gnanego wichrem płomienia...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Potykając się i chwiejąc na nogach, Jimmy cofał się przed morzem płomieni...
- Trzecia nagrana wiadomość była od niejakiego Glena...
- Sir Brian siedział pod kątem czterdziestu pięci stopni do Jima...
- - Dlaczego? Proszę cię, Holden! Nie będę ci przeszkadzała, tylko pojadę razem z tobą...
- Chciałabym mękę waszej pracy pić przez rurkę, jak komar krew hipopotama - o ile to możli-we w ogóle - i przemieniać na moje idejki, takie piękne, takie motylki,...
- — Re Alide to kupa gruzĂłw — rzekĹ‚ krĂłtko; zdaĹ‚o mi siÄ™, iĹĽ temat nie byĹ‚ dlaĹ„ przyjemny — ale o tym na pewno pan wie...
- Mattinao powiódł towarzysza przez gaik, w którym pasożytne rośliny zwrotnikowe wiły się koło gałęzi drzew owocowych, ścieżką idącą wzdłuż...
- USD,20020617,4
- tak się nie wahał przelać krew cudzą, jak drudzy wytoczyć własną...
- 3
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Rycerze nabierali tchu w piersi i osadzali się mocniej w siodłach.
Bitwa miała tuż, tuż nastąpić.
*
Mistrz spoglądał tymczasem na wojska królewskie, które wysuwały się z boru.
Patrzał długo na ich ogrom, na rozpostarte jakby u olbrzymiego ptaka skrzydła,
na poruszaną wiatrem tęczę chorągwi i nagle serce mu się ścisnęło jakimś
nieznanym, strasznym uczuciem. Może ujrzał oczyma duszy stosy trupów i rzeki
krwi. Nie lękając się ludzi, może zląkł się Boga trzymającego już tam na
wysokościach niebios szale zwycięstwa...
Po raz pierwszy przyszło mu na myśl, jaki to okropny nastał dzień, i po raz
pierwszy uczuł, jaką niezmierną odpowiedzialność wziął na swoje ramiona.
Więc twarz mu pobladła, wargi poczęły drżeć, a z oczu puściły się obfite łzy.
Komturowie ze zdziwieniem spoglądali na swego wodza.
- Co wam jest, panie? - zapytał hrabia Wende.
- Zaiste stosowna to do łez pora! - ozwał się okrutny Henryk, komtur
człuchowski.
A wielki komtur Kuno Lichtenstein wydął wargi i rzekł:
- Otwarcie naganiam ci to, mistrzu, bo ci teraz podnosić serca rycerzy, nie zaś
osłabiać przystoi. Zaprawdę, nie takiegośmy cię przedtem widywali.
Lecz mistrzowi wbrew wszelkim wysiłkom spływały tak ciągle łzy na czarną brodę,
jakby w nim płakał kto inny.
Wreszcie pohamował się nieco i zwróciwszy surowe oczy na komturów, zawołał:
- Do chorągwi!
Więc skoczyli każdy do swojej, bo bardzo potężnie przemówił, a on wyciągnął rękę
do giermka i rzekł:
- Daj mi hełm.
*
Już serca w obu wojskach biły jak młoty, ale trąby nie dawały jeszcze znaku do
boju.
Nastała cięższa może od samej bitwy chwila oczekiwania. Na polu między Niemcami
a armią królewską wznosiło się od strony Tannenberga kilka odwiecznych dębów, na
które powłazili chłopi miejscowi, aby patrzeć na zapasy tych wojsk tak
olbrzymich, jakich od niepamiętnych czasów świat nie widział. Lecz prócz tej
jednej kępy całe to pole było puste, szare, przeraźliwe, do obumarłego stepu
podobne. Chodził tylko po nim wiatr, a nad nim unosiła się cicho śmierć. Oczy
rycerzy zwracały się mimo woli na tę złowrogą, milczącą równinę. Przelatujące po
niebie chmury przesłaniały od czasu do czasu słońce, a wówczas padał na nią mrok
śmiertelny.
Wtem wstał wicher. Zaszumiał w lesie, oberwał tysiące liści, wpadł na pole,
chwycił suche źdźbła traw, wzbił tumany kurzawy i poniósł je w oczy wojsk
krzyżackich. W tej również chwili wstrząsnął powietrzem przeraźliwy głos rogów,
krzywuł, piszczałek, i całe skrzydło litewskie zerwało się na kształt
niezmiernego stada ptactwa do lotu. Poszli od razu wedle zwyczaju w skok. Konie,
wyciągnąwszy szyje i potuliwszy uszy, rwały ze wszystkich sił przed siebie;
jeźdźcy, wymachując mieczami i sulicami, lecieli z krzykiem okropnym przeciw
lewemu skrzydłu Krzyżaków.
Mistrz właśnie znajdował się przy nim. Wzruszenie jego już przeszło, a z oczu
szły mu, zamiast łez, skry. Ujrzawszy więc rozpędzoną ćmę litewską, zwrócił się
do Frydrycha Wallenroda, który na tej stronie dowodził, i rzekł:
- Witold pierwszy wystąpił. Poczynajcieże i wy w imię Boże! I skinieniem prawicy
ruszył czternaście chorągwi żelaznego rycerstwa.
- Gott mit uns! - zakrzyknął Wallenrod.
Chorągwie, zniżywszy kopie, poczęły z początku iść krokiem. Lecz równie jak
skała stoczona z góry, spadając, coraz większego pędu nabiera, tak i one: z
kroku przeszły w rysią, potem w cwał, i szły straszne, niepohamowane, jako
lawina, która musi zetrzeć i zdruzgotać wszystko przed sobą.
Ziemia jęczała i gięła się pod nimi.
*
Bitwa miała lada chwila rozciągnąć się i rozpalić na całej linii, więc polskie
chorągwie poczęły śpiewać starą bojową pieśń świętego Wojciecha. Sto tysięcy
pokrytych żelazem głów i sto tysięcy par oczu podniosło się ku niebu, a ze stu
tysięcy piersi wyszedł jeden olbrzymi głos do grzmotu niebieskiego podobny:
Bogurodzica, dziewica, Bogiem sławiona Maryja!
Twego syna gospodzina, Matko zwolena, Maryja,
Zyszczy nam, spuści nam... Kiryjelejzon!...
I wraz moc zstąpiła w ich kości, a serca stały się na śmierć gotowe. Była zaś
taka niezmierna zwycięska siła w tych głosach i w tej pieśni, jakby naprawdę
grzmoty poczęły się roztaczać po niebie. Zadrżały kopie w rękach rycerzy,
zadrżały chorągwie i chorągiewki, zadrżało powietrze, zakolebały się gałęzie w
boru, a zbudzone echa leśne jęły odzywać się w głębinach i wołać, i jakby
powtarzać jeziorom i łęgom, i całej ziemi jak długa i szeroka:
Zyszczy nam, spuści nam. Kiryjelejzon!...
A oni śpiewali dalej:
Twego dzielą krzciciela, bożycze,
Usłysz głosy, napełń myśli człowiecze,
Słysz modlitwę, jąż nosimy,
A dać raczy, jegoż prosimy,
A na świecie zbożny pobyt,
Po żywocie rajski przebyt.
Kiryjelejzon!
Echo powtórzyło w odpowiedzi: "Kiryjelejzooon!" - a tymczasem na prawym skrzydle
wrzała już bitwa zacięta i zbliżała się ku środkowi coraz bardziej.
Łoskot, kwik koni, krzyki okropne mężów mieszały się z pieśnią. Ale chwilami
krzyki cichły, jakby tym tam ludziom zbrakło tchu, i w jednej z takich przerw
raz jeszcze można było dosłyszeć grzmiące głosy:
Adamie, ty Boży kmieciu,
Ty siedzisz u Boga w wiecu,
Domieściż twe dzieci,
Gdzie królują anieli!
Tam radość,
Tam miłość,
Tam widzenie Twórca, anielskie, bez końca...
Kiryjelejzon!
I znów runęło echo po boru: "Kiryjelejzooon!" Krzyki na prawym skrzydle wzmogły
się jeszcze, lecz nikt nie mógł ni widzieć, ni rozeznać, co się tam dzieje,
albowiem mistrz Ulryk, który patrzył z góry na bitwę, stoczył w tej chwili pod
wodzą Lichtensteina dwadzieścia chorągwi na Polaków.
A zaś do polskiego hufca "czelnego", w którym stali najprzedniejsi rycerze,
przypadł jak grom Zyndram z Maszkowic i ukazawszy ostrzem zbliżającą się chmurę
Niemców, zakrzyknął tak donośnie, że aż konie poprzysiadały w pierwszym szeregu
na zadach:
- W nich! Bij!
Więc rycerze, pochyliwszy się na karki końskie i wyciągnąwszy przed się
włócznie, ruszyli.
*
Lecz Litwa ugięła się pod straszliwą nawałą Niemców. Pierwsze szeregi, najlepiej
zbrojne, złożone z możniejszych bojarów, padły mostem na ziemię. Następne zwarły
się z wściekłością z krzyżactwem, lecz żadne męstwo, żadna wytrwałość, żadna moc
ludzka nie mogła ich od zguby i klęski uchronić. I jakże mogło być inaczej, gdy
z jednej strony walczyło rycerstwo całkiem zakute w stalowe zbroje i na koniach
stalą osłonionych, z drugiej lud, rosły wprawdzie i silny, ale na drobnych
konikach i skórami jeno okryty?... Próżno też szukał uporny Litwin, jak do skóry
niemieckiej się dobrać. Sulice, szable, ostrza oszczepów, pałki nasadzane
krzemieniem lub gwoździami odbijały się tak o żelazne blachy jak o skałę lub jak
o mury zamkowe. Ciężar ludzi i koni gniótł nieszczęsne Witoldowe zastępy, cięły
ich miecze i topory, bodły i kruszyły kości berdysze, tratowały kopyta końskie.