- Aj, aj, jak to dobrze, żeś się tu pojawił, panie szlachetny - jęknął boleśnie, leżąc plackiem u stóp Hodży Nasreddina...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- wybraæ opcjê Information i nacisn¹æ ENTER, w rezultacie na ekranie pojawisiê zestaw informacji podobny do tego poni¿ej:,j~%%I , Object ID: B6000006NetWare...
- — Ale musisz przyznać, że naprawdÄ™ pochodzi z innej planety — dokoÅ„czyÅ‚a Trillian, pojawiajÄ…c siÄ™ w polu widzenia z drugiej strony mostka...
- Zaistnienie filozofii jako dziedziny kultury narodowej, w której nacja wyra|a swój [wiatopogld, byBo mo|liwe, pojawiB si bowiem system okre[lonych poj i metod
- szczęśliwy i bezpieczny – stwierdza, że jest zadowolony, a nawet bardzo zadowolony ( Jak dobrze)...
- - Pierwsze objawy poprawy pojawiaj¹ siê po 10-14 dniach, peh poprawa wystêpuje dopiero po 4-6 tygodniach...
- Nic zatem dziwnego, że w konsultowanym przeze mnie przypadku niczym nie zagrożony, dobrze odżywiony pies na początku nie protestował, kiedy mu zabierano miskę...
- - A onirofilm?- Onirofilm w swej formie definitywnej pojawił się kilka lat później...
- Pos³uguj¹c siê asystentami dobrze wytrenowanymi w stosowaniu tego systemu kodowania interakcji, Bales i Slater (1955) wykazali, ¿e w spontanicznym przebiegu...
- binka, pogrążony w myślach; właśnie doszedłem do wniosku, że druga filiżankakawy dobrze by mi zrobiła, kiedy ciszę rozdarł przeraźliwy krzyk...
- Co Polacy musieli przeżywać w zaborze rosyjskim - dobrze ilustruje list Zygmunta Krasińkiego do Delfiny Potockiej, pisany w styczniu 1848 r...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- I, proszę, nie gniewaj się na tego gorliwego matołka. To doskonały strażnik, gorliwy i pracowity, tyle że bez głowy. Nie odróżnia pospolitych łotrzyków i włóczykijów od przyjaciół dworu. Panie szlachetny, w pałacu władcy oczekują cię od dawna. Poszukiwaliśmy wszyscy twej dostojnej osoby od samego świtu. Bezskutecznie. Na wszelki wypadek odprowadzę cię teraz do wrót chanowej urdy, abyś nie zbłądził gdzieś po drodze. I abyśmy nie musieli szukać cię po raz drugi.
- Chodźmy zatem do pałacu - zgodził się Hodża i wyciągnął rękę do setnika. - Wstawaj. Nie będziesz wszakże leźć przez całe miasto na czworaka?
Dzień dzisiejszy zdawał się być bliźniakiem dnia wczorajszego. I znów, jak poprzedniego wieczoru, podążali szeroką strugą przez wrota pałacowe wielmoże wystrojeni w przepyszne chałaty i złocone pantofle. Pośród tłumu bogatych, wielobarwnych i klejnotami wyszywanych tiubietiejek tylko jedno nakrycie głowy raziło czernią i skromnym białym haftem. Spośród licznych wspaniałych złocistych szat zaledwie jeden strój - zwykły i codzienny - kłuł oczy wszystkich.
I znów, jak poprzednio, zabrzmiały piszczałki uroczystym tonem, zaśpiewały pod smyczkiem kaszgarskie rebaby, zadudniły głucho bębny oraz dojry. Na dźwięki te siedemdziesięciu najbogatszym wielmożom chanatu pobladły oblicza, a głowy ich pochyliły się nisko, niziutko, pokornie ścierając kurze z płyt posadzkowych tronowej komnaty. Na ugiętych nogach bogacze oczekiwali kolejnych niespodzianek walących się lawiną z góry. Pośród siedemdziesięciu przełamanych do ziemi sylwetek zaledwie jedna sterczała dumnie wyprostowana, jeno z lekko skłonioną głową.
Tymczasem wielki chan Kokandu tylko wszedł jeszcze się dobrze nie rozejrzał, a już wyłuskał z barwnego tłumu niepozorną sylwetkę Hodży Nasreddina. Kiwnął dostojnym palcem na mędrca, by zbliżył się o kilka kroków.
- Cieszysz moje oko, władco Osłakłapoucha - rzekł z promienną gębą. - Widzę, bez wahania przybyłeś do pałacu na spotkanie z nami. Nie minie cię za to odpowiednia nagroda. Zapewne chciałbyś znów usłyszeć pytania głębokie i zagadkowe, przeznaczone dla uszu umiejących słuchać?
Chan kokandzki wiedział doskonale, że stawianie pytań robi z człowieka mędrca. Zadawał je więc wokoło przy każdej okazji, aby wśród poddanych, a także wśród posłów z odległych krain uchodzić za władcę o wielkim rozumie. Sposobność ponownego wypróbowania dowcipu wędrownego filozofa pozwalała mu ukazać się w blasku, którego nigdy nie potrafił wykrzesać z łbów miejscowych bogaczy.
- Nie będziesz mieć nic przeciwko decyzji, że i dzisiejszy wieczór poświęcimy tobie, człowieku podróżujący nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd? - ciągnął dalej chan Kokandu siadając z podwiniętymi nogami na tronie. - Będziesz odpowiadać na trudne pytania, radując serca nasze wyrokami pełnymi rozwagi i głębokich przemyśleń.
Tłum dostojników pałacowych spoglądał z podziwem na bucharskiego mędrca, który - uśmiechając się przy tym jak dziecko nic nie rozumiejące lub człowiek porażony bezdenną głupotą - w milczeniu potakiwał nieustannie słowom władcy.
- Los mój w twoich rękach, panie szlachetny - Hodża Nasreddin otworzył wreszcie usta. - Zamieniam się w słuch. Pytaj zatem, o szczodrobliwy.
Chan zrzucił pantofle i rozsiadł się wygodnie na stercie złocistych poduszeczek pokrywających tron, odczekał chwilę, aż napięcie wzrośnie pod sufit, po czym zaczął cedzić słowa przemyślane zawczasu:
- Kto jest bardziej niebezpiecznym złodziejem od najzręczniejszego z rzezimieszków? Nawet od króla włamywaczy, słynnego złodzieja z Bagdadu?
- Marnotrawca, panie.
Chan Kokandu otworzył szeroko oczy ze zdziwienia. Strzała Nasreddinowej odpowiedzi trafiła bowiem w sam środek problemu. Trwało chwilkę; zanim władca otrząsnął się i wypuścił spomiędzy warg następną zagadkę:
- Czy wiesz, co u dorosłych istot bywa ślepe na obydwoje oczu?
I tym razem Hodża odpowiedział momentalnie:
- Tylko szczęście, o dostojny.