszcze krateru ani tego wąwozu? — spytałem...
- I po cóż to wszystko, po cóż te wyrzeczenia dla sprawy tak od początku przegranej? Jakby z odkrytej karty czytać było można...
- Wyjaśniła Ellie, jak to było z białą, weselną suknią, że rodzina tak tego chciała, i ile radości sprawiają jej te metry jedwabnych koronek i długi, lśniący...
- ciekawe i co mnie osobiście bardzo zaskoczyło — zdałem sobie spra- wę, że czasami pracując mniej i krócej, można było zrobić więcej, niż...
- Pod ziemią mieliśmy nawet drogowskazy, dzięki czemu obcy wiedzieli gdzie się znajdują, chociaż zapewnianie przybyszom [kadrze i partyzantom] przewodnika było...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Nie zdawała sobie jednak sprawy z tego zmęczenia, dopóki nie wyciągnęła się na sofie u Summerów, nie nałożyła sobie pasty jajecznej na grzankę i nie pomyślała; “Msza niedzielna”.
- Spisek ma nowego sprzymierzeńca, najdroższa Greenbranch - przechwalał się Belstem. - Nie sądzę, abyś o tym słyszała, skoro nie jesteś stąd. To nowy znajomy, mój i damy Gentle. Hrrmp!
Było prawie południe i nie było szansy, aby się przebrać w swoje suknie i zdążyć na mszę. Włożyła suknię z muślinu na fioletowej tafcie, ostatni krzyk mody. Ludzie z Bagniska uznaliby ją za ateistkę, która przyszła się z nich naśmiewać. Przerwała Belstemowi w połowie zdania, przeprosiła i wyśliznęła się bocznymi drzwiami. Przebiegła przez plac i wskoczyła do pierwszej wolnej rykszy, których tuziny stały zawsze przed posiadłościami.
- Dokąd, pani? - zapytał rykszarz.
- Pokręć się po Bagnisku, aż znajdziesz zgromadzenie Braciszka Radosności.
Cholera! Słyszała, jak mężczyzna westchnął ze zdziwienia. Kiedy wjechali do Bagniska, rykszę wypełnił znajomy odór ryb, gnijących traw, świńskiego łajna i kadzidła. Kora oddychała głęboko, kiedy koła podskakiwały na bruku; znała dzielnicę tak dobrze, że potrafiła nazwać każdy kąt, przez który przejeżdżali. Od przybycia do Zaułka Tellury każdej niedzieli chodziła tu na msze. Twórcy zawsze wybierali Bagnisko. Wędrowni flameni nauczali na ulicach, blokując ruch, ale fiameni-doradcy na Bagnisku zawsze przyciągali najwięcej wiernych. Dla twórców demonstracyjne okazywanie poparcia doradcom było tak ważne, jak sama pobożność.
- Musimy trzymać się razem! - usłyszała. - Wyznawcy muszą, być razem. Ci, który mają niewiele, muszą pomagać tym, którzy nie mają nic.
Ryksza zwolniła. Rykszarz powoli oparł drążki o ziemię.
- Na wsi ludzie się burzą, a wszyscy widzieliście bezradność w biednych dzielnicach naszego miasta. Płacz u drzwi szlachty nie przyniesie niczego dobrego, bo wszyscy wiemy, że jedzenie wysłano za morze dla większego zysku! My, flameni, musimy nakarmić biednych, słabych i młodych. Osuszamy boskie zapasy. Nie możemy sami ocalić świata! Musicie działać. Musicie udowodnić, że pobożni współczują bardziej niż bluźniercy! Musicie zachować dawne obyczaje...
Rykszarz zajrzał do wnętrza:
- Pani, bliżej nie podjadę.
- Poczekaj tu na mnie - szepnęła Kora i wysiadła. Zebrała suknie w dłoń i ruszyła pomiędzy ludzi. Braciszek Radosność stał na podium skleconym ze skrzyń na ryby i gestykulował szeroko. Opowiadał o sporze flamena Dzielności z trzecim Dywinarchą. Odgrywał poszczególne części przypowieści, a kryształy soli niemal wyskakiwały mu z orbit. Był wielkim Królewczykiem około trzydziestki, z futrem nakrapianym jak kora brzozy.
Kora padła na kolana przy murze ratusza. Przy podium leman Radosności, Giętkość, wpatrywał się w niego nabożnie. Kość miał dziewiętnaście lat, był chudy i pochodził z Archipelagu. Był pierwszym lemanem Radosności i razem stanowili najlepszy przykład wszystkich świńskich dowcipów o flamenach. Jego obecność denerwowała Korę. Nie mogła zapomnieć przepowiedni, którą wyrecytował jej Dywinarchą, trzy lata temu: “Otrzymasz największe zaszczyty na świecie, ale będziesz żyła w kłamstwie. Twe serce będzie ciężkie jak skała okuta żelazem. Prawda jest niewysłowiona. Prawda jest niewysłowiona...”
Rzuciło to cień na jej przyszłość, cień, który zbladł, lecz nigdy nie zniknął, tak wielki jak cień drapieżcy na tle zachodzącego słońca, lśniący na krawędziach, który ciągle ją ścigał.
- I tak, w końcu, wszyscy znów staniemy się jednym ludem!
- Radosność złączył dłonie. Jego głos był niezwykle silny, jakby karmił się adoracją Kości i całego tłumu. Brzmiał niemal bosko: - Pobożni, bluźniercy, wszyscy pod jednym słońcem, chwaląc bogów, żyjąc w pokoju!
Rozległy się szepty, krążyły po placu, dobiegały z każdego nasłonecznionego kąta. Tłum zebrał się wokół Radosności i powtarzał zwyczaj stary jak flamenizm: każde dziecko, mężczyzna i kobieta dotykali flamena na szczęście. Kora nadal klęczała na zakurzonym bruku, opierając czoło o rynnę zrobioną z suchego sitowia. Czuła się tak lekka, jakby krew w niej musowała. To była pierwsza msza, w której uczestniczyła, odkąd Miło zdradził jej prawdziwą naturę auchresh. Tej nocy, chcąc nie chcąc, stała się aleistką. Bała się, że skoro zawaliły się wszystkie wierzenia jej ojców, kazania flamenów będą jej obojętne. Jednak przemowa Radosności przeszyła ją, uspokoiła i uniosła jej duszę na cichy, jasny szczyt, z którego rozciągał się wspaniały widok.