dział tam...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- gdy z zamku-kastelu Anioła działa bojowe uderzą i zabiją te, które nie wierzą...
- madzenie mieli za złe Fojbidasowi, że dzialał na własną rękę, ale Agesi-laos usprawiedliwiał ową napaść na państwo sprzymierzone w czasie po-koju tlumacząc, że...
- r397 Literatura S
- części doradców odrzucających z założenia jakiekolwiek argumenty wskazujące na specyfikę krajów posocjalistycznych (jako grupy) oraz wielkie różnice...
- Poznańska rezydencja starosty generalnego reprezentowała wysoki poziom dworskiej kultury...
- W gruncie rzeczy magicy i ich – uczniowie stanowili rodzaj policji...
- przekształciło się w oznakę dziedziczną, tzw...
- - Ta wasza rzeczka jest dlań za wąska...
- Morgon spróbował wstać, ale nie wystarczyło mu sił...
- - Chodź...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
.. z nożem w plecach... Był nieżywy... Wszystko było skończone na zawsze.
Stałam tam i patrzyłam na niego. Nic już nie miało znaczenia. Pomyślałam o tym, że
umierając nie wiedział o mnie nic złego. Tylko to, co najlepsze. Pocałowałam go w gło-
wę i wyszłam. To już był koniec. Na górze pomyślałam, że na pewno ktoś go znajdzie
i będę musiała wyjść z pokoju, i rozmawiać... Chciałam się zabić, ale nie miałam na to
siły. A później i to przeszło. On nie żyje. Wszystko nie ma już najmniejszego znaczenia.
— RozÅ‚ożyÅ‚a rÄ™ce drobnym, bezsilnym gestem i odwróciÅ‚a gÅ‚owÄ™ ku oknu.
— A później nie wychodziÅ‚a pani z pokoju aż do mego wejÅ›cia?
— Nie. W ogóle nie wychodziÅ‚am z pokoju do tej chwili.
— WiedzÄ…c, że on jest tam na dole...? I że ktoÅ› go zamordowaÅ‚?
— Ja wiedziaÅ‚am, kto go zamordowaÅ‚.
— Kto?
— Ja... — powiedziaÅ‚a Sara Drummond Å‚amiÄ…cym siÄ™ gÅ‚osem. — Bez wzglÄ™du na to,
kto wbił w niego ten nóż, ja jestem przyczyną jego śmierci.
124
125
I dopiero teraz ukryła twarz w rękach i zaniosła się strasznym, spazmatycznym łkaniem.
Alex i inspektor czekali, spuściwszy oczy. Alex skubał bezsensownie koniec krawata.
Powoli łkanie ucichło. Sara Drummond uniosła głowę.
— Przepraszam — powiedziaÅ‚a cicho. — Teraz bÄ™dÄ™ już spokojna.
— ChciaÅ‚bym tylko powiedzieć pani, że wedÅ‚ug wszelkiego prawdopodobieÅ„stwa,
jeżeli w tej sprawie nie zachodzi zupełnie obłędne powikłanie zjawisk, profesor Harold
Sparrow nie zabił pani męża.
— Co? — powiedziaÅ‚a Sara. — Co? — i chwyciÅ‚a rÄ™kami za porÄ™cze krzesÅ‚a, jakby
bojąc się upaść.
— Ma on żelazne nieomal alibi. W chwili kiedy zabito Iana, rozmawiaÅ‚ z Robertem
Hastingsem u siebie w pokoju.
— WiÄ™c kto zabiÅ‚ Iana? Kto, kto to zrobiÅ‚?
— JedynÄ… osobÄ…, która miaÅ‚a możność to zrobić i miaÅ‚a jednoczeÅ›nie powód, żeby to
zrobić, jest niestety, jak dotychczas, pani — powiedziaÅ‚ Ben Parker i pochyliÅ‚ gÅ‚owÄ™, jak
gdyby chcąc uniknąć jej wzroku..
Ale Sara Drummond nie patrzyła na niego. Kiedy uniósł wzrok, spoglądała w okno,
za którym widać było dziedziniec przed domem, a za jego krawędzią ogromne niebie-
skie morze.
— Tak... tak... — powiedziaÅ‚a nie odwracajÄ…c oczu. — ZabiÅ‚am go...
— A czy bÄ™dzie pani także gotowa opisać okolicznoÅ›ci zabójstwa?
— Tak... — OdwróciÅ‚a wzrok od okna i spojrzaÅ‚a na niego pustymi, niewidzÄ…cy-
mi oczami... — Tak... weszÅ‚am... pisaÅ‚ list... — I nagle zaczęła recytować cicho mar-
twym, gÅ‚uchym gÅ‚osem: — UderzyÅ‚am raz po raz dwukrotnie, a on... dwa razy krzyk-
nął i upadł nieżywy... A gdy leżał, zadałam trzeci cios... ofiarny... w podzięce Zeusowi...
władcy państwa zmarłych...
Następne jej słowa były już tylko nieartykułowanym bełkotem.
XVI. Morderca Iana Drummonda, oczywiście
Kiedy po godzinie przybyła karetka szpitalna i wsunięto do niej leżącą na noszach
nieprzytomną Sarę Drummond, inspektor Parker westchnął ciężko i potarł dłonią nie
ogolony podbródek. Stali na dziedzińcu we troje: on, Lucja Sparrow i dyżurny policjant.
Za szybą oszklonych drzwi wejściowych inspektor dostrzegł bladą twarz kucharki i py-
zatą, rumianą buzię Kate Sanders, obok której stał sierżant Jones. Karetka ruszyła cicho,
wjechała na zakręt i po chwili zniknęła pomiędzy drzewami alei.
124
125
— Boże, Boże — szeptaÅ‚a ledwie dosÅ‚yszalnie Lucja Sparrow. ZakryÅ‚a oczy dÅ‚oniÄ….
Potem opuÅ›ciÅ‚a dÅ‚oÅ„ i spojrzaÅ‚a na Parkera. — Nigdy, nigdy bym w to nie uwierzyÅ‚a...
— Czy ona wyjdzie z tego? — zapytaÅ‚ inspektor.
— Nie wiem. Nie jestem psychiatrÄ…. Ale obawiam siÄ™, że wyjdzie. To tylko chwi-
lowy skutek wielkiego wstrząsu i napięcia nerwów. Zaczęła bredzić, a potem zapadła
w omdlenie. Po zastrzyku oddychała już równo i nie było żadnych niepokojących obja-
wów. Ale chyba lepiej byÅ‚oby dla niej, gdyby... — UrwaÅ‚a. — Nie powinnam tak mówić,
jestem lekarzem. Biedny Ian. Gdyby wiedziaÅ‚... gdyby tylko wiedziaÅ‚... — UniosÅ‚a ku in-
spektorowi szare, smutne oczy. — Pan byÅ‚ jego przyjacielem, zdaje siÄ™?
— ByÅ‚em — powiedziaÅ‚ Parker.
— A ona... I nikt nie mógÅ‚ temu zapobiec. Nikt. A kiedy obudzi siÄ™, sama wpadnie
w rozpacz... Ona nie była taka zła, jak... jak by wskazywały na to fakty. To tylko brak mo-
ralności...
— PrzyglÄ…daÅ‚em siÄ™ pani podczas ostatniej godziny... — Inspektor skÅ‚oniÅ‚ siÄ™ lekko.
— OpiekowaÅ‚a siÄ™ niÄ… pani jak siostrÄ…. Po tym wszystkim. Takich rzeczy nie widuje siÄ™
często.
— A cóż miaÅ‚am robić? — Lucja rozÅ‚ożyÅ‚a rÄ™ce. — Chory jest chorym, bez wzglÄ™du
na wszystko, co lekarz o nim myśli.
— I, być może, skrzywdziÅ‚a jÄ… pani ratujÄ…c.
— I tego nie wolno nam brać pod uwagÄ™. MiaÅ‚am obowiÄ…zek pomóc jej, a jestem na
pewno ostatnim człowiekiem, który odważyłby się ją sądzić. Jestem stroną, nie sędzią.
Ale jeżeli nawet skrzywdziÅ‚a mnie, to przecież... — wskazaÅ‚a dom — jego skrzywdziÅ‚a
jeszcze tysiąckroć gorzej. On nie żyje. A my wszyscy musimy żyć dalej. Jutro mam ope-
rację. Inna tragedia. Inni ludzie. Poza tym mam moje życie do naprawienia. Harold...
mój mąż leży u siebie w pokoju. Płakał. To było potwornym przejściem dla niego. Może
nawet większym niż dla mnie?... Ian nie żyje, a ona go zabiła. Harold myśli, że jest po-
wodem... Nie rozumie życia. Pomimo wszystko jest naiwny. Teraz będzie długo, długo
wracał do siebie po tym wstrząsie. Czeka mnie wiele pracy przy nim...
— Pani na pewno bardzo kocha swojego męża? — powiedziaÅ‚ inspektor, jak gdyby
potakując jakiejś nie wypowiedzianej myśli.
— Nad życie — stwierdziÅ‚a Lucja Sparrow, a ton jej gÅ‚osu byÅ‚ taki, że Parker uwierzyÅ‚
jej od razu. — Nie musiaÅ‚am nawet niczego mu przebaczać. WolaÅ‚abym umrzeć, niż go
stracić. Myślę, że to nie była jego wina... To ona go opętała.
— Tak. Prawdopodobnie ma pani sÅ‚uszność. Pan Sparrow na pewno wróci do sie-
bie po tym wszystkim. Życzę tego pani. I nie tylko pani. To wielki uczony. Po śmierci
Drummonda spadł na niego cały ciężar odpowiedzialności za dokończenie ich wspól-
nej pracy.
— Harold dokona tego! — UniosÅ‚a swojÄ… królewskÄ…, jasnÄ… gÅ‚owÄ™. — Odzyska siÅ‚y
i dokona tego wszystkiego, co mieli zrobić razem.
126
127
— Kiedy pragniecie paÅ„stwo stÄ…d wyjechać?
Lucja spojrzała na zegarek.