innego
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Podczas tamtych dwu nocy nie wróciła więcej do Świata Snów, ale kosztowały ją więcej wysiłku niźli cokolwiek innego...
- - Pewnie oczekiwaliśmy zbyt wiele po tej rozmowie, a każdy z nas czegoś innego - wykrztusił w końcu Torin...
- Ponieważ niósł jej kosz, nie pozostawało jej nic innego, jak czekać, więc przystanęła i zaczęła go obserwować...
- Mama nie rozumie, że co innego koledzy, a co innego prawdziwy przyjaciel...
- - To może być zbieg okoliczności - powiedziała wolno Egwene...
- - Och, nie zabijaj mnie, panie - zawołał bandyta...
- Nolar również rozmyślała nad tym w milczeniu...
- łupu, jak i wygody...
- 08 Przynoście więc owoc godny nawrócenia,09 a nie wmawiajcie sobie: Abrahama mamy za ojca, bo powiadam wam: Z tych kamieni Bóg może wywieść synów Abrahamowi...
- Curyło Państwo CruzobMeksykanie, ośrodek kultu w Chan Santa Cruz nie odrodziłsięjużnigdy...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Jeden z nich cofał się, wymachując pistoletem na wszystkie strony. Jim słyszał ich
wrzaski i przez moment podejrzewał, że rzeczywiście zaczną strzelać. Ale Chill krzyknął na
nich, żeby przestali biegać w kółko jak bezgłowe kurczaki. W przypadku ludzi
zaatakowanych przez wyznawcę voodoo to bardzo trafne porównanie, pomyślał ponuro Jim.
Chill wskazał na budynki po drugiej stronie ulicy. Goryle pozdejmowali okulary
przeciwsłoneczne i uważnie przyglądali się oknom, usiłując dostrzec ukrytego snajpera. Jeden
z nich przyklęknął obok leżącego na chodniku towarzysza, rozchylił jego zakrwawioną
kamizelkę, po czym obrócił się do pozostałych i potrząsnął głową. To nie były rany od kul,
lecz ślady noża.
Umber Jones przez cały czas krążył wokół nich, błyskając ostrzem i zębami, i
obserwując ich nieruchomymi, szeroko otwartymi oczami szaleńca. Nagle skoczył do
klęczącego przy pierwszej ofierze goryla, pochylił się i objął go ramieniem za szyję, jakby go
chciał udusić, ale w następnej chwili jednym gwałtownym ruchem przeciął jego tętnicę i
krtań. Goryl próbował wstać, jednak już nie zdołał. Krew tryskała z jego szyi tak silnym
strumieniem, że opryskała chodnik i szyby cadillaca szefa.
Chill miał dość. Wrzasnął na dwóch pozostałych goryli i wszyscy wskoczyli do
samochodu, jakby ścigał ich sam diabeł. I tak też było. Zanim szofer Chilla zdążył uruchomić
silnik, czarny obłok dymu podpłynął do auta i wsączył się przez uchyloną tylną szybę.
Silnik cadillaca ożył z warkotem. Pisnęły opony, spod tylnych kół trysnęły smużki
dymu.
Samochód ruszył.
Nie ujechał daleko. Zanim dotarł do następnej przecznicy, gwałtownie skręcił i z
ogłuszającym trzaskiem uderzył w tył nieprawidłowo zaparkowanej śmieciarki. Zapadła nagła
cisza, a potem wóz eksplodował. Pomarańczowa kula ognia wzbiła się w nocne niebo.
Płonące zapasowe koło zostało wyrzucone na dziesięć metrów w powietrze i
wylądowało na dachu samochodu zaparkowanego po drugiej stronie ulicy.
Jim sądził, że wszyscy pasażerowie cadillaca zginęli. Jednak po chwili prawe przednie
drzwi otworzyły się i wypadł z nich Chill. Z jego włosów unosił się dym, ale zdołał podnieść
się na kolana i odczołgać od wraka. Żar płonącego samochodu był tak intensywny, że
podeszwy jego żółtych zamszowych butów natychmiast zajęły się płomieniem. Dwaj
śmieciarze odciągnęli go w bezpieczne miejsce, położyli na chodniku i nakryli płaszczami.
Jim trwał w bezruchu, patrząc, jak samochód Chilla wypala się do cna. Tylko on
widział postać o popielatoszarej twarzy i w kapeluszu Elmera Gantry, która z grymasem
upiornej satysfakcji również obserwowała płonący wóz.
O trzeciej nad ranem obudziło Jima ciche, natarczywe stukanie. Usiadł na łóżku
nasłuchując. Chwila przerwy, a potem znów to ciche postukiwanie, jakby ktoś uderzał
paznokciem w szybę pokoju.
Wygramolił się z łóżka. Kotka Tibbles leżała zwinięta w nogach łóżka. Kiedy Jim
podniósł się, otworzyła jedno oko i obrzuciła go zirytowanym spojrzeniem. Przeszedł boso po
dywanie. Okno było zasłonięte bawełnianymi zasłonami, lecz księżyc był w trzeciej kwadrze
i Jim wyraźnie widział cień kogoś stojącego na balkonie.
Przez dłuższą chwilę stał przed zasłoniętym oknem, zastanawiając się, czy je otworzyć,
czy udawać, że śpi.
Ale wtedy cień uniósł rękę i znowu zastukał w szybę. Jeśli nie otworzę, pewnie będzie
tak tłukł przez całą noc, pomyślał Jim. Był i tak już wystarczająco zmęczony. Kiedy położył
się do łóżka, zasnął niemal od razu, ale co dziesięć minut budził się, tłukąc rękami po pościeli
i gasząc wyimaginowany ogień.
Tuż po drugiej udało mu się zasnąć — a teraz obudziło go to: cień stojący przed oknem
i cierpliwie pukający w szybę.
Wziął się w garść i szarpnięciem rozchylił zasłony. W świetle księżyca ujrzał Elvina, o
bladej skórze poznaczonej ranami podobnymi do pysków śniętych ryb. Elvin znów zastukał w
szybę. Uśmiechał się przepraszająco, jak ślepiec, któremu wydaje się, że napotkał jakąś
przeszkodę.
Jim skrył twarz w dłoniach. Nie wiedział, ile jeszcze zdoła znieść. Jednak kiedy odjął
ręce, Elvin wciąż tam był, i wiedział, że nie ma innego wyjścia — musi otworzyć mu drzwi.
Powłócząc nogami, Elvin wszedł do środka i stał spoglądając w dal.
— Cześć, Elvin — powiedział Jim. Woń rozkładu była jeszcze silniejsza i wydało mu
się, że Elvin wygląda znacznie gorzej. Jak długo magia Umbera Jonesa będzie poruszać tym
okaleczonym ciałem, posyłając je z wiadomościami?
— Umber Jones chce, żeby pan znów zobaczył się z Charlesem Gillespie — wybełkotał
Elvin. — Chce, żeby pan powiedział mu to samo, co ostatnim razem. Jeśli będzie się nadal
wahał, ma mu pan dać to…
Sięgnął białą, gąbczastą ręką do kieszeni i wyjął kurze skrzydełko z przywiązanymi do
niego kolorową nitką włosami i piórami. Wyglądało jak wielka sztuczna mucha. Elvin
cierpliwie odczekał chwilę, a potem położył skrzydełko na stole.
— Następna klątwa voodoo, jak sądzę — mruknął Jim.
— Następna próba przemówienia Charlesowi Gillespie do rozumu — odparł Elvin.
Odwrócił się, żeby odejść, ale Jim rzucił ostrym głosem: „Elvin!” — i chłopiec stanął
jak wryty nie odwracając się. Włosy z tyłu jego głowy były nastroszone od zaschniętej krwi.
— Elvin… czy pozostało z ciebie coś z tego, kim byłeś przedtem, zanim zapanował nad
tobą Umber Jones? — zapytał Jim.
Zapadła boleśnie długa cisza, a potem Elvin odparł:
— Nie rozumiem pytania.
— Po prostu chcę wiedzieć, czy rozmawiam z Elvinem Clayem, prawdziwym Elvinem
Clayem, ukochanym synem pana i pani Clay i bratem Elviry, czy też z kawałkiem
posłusznego rozkazom Umbera Jonesa ciała.
— Umber Jones jest moim hounganem. Robię wszystko, co każe mi Umber Jones.
— Wiem o tym, Elvinie. Jednak chcę wiedzieć, czy pozostało w tobie jeszcze coś z
prawdziwego Elvina. Odrobina własnej woli. Trochę siły. Jakieś własne myśli…
Elvin wahał się. Pomimo odrazy Jim położył mu rękę na ramieniu. Ciało pod marynarką