Jaime Astarloa wyszedł na ulicę z pełnym floretów futerałem pod pachą...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- _' yette zakończył swoją intymną wizytę i wyszedł na zewnątrz,f wtedy Barry uderzył go łomem w głowę i wrzucił na tylne siedzenie~~' ochodu...
- Wyszedł z Białego Domu zasępiony, żałując, że nie zażądał przerwania terrorystycznych nalotów, które zamieniały w ruinę wszystkie znaczniejsze miasta...
- 17 ─ Gdyby to zależało ode mnie ─ mówił Aleksander do Caulaincourta ─ miałbyś pan moje słowo, nim byś pan wyszedł z tego gabinetu; gdyż,...
- Realizator w wozie transmisyjnym nie stracił zimnej krwi i nie pozwolił, aby taniec ognistego robaka wyszedł z kadru dłużej niż na sekundę...
- Rod przyłożył karabin do ramienia, odważnie wyszedł z ukrycia i skręcił w lewo...
- Wyszedłem w deszcz i, zanim dotarłem do urzędu pocztowego, zmokłem do- kumentnie...
- Następnego dnia po pracy wyszedłem z podręcznikiem i znalazłem się pod ich domem...
- Ulice Mardecin wybrukowane były granitowymi płytami, wytartymi przez całe pokolenia stóp i kół wozów, wszystkie zaś budynki zbudowano albo z cegły, albo z...
- Po pięciu minutach wyszedłem...
- Nagle drzwi się otwarły, a na ulicę wybiegło dziecko...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Poranek był upalny, Madryt usychał w promieniach niemiłosiernego słońca. W kawiarniach gwarno było od dwóch tematów, od skwaru i od polityki – rozmowy zaczynano od kilku zdań o spiekocie, by po chwili przejść do omówienia kolejnych, zawiązujących się spisków, z których większość stanowiła tajemnicę poliszynela. Tamtego lata 1868 roku konspirowali wszyscy. W marcu zmarł stary Narváez; Gonzalezowi Bravo wydawało się, że potrafi rządzić silną ręką. W pałacu Oriente królowa słała płomienne spojrzenia młodym oficerom swojej gwardii, żarliwie odmawiała różaniec i przygotowywała się do bliskich letnich wywczasów na północy kraju. Inni musieli zadowolić się odpoczynkiem na emigracji. Większość wybitnych mężów stanu, jak chociażby Prim, Serrano, Sagasta czy Ruiz Zorrilla, znajdowała się na wygnaniu, w areszcie bądź pod dyskretnym nadzorem. Wszyscy mimo to wytrwale knuli w ramach spisku określanego mianem „O honor Hiszpanii”. Uczestnicy kawiarnianych spotkań zgodnie twierdzili, że dni Izabeli II są policzone. Bardziej umiarkowani opowiadali się za jej abdykacją na rzecz syna Alfonsita, radykałom natomiast roiły się mrzonki republikańskie. Ludzie szeptali, że Juan Prim, hrabia de Reus, przybędzie lada chwila z Londynu, po prawdzie bohater bitwy pod Castillejos, stoczonej w czasie kampanii marokańskiej, zdążył się już kilkakrotnie pojawić, za każdym razem jednak był zmuszony brać nogi za pas. Jak głosiła popularna śpiewka, figa jeszcze nie dojrzała. Inni zauważali z kolei, że figa już dawno zaczęła gnić, wisząc tyle czasu na gałęzi. Cóż, zależało to od punktu widzenia.
Skromne dochody nie pozwalały Jaimemu Astarloi na przesadne zbytki, dlatego ruchem głowy odmówił dorożkarzowi, proponującemu kurs rozklekotaną bryką. Szedł aleją Prado, mijając bezczynnych przechodniów, którzy szukali cienia pod drzewami. Co i raz spostrzegał znajomą twarz i kłaniał się uprzejmie zwyczajowym uchyleniem szarego cylindra. Jednakowo odziane piastunki plotkowały zawzięcie na drewnianych ławeczkach, popatrując z daleka na uganiające się wokół fontann dzieci w marynarskich ubrankach. Damy z obszytymi koronką parasolkami w dłoniach zażywały przejażdżki w odkrytych powozach.
Pomimo lekkiego, letniego surduta don Jaime aż dusił się od gorąca. Miał jeszcze odwiedzić dwóch swoich uczniów, młokosów z dobrych rodzin. Ich ojcowie uważali szermierkę za ćwiczenie dobre dla higieny ciała, jedno z niewielu, jakim młody człowiek mógł się oddać bez uszczerbku na rodowym honorze. Dzięki honorariom otrzymywanym z tego tytułu oraz jeszcze paru klientom odwiedzającym jego galerię popołudniami nauczyciel fechtunku jakoś sobie radził. Ostatecznie wydatki miał nader skromne: czynsz za mieszkanie przy ulicy Bordadores, obiad i kolacja w pobliskiej oberży, kawa i grzanka w Progreso... Na polecenie markiza de los Alumbres pierwszego każdego miesiąca otrzymywał pewną sumkę, która zapewniała mu drobne dodatkowe przyjemności. Nie chcąc dokonać żywota w przytułku, resztę pieniędzy odkładał z myślą o latach, kiedy starość uniemożliwi mu dalsze uprawianie zawodu. Ta perspektywa, co stwierdzał z niejakim smutkiem, była coraz bliższa.
Hrabia de Sueca, deputowany do Kortezów, ojciec jednego z nielicznych uczniów don Jaimego, jechał konno we wspaniałych angielskich sztylpach.
– Dzień dobry, mistrzu – sam de Sueca też był jego uczniem jakieś sześć, siedem lat wcześniej. Został wówczas wyzwany na pojedynek, co zmusiło go do skorzystania z usług Jaimego Astarloi, by podnieść własne umiejętności szermiercze na dzień przed walką. Wynik był zadowalający, stal uczyniła w piersi rywala dziurę długości cala, a hrabia od tamtej pory utrzymywał z profesorem fechtunku serdeczne stosunki, do których teraz dopuszczony został także jego syn. – Jak widzę, zawsze ze sprzętem pod pachą... Pewnie poranny obchód?