dziwne gazy pochłaniające ciepło...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- - Wy, Ukraińcy, zawsze sobie dziwne miejsca na obronę ojczyzny wybieracie!Stopniowo gdy wino zaczęło działać ich rozmowa wkraczała na coraz bardziej...
- Nic zatem dziwnego, że w konsultowanym przeze mnie przypadku niczym nie zagrożony, dobrze odżywiony pies na początku nie protestował, kiedy mu zabierano miskę...
- - Dziwne - mruknął Durnik i kopnął mokrym butem w idealnie prosty kraniec jednego z bloków...
- „duch”, jak nazywano takie dziwne, nie znajdujące potwierdzenia odczyty...
- - To dobrze, e nas syszysz, Jimmy, ale co dziwnego dzieje si tam na twoim kocu...
- Oczy dziwnej kobiety zmrużyły się, gdy Delly to powiedziała...
- Pewnego dnia ujrzał na horyzoncie coś dziwnego...
- To dziwne - myślał Vallery...
- choćbyś i mnie miał waszmość tak pochlastać, zawszeć winszuję, winszuję! – Et, dalibyście sobie waszmościowie pokój; bo w rzeczy nie macie się...
- Shingo poczuł ciepło płynące aż do powiek, a świat za oknem nagle wydał mu się jaśniejszy...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Przy średniej temperaturze sześciuset kilku-dziesięciu stopni Fahrenheita nie stanowiło to wielkiego problemu.
Ale w niemal arktycznym klimacie Gór Talpejskich. . .
— Do świtu chcę mieć całą flotę, comprende? — wrzasnął Carr Paccino, dosy-pując do konwertera katastrof przedniej olszyny i zapalając silnik spalinowy. Poczuł na karku pęd powietrza, który wydął wielki żagiel. — O świcie! — wrzasnął
jeszcze, przekrzykując ryk silnika, po czym wyjechał z warsztatu, zostawiając za sobą gęstą, śmierdzącą chmurę chtonicznych dymowęglanów.
* * *
Wielkie słupy supergorącego czarnoczerwonego dymu biły w niegdyś pełne
deszczowych chmur talpejskie niebo, potężną zasłoną kładąc się na horyzoncie.
Z każdym wyziewem rosła temperatura. Już zdążyło wydarzyć się kilka wypad-
ków lotniczych: parę kruszpaków, kilkadziesiąt rybitw i chmara kompletnie ogłupiałych górskich sikorek zemdlało od uderzenia gorąca, gdy zbliżyły się zbytnio do dymu.
Spocona i zdyszana po trzygodzinnym marszu do PKiN pani Olivia Gryn-
pis doprowadziła swoich wojujących ekologów na szczyt. Nagle przystanęła i ze zdziwienia otworzyła szeroko usta.
— Co się dzieje? — zapytał Świerk, jej przyboczny.
Pani Grynpis, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa, wskazała ręką na niebo.
Wszyscy ujrzeli, jak samotny ptak szybuje ku rozszerzającej się zasłonie chtonicznych dymowęglanów.
— Modrzew, Powój, Ligustr, za mną! — rozkazał Świerk, wyciągając ze swo-
jej torby kocyk. Cała czwórka błyskawicznie ruszyła do akcji, podbiegając do
213
drżącego ciałka ostatniej ofiary uderzenia gorąca. Sto stóp powyżej pewnej śmierci piszczący ptak bezwładnie zamachał skrzydłami, przetarł spocone czoło grzbietem skrzydełka i zemdlał z gorąca.
Pani Grynpis wrzasnęła cienko, widząc, jak ptaszek pikuje z aerodynamiczną
gracją puchowej poduszki. Wypchanej cegłami.
— Szybciej! — poleciła. — Biegnijcie! — Jej oddani pomocnicy rozproszy-
li się, rozciągając koc, i zaczęli desperacko biegać tam i z powrotem, usiłując znaleźć się dokładnie pod spadającym ptakiem, jak strażacy asekurujący skoczka-
-samobójcę.
Ułamki sekundy później Świerk wziął do ręki omdlałego ptaka. Ligustr uniósł
dłoń, wskazując stado jemiołuszek, które wpadły w duszący dym i leciały na spotkanie niemal pewnej śmierci na skałach.
Pani Grynpis gruchała i gdakała, tuląc do piersi niezwykle rzadką rybitwę,
ciężko dyszącą z otwartym dziobem i przewracającą oczkami w ataku gorąca.
Wachlując ją swoją bitewną bejsbolówką, pani Olivia postanowiła, że położy kres tej katastrofie ekologicznej. Jakoś to zrobi.
Było już jednak za późno, by zapobiec hekatombie jemiołuszek. Z jękiem
przerażenia pani Grynpis ostrożnie ułożyła rybitwę na kamieniu i zwróciła uwagę ku spadającym na ziemię różowozielonym ptaszkom.
— Nie stójcie tak! — krzyknęła do swoich popleczników, kilka cali nad zie-
mią łapiąc trzy ptaszki do swojej czapki. Z wyciągniętą ręką rzuciła się na pomoc pozostałym i wzdychała z ulgą za każdym razem, kiedy udało jej się chwycić
w dłoń któregoś ze swoich pierzastych przyjaciół. Wszędzie wokół niej ekolo-
giczni wojownicy robili to samo.
Kilka minut później pięćset z trudem chwytających powietrze jemiołuszek,
kruszpaków i rybitw zalegało na ziemi, małymi dzióbkami łapały gorętsze z każdą minutą powietrze.
* * *
Daleko, po drugiej stronie jeziora Hellarwyl dwanaście ogryzionych pospiesz-
nie wielkimi siekaczami świerków wylądowało na jednym stosie. Kawałki drew-
na leciały na wszystkie strony, coraz więcej i więcej bobrów przyłączało się do pracy, zwalały całe zagajniki i ciągnęły pnie, każdy do swojej tamy. Kolonia sta-
ła się prężnym ośrodkiem nadaktywności. Przypominające wiosła ogony uderzały
w błoto na całym terenie mokradeł. Kolejne strumienie zamieniały się w sadzawki i stawki. Po drugiej stronie jeziora rozsiadła się kolonia bobrów, zajmując obszar pokrywający się nieuchronnie rosnącą chmurą czarnoczerwonego dymu ulatują-
214
cego ze szczytu Ciemnej Góry.
Wraz z ekspansją chmury następowała ekspansja gorąca; suche, piekące,
śmierdzące siarką ciepło zwiększało temperaturę powietrza w zatrważającym
tempie. Na mokradłach pełnych powiększających się bobrzych tam tonęły ku-
py gnijących liści. Wodorosty i bakterie rzucały się na nie z nietypową dla siebie gorliwością.
Pośród stopniowo nagrzewających się i gwałtownie tracących pęd martwie-
jących wód pojawiły się pękające na powierzchni bańki metanu. Ich zawartość
ulatywała ku potężnej chmurze chtonicznych dymowęglanów.
* * *
Flagit przeskakiwał po dwa stopnie schodów prowadzących na szczyt drapa-