dzieci, i dopadł ojca...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — Taki sam z pana dzieciak jak z biednego Brittlesa — odparła zapłoniona Róża...
- Rozwój dzieci dyslektycznych jest nieharmonijny, dlatego też na tym etapie badania poszukuje się, w jakim zakresie jest on zaburzony i jaki jest stopień tego...
- modny stał się model karmiącej piersią matki, która poświęca wszystko, by wychować swoje dzieci na jak najlepszych obywateli...
- uciecha dla dzieciaków te afiszowe polemiki! Z jednej strony padały słowa: „tromtadracja, warchoły” – z drugiej: „serwilizm,...
- Rozmawiały przez parę minut, dopóki gromadka dzieci nie porwała ze sobą Marged...
- Dane dotyczce oglnej oceny rozwoju psychofizycznego badanych w dziecistwie zamieszczono w tabeli 4...
- Gavin przybrał minę, która w założeniu miała być poważna, ale dziecinna buzia - No jasne...
- piel dziecięcia przed zachodem słońca i wodę z niej zaraz wylewając...
- tego właśnie powodu dieta niskowęglowodanowa jest również zdrowa dla dzieci...
- 08 Przynocie wic owoc godny nawrcenia,09 a nie wmawiajcie sobie: Abrahama mamy za ojca, bo powiadam wam: Z tych kamieni Bg moe wywie synw Abrahamowi...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
— Rany, jak to? Pod podłogą? Dziura? Niech skonam, skarb!
Sprawa została przesądzona. Pozostawienie odłogiem dudniącej dziury wy-
magałoby już teraz nadludzkich wysiłków i nie dałoby się niczym uzasadnić. Miecio zapłonął żywym ogniem, uszy mu poczerwieniały, w mgnieniu oka przyniósł
oskard i mesel.
10
— Ostrożnie! — ostrzegła Hania gniewnie. — Nie walcie tak! Cegły na zago-nach nie rosną!
Pieczołowicie i delikatnie, bo Hania patrzyła im na ręce, zdjęli wierzchnią
warstwę cegieł. Pod nimi ukazały się deski, które wyszły łatwo, nie były bowiem niczym umocowane. Ułożono je luzem, najwidoczniej tylko po to, żeby na nich
mogły się trzymać cegły. Pod deskami istotnie pojawiła się dziura, a w niej coś dużego, starannie owiniętego brezentem. Miecio płonął z emocji, jego matka skamieniała, zesztywniała i zlodowaciała do reszty.
— Coś takiego! — rzekł ze zdziwieniem Staszek Bielski i spojrzał na Adama.
— I tyś nic o tym nie wiedział?
— Ano nic — wyznał Adam i podrapał się po głowie. — Mówiłem ci, że nas
tu przez wojnę nie było.
— Ale że do tej pory ani razu nie zdarzyło ci się tu puknąć. . . ?
— A po cholerę miałem pukać? Nic tu nie było robione.
— Tu ziemniaki leżały — wyjaśniła Hania zdławionym goryczą głosem. —
Zawsze w tej piwnicy leżały ziemniaki, bo najlepsze miejsce. Kto miał pukać pod ziemniakami?
— No niby racja. Zdarza się. . .
Stali wszyscy nad dziurą, wpatrzeni w brezent, starając się ukryć rozpierającą ich ciekawość i pęczniejącą nadzieję, że może to rzeczywiście skarb. Okaże się potem, że byle co, i człowiek wyjdzie na głupiego. . .
Miecio pierwszy nie wytrzymał.
— No! — ponaglił niecierpliwie. — Zajrzyjmy tam!
Adam łypnął okiem na milczącą żonę, zawahał się i sięgnął do brezentu. Stasz-
kowi nagle coś błysnęło.
— Czekaj! — powstrzymał go energicznie. — Mogli tam schować broń, amu-
nicję czy inne takie. Może lepiej ja. . .
Miecio kwiknął przenikliwie, bo już sam nie wiedział, co by wolał: skarb
czy prawdziwe granaty. Albo może miny przeciwczołgowe, cudowna rzecz! Hani
sztywność trochę zelżała. Pomyślała, że przypuszczenie Staszka jest najbardziej prawdopodobne, a zatem nie będzie szkody. Kiwnęła głową i odsunęła Adama.
11
— Ma rację. Zostaw to. Niech on zajrzy, zna się na tym.
Staszek przykląkł nad dziurą i ostrożnie zaczął odchylać brezent. Pod nim była cerata porządnie sklejona. Potykając się na cegłach, Miecio skoczył do mieszkania i wrócił z nożyczkami. Staszek przeciął warstwy ceraty i pod nią ujrzeli wreszcie żelazną skrzynkę. Skrzynka była czymś wysmarowana i przede wszystkim umazał
się tym Staszek. Powąchał substancję i wytarł rękę o spodnie.
— Towot chyba czy co? Cała grubo wymazana. . .
— Zabezpieczyli przed wilgocią — mruknął Adam. — Może i faktycznie
amunicja. . .
— Da się otworzyć? — spytał chciwie Miecio, usiłując wepchnąć głowę do
dziury.
— Mowy nie ma. Kłódka tu wisi i jeszcze ma zamki. Trzeba wyjąć.
— To wyjmujemy! No, prędzej. . . !
Po wielu skomplikowanych wysiłkach śliska od smarowidła i pozbawiona
uchwytów skrzynka została wywleczona z dziury, wniesiona do mieszkania i ulo-
kowana na stole w pokoju. Prezentowała się nader okazale. Żelazo było w do-
skonałym stanie, po usunięciu smarowidła wyglądało jak nowe, wieko miało na
brzegach wykuty ozdobny ornament, z frontu wisiała kłódka, a na bokach widnia-
ły dziurki od kluczy osłonięte klapkami. Całość była zamknięta na mur.
— No tak — powiedziała jadowicie Hania, która na widok skrzynki od razu
zwątpiła w amunicję i na nowo przeistoczyła się w zamrożone drewno. — A gdzie klucze?
— Klucze ma przy sobie ten, co schował — odparł Adam. — Trza będzie
jakoś otworzyć, bo rozbijać chyba szkoda. . .
Staszek zaofiarował się sprowadzić milicyjnego ślusarza. Hania zaprotesto-
wała zimno, ale grzecznie, co przyszło jej z nadludzkim trudem. Miecio zniknął
w głębiach domu i wrócił z potężnym stosem rozmaitych kluczy.
— Próbujemy! — zawołał z zapałem.
Hania nie udusiła własnego syna, chociaż miała na to wielką ochotę. Ugięła
się pod presją nieżyczliwej siły wyższej, która ujawniła skarb w jej domu akurat w obecności prawdziwego milicjanta. Nie zdobyła się wprawdzie na aprobatę,
12
ale przynajmniej stłumiła rwące się jej na usta protesty. Posępnie przyglądała się próbom otwarcia sezamu, z całego serca pragnąc, żeby się nie powiodły.