Mgławicz zadrżał...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Inaczej być nie może...
- 65
- niezrozumiałe szczegóły zawarte w tre ci rzeczonych przywilejów nabior ja niejszego znaczenia i zatrac wszelk niepewno wyra enia dwuznaczne, skutkiem...
- Rzesz miÄ™dzynarodowych konspiratorów nowego Å‚adu Å›wiatowego wierzy, że ich cel leży już w zasiÄ™gu rÄ™ki – a nagrodÄ… jest – ‶zÅ‚oty...
- Wykazanie wewnętrznych sprzeczności w radykalnym podejściu do pracy socjalnej nastąpiło w eseju Cohena (1975), który niespodziewanie przyczynił się do wylansowania...
- — WierzÄ™, że ci siÄ™ uda — przyznaÅ‚a, a potem spytaÅ‚a: — A co ze mnÄ…?— Cóż, z tobÄ… to inna sprawa...
- • skrzynia biegów, dÅ‚uga – ponieważ jest wiele szybkich partii (Å‚uki, czasami proste), na których to wÅ‚aÅ›nie dużą prÄ™dkoÅ›ciÄ… można sporo...
- PiP 1956, nr 7, s...
- – WyglÄ…da to na miedź tego handlarza...
- chciał, pozyskał go sobie...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
– Co to znaczy?! Mój dom jest pod obserwacjÄ…?!
– Jeszcze... nie.
– Ach, mniejsza o to! Chodzi tu nie o mnie, lecz o tamtego. Pan wie, że nie wróciÅ‚ do
mieszkania, więc gdzież on jest?
Zapadła długa, ciężka chwila milczenia.
– Gdzie on jest? – powtórzyÅ‚ MgÅ‚awicz dobitnie.
Detektyw zaciął wąskie usta, twarz mu się skurczyła niemile, oczy patrzały śmiało jak śle-
pia sępa.
– Gdzie on jest?! – zawoÅ‚aÅ‚ MgÅ‚awicz podniesionym gÅ‚osem, gorÄ…czkowo.
– Nie wiem.
– Jak to? Pan nie wie?
– Nie wiem.
– Odmawia mi pan udzielenia wiadomoÅ›ci!
– Tak.
Mgławicz był wściekły.
– Co to znaczy?
Detektyw milczał.
– Ha! W takim razie bÄ™dÄ™ go sam szukaÅ‚.
Mgławicz wstał gwałtownie, ale umiejscowiły go zimne słowa detektywa:
– RadzÄ™ ekscelencji zaniechać poszukiwaÅ„.
– Co?!
– Tak. RadzÄ™.
Mgławicz był blady, wzburzony wewnętrznie.
– Musi mi pan to wytÅ‚umaczyć! ChcÄ™ wiedzieć wszystko... bo w przeciwnym razie...
– Powtarzam, nie radzÄ™ go szukać ani siÄ™ nim interesować. Uwaga na dom ekscelencji
zwrócona. Ostrzegam życzliwie.
Mgławicz tracił panowanie nad sobą. Krzyknął:
– O siebie już nie obawiam siÄ™! Jego muszÄ™ znaleźć! Chyba...
Detektyw chrząknął znacząco i spuścił oczy na ręce. Było w nim coś złowrogiego, jakaś
straszna, Å‚atwa do rozwiÄ…zania zagadka.
– Chyba?... – powtórzyÅ‚ szeptem gÅ‚uchym, urywanym.
Mgławicz, śmiertelnie blady, przysunął twarz do twarzy detektywa, wparł przeszywające,
groźne oczy w źrenice tamtego i wykrztusił:
– Czy – – ?!...
Detektyw podniósł oczy i bezsłownie odpowiedział nimi:
– Tak.
Mgławicz szarpnął się w tył blady, straszny, z zastygłym wyciem na ustach. Oczy zaszły
mu czarną płachtą grozy. Porwał się z fotela i opadł jak kamień. Twarz ukrył w dłoniach.
Zmartwiał.
Detektyw odszedł już bez słowa.
Mijały godziny, nastała późna noc.
Mgławicz siedział bez ruchu, osnuty gęstą, lepką siecią obleśnych myśli, jak pająk w paję-
czynie. Zewnętrznie był spokojny, ale w duszy jego przewalały się wzburzone morza uczuć,
błyskały krwawe refleksje. Targał nim obrzydliwy wstręt, piersi rozsadzał mu ból tak silny, że
nie mógł już krzyczeć. Ból rósł, ranił, zalewał krwią, zatruwał. Ból, który daje życie lub
śmierć. Wszystko, co człowiek jest zdolny przemyśleć, przeboleć, zanalizować, dokonywało
się teraz w Mgławiczu.
114
Wśród długiej jak wiek nocy był moment, że Mgławicz zerwał się z miejsca i zawołał
szaleńczym jakimś krzykiem:
– PójdÄ™ tam! Zbadam! MuszÄ™!
Ale opadł na fotel osłabiony. Myślał, myślał.
Nagle uczuł, że ktoś przy nim stoi. Bał się spojrzeć. Wiedział, że to Jacek. Wrażenia tego
doznawał kilkakrotnie. Nie śmiał oddychać. Czuł Jacka przy sobie. Czuł wyraźnie jego dłoń
na swoim ramieniu, dłoń ciężką jak karabin, ciężką jak moc przeznaczenia. Wydawało mu
się, że jest w jakimś fortecznym więzieniu, a mury kazamat walą się na niego, zwały sklepień
olbrzymich, potwornych grzebią go pod sobą, miażdżą. Słyszał huk jakiś, szmer usuwającego
się ciała. I jęk...
– Ten sam... ten...
Słyszał, jak bastiony i mury, załomy i węgły powtarzały po stokach, pod sklepieniami sto-
krotnie pomnożony, stokrotnie głośniejszy jęk.
– Ten sam... ten sam...
Mgławicz drętwiał. Czuł na sobie wzrok Jacka. Czuł, że gdy go ujrzy, gdy głos jego usły-
szy, wówczas stanie się coś, co go doprowadzi do obłędu.
W pewnej chwili uciekał myślą do Haliny, błagał ją o ratunek. Lecz ona patrzyła na niego
z wyrzutem, a z jej oczu pÅ‚ynęły duże, jasne Å‚zy... WiÄ™c odwróciÅ‚ siÄ™ od niej i – znowu ten
Jacek, ten Jacek...
Męka, męka, szaleństwo...
A noc wlecze się długo, nieskończenie.
I znowu wypełzają skłębione wężowiska myśli. Znowu tłocznia przeokropna. Plugawa śli-
na wyrzutów opluwa zakrwawione sumienie. Tak źle... tak ciężko...
Po co to wszystko? Po co ta męka?
A po co wstyd, żal, po co gorycz i myśl ciężarna ołowiem?... Myśl, która mózg rozwala,
od której pęka czaszka...
Po co to wszystko, po co?...
Żyć z takim ołowiem w mózgu i czuć, że gad ohydny wije się w głębi i toczy plugawą śli-
nÄ™.
Po co to? Na co?...
Wyrwać się z Umberry i być wolnym! Wyrwać się, ach, wyrwać i nie wracać do tej ob-
mierzłej zaćmi, co tak męczy! Umberry jest straszne. To byt nie do zniesienia... Prawdę mó-
wiła Halina, że kto ugrzęźnie w Umberry, ten ginie, ginie na wieki...
Ale czemu ona tak patrzy na mnie, co mi wyrzuca?...
Ugrzązłem w Umberry, to widzisz dlatego, żeś ty odeszła ode mnie w świat inny, w świat
swój, tÄ™sknot i cudów... ZostawiÅ‚aÅ› mnie samego – czyż można żyć bez ciebie i cieszyć siÄ™