grzbietem wzgórza do stóp katedry, i z kilkudziesięciu zaułków, rozrzuconych bezładnie po stromych zboczach...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Ulice Mardecin wybrukowane były granitowymi płytami, wytartymi przez całe pokolenia stóp i kół wozów, wszystkie zaś budynki zbudowano albo z cegły, albo z...
- - Aj, aj, jak to dobrze, żeś się tu pojawił, panie szlachetny - jęknął boleśnie, leżąc plackiem u stóp Hodży Nasreddina...
- — Od dawna panowało przekonanie, że rzeka Nil wypływa z wielkich jezior leżących u stóp Gór Księżycowych[46]...
- Drżąc od stóp do głów, poszedł na górę do pokoju, skąd wywołano go ostatnim razem...
- — Stop! Kim jesteś?Sępi Dziób przystanął i przyjrzał się policjantowi...
- tów w 6-stop nio wej ska li od 0 do 5)...
- Wspinając się na grzbiety olbrzymich fal, łódź przywierała do dryfkotew niczym alpinista do liny...
- Do jego grzbietu przymocowana była mała fiolka jakiejś cieczy...
- – Zabierzesz stąd te akta, zrobisz gdzieś kopie, roześlesz część do przyjaciół i znajomych rozrzuconych możliwie po całych Stanach, a resztę ukryjesz,...
- szyki w uniesieniu zwycistwa, Thrasybulos nagle ruszy do natarcia,a rozgromiwszy skrzydo Mindarosa zawrci swe okrty w gb cieninyi rozbi bezadnie...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Imponującą jest tylko liczba cerkwi, ich ogrom i wspaniałość; naturalnie,
że wszystkie są świetnie wyposażone i stoją pustkami, gdyż prawosławnych nie starczy na
zapełnienie chociażby jednej. Za to kościół katolicki, liczący przeszło piętnaście tysięcy para-
fian, nie może pomieścić swoich wiernych nawet zwykłego dnia, na mszy. Ale taka już nasza
dola: „Jednemu szydło goli, a drugiemu i brzytwa nie chce”, mówi przysłowie.
Dawna katedra unicka, przerobiona po zniesieniu unii na sobór prawosławny, dominuje
nad miastem, wznosi się na szczycie góry, a obok niej wyrosła nowa, wysoka dzwonnica.
Na szerokich, kamiennych schodach, prowadzących od strony miasta na górę katedralną,
siedział cały rząd niezmiernie charakterystycznych dziadów, i zaledwie postawiłem nogę na
stopniach, gdy opadło mnie stado jastrzębich spojrzeń, kilkadziesiąt rąk wyciągnęło się do
mnie i schrypnięte, jękliwe głosy jakby automatycznie zaintonowały błagalny chór, zaklinają-
cy na Częstochowską, Ostrobramską i Kodeńską, abym się ulitował nad nieszczęśnikami.
Żebrali taką dobrą polszczyzną, że odszedłem o parę złotych uboższy. Przystanąłem na
szczycie schodów, olśniony przepięknym widokiem, jaki się stamtąd roztacza na niezmierną
przestrzeń pól, pofalowanych wzgórzami, pełnych drzew, wiosek, czarnych plam lasów, krę-
tych strumieni, połyskujących w słońcu, i ptasiego świergotu, kiedy dziadowski śpiew znowu
mi zajęczał w uszach.
Po schodach szedł jakiś oficer z damami, a wyciągnięte ręce zabiegały im drogę, i proszal-
ny chór znowu zaklinał, tylko że już w innym języku i na inne świętości, bo na Kazańską, na
Poczajowską, na św. Mikołaja i na wiele takich imion, które usłyszałem po raz pierwszy w
życiu. Musieli być szczodrze opatrzeni, gdyż jeszcze długo stali błogosławieństwa i dzięk-
czynienia.
Nie czekając już na więcej dowodów tej mądrej dziadowskiej polityki, poszedłem do sobo-
ru61. Trafiłem jednak nieszczęśliwie, gdyż z powodu odnawiania główny ołtarz i wszystkie
60 lada jako – byle jak, jakkolwiek, jak bądź.
61 do soboru – do głównej, o charakterze katedralnym cerkwi.
54
wspanialsze ikony były pozasłaniane. Główną nawę wypełniały rusztowania, farba pryskała
na wszystkie strony, a gdzieś spod sufitu rozlegała się „ojra”, zapamiętale wygwizdywana. W
bocznych nawach, cichych i mrocznych, również nie było nikogo.
– Czy tutaj zawsze tak pusto? – pytam jakiegoś robotnika.
– Jak napędzą, to i goście są – odpowiedział, zajrzał mi w oczy i cofnął się w głąb soboru.
Wyszedłem na plac, zalany słońcem i oślepiającą białością murów. Nie było nigdzie widać
ani żywej duszy, a mimo usilnych poszukiwań po przyległym parku, nie znalazłem nigdzie
ani śladu tych pobożnych tłumów, jakie, wedle zapewnień „istinnych”62, mają wciąż, dniami i
nocami, płynąć do soboru z całej Chełmszczyzny.
Wstąpiłem do Muzeum, które, jak i wszystkie gmachy, otaczające sobór, są bardzo czyste,
bardzo monotonne, bardzo starannie utrzymane i w bardzo „kazionnym”63 stylu wzniesione.
Muzeum składa się z kilku niewielkich pokojów i jednej ogromnej sali, przeznaczonej na ze-
brania „Bractwa”. Na jednej ze ścian wiszą w parę rzędów portrety dawnych biskupów i me-
tropolitów unickich, owi Pocieje, Terleccy i Rutscy, twórcy unii, jej dobrodzieje, obrońcy i
męczennicy, a z przeciwnej ściany czernią się surowe, fanatyczne głowy współczesnych pa-
sterzy, ze sławetnym Eulogiuszem na końcu. Dwa światy patrzą na siebie niememi oczyma,
dwie kultury i dwie przepaście, niczem i nigdy nie zasypane.
W rogu sali wisi obraz cudownej Matki Boskiej Chełmskiej z XVII wieku, przez wieki
czczonej na Unii, ale obecnie zdegradowanej i wyrzuconej z soboru, prawdopodobnie dlate-
go, że jest namalowana i ubrana nie po formie. Miejscowy „Chołmskij narodnyj kalendar”64
za rok 1909 tak mówi o pewnym szczególe tego obrazu: „koło prawego ramienia Matki Bo-
skiej, na sukni wisi order Orła Białego, który z głupoty ( po nierazumiu) zawiesił polski król Jan Kazimierz, wygrawszy bitwę pod Beresteczkiem”.
Gdzie Rzym, gdzie Krym! Gdzie Beresteczko, a gdzie czasy „Orła Białego”?
Nie jest to jedyny kwiatek „uczoności” autora, gdyż na następnych stronicach tego samego
artykułu używa sobie jeszcze lepiej i wylewa całe morze fałszów i kłamstw na dawnych bi-
skupów unickich, a zwłaszcza Pocieja traktuje, jak ostatniego szubrawca i złodziejaszka, któ-
ry okradał cerkwie prawosławne i pastwił się nad duchowieństwem i „więcej był rozbójni-
kiem, niż metropolitą”. W takim tonie „istinnej” prawdy trzymany jest cały kalendarz, i taką
samą zawierają te setki broszur, wydawanych przez „Bractwo” i celowo rozrzucanych w
dziesiątkach tysięcy pomiędzy ludem. Polskość i katolicyzm to owa czerwona płachta, na
której wspomnienie ogarnia „istinnych” karierowiczów chełmskich taki paroksyzm wściekli-
zny, że wtedy wyrzucają z siebie stek kłamstw, denuncjacji, oszczerstw i gróźb. Bredzą już
62 „istinnych”– z roś. prawdziwych.
63 „kazionnym” – z ros. urzędowym, rządowym.
64 „Chołmskij narodnyj kalendar” – z ros. Chełmski narodowy kalendarz.
55
nieprzytomnie, jakby zatruci własnym jadem nienawiści. Doprawdy, że budzą mimowolne
politowanie.
W pozostałych paru pokoikach „Muzeum” zgromadzono to, co się tylko dało zebrać z
dawnych kościołów unickich, a co jeszcze jakimś cudem ocalało z grabieży zniszczenia. Tło-
czą się więc jakieś połamane szczątki rzeźb, złociste feretrony, portrety kolatorów65, sygna-
turki, święci w mnisich szatach, zmartwychwstające Chrystusy. Matki Boskie, chorągwie,