- dwadzieścia jeden najazd krzyżacki zniszczył kurie, leżące na zewnątrz warowni, kanonicy szukali sobie pomieszczeń zastępczych w poklasztornych...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- choćbyś i mnie miał waszmość tak pochlastać, zawszeć winszuję, winszuję! – Et, dalibyście sobie waszmościowie pokój; bo w rzeczy nie macie się...
- – Kiedy tylko dotrzemy tam, gdzie mają w miarę rozwinięty przemysł – dodał po chwili – będziemy musieli sprawić sobie trochę odtylcowych...
- 08 Przynocie wic owoc godny nawrcenia,09 a nie wmawiajcie sobie: Abrahama mamy za ojca, bo powiadam wam: Z tych kamieni Bg moe wywie synw Abrahamowi...
- - Boże, za jakąś chyba dopłatą, no nie wiem, ale to jest chyba świr trochę, co? A może wszyscy tak mają na starość? Kurcze, wiesz co? Musisz sama sobie kupić ten...
- Każda służba jest wyborem pomiędzy zagarnianiem ku sobie, a darzeniem, dawaniem ze siebie, a więc uczy miłości wedle podobieństwa do miłości Boga, czyli...
- Wszystkie typy pracy wymagają od człowieka umiejętności współpracy z innymi, organizowania własnej pracy, radzenia sobie ze stresem, nawiązywania kontaktu,...
- w swej głowie wymalował, iż potym sztychując ono z rzeczą prawdziwą a widomą, chocia sama w sobie onad rzecz była dziwnie osobna, jednak przeciwko onej...
- - Na fajki gracie? Kurcze, to już hazard! Szef jak się dowie to nas zjebie!- No co ty! Wiesz, przecież pooddajemy sobie te fajki na końcu...
- — Wszyscy będziemy sobie potrzebni, i to już niedługo — odparł tonem prze- powiedni Amerykanin...
- — Czy Weyr zbadał w końcu te pędraki? — spytał P’tero, nagle przypominając sobie cel ekspedycji...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Ale trzeba powiedzieć, że ta wieża
rzeczywiście należała do Kopernika. Zapłacił za nią trzydzieści grzywien.
Panienka trochę posmutniała, słuchając moich wywodów.
- Szkoda - westchnęła - bo to takie romantyczne: patrzeć na tę wieżę i wyobrażać
sobie, że tu właśnie mieszkał Kopernik. A skąd pan ma aż tyle wiadomości o tej sprawie?
- Jestem z Departamentu Muzeów i Ochrony Zabytków z Warszawy - wyjaśniłem. -
Przyjechałem tu, aby opracować przewodnik po Fromborku.
Tak rozmawiając odeszliśmy od Kopernikowej wieży i przez główną bramę
wydostaliśmy się na zewnątrz warowni.
- Jestem bardzo zobowiązana za te wyjaśnienia - powiedziała. - I zapraszam pana na
kawę. Tylko gdzie tu jest kawiarnia?
Panienka była bardzo ładna. I coś mnie w niej uderzało. Coś bardzo znajomego.
- Przyjmuję zaproszenie - skłoniłem się. - Ale czy ja pani już gdzieś nie widziałem?
Zatrzymała się, zmierzyła mnie od stóp do głowy.
- Pan jest taki sam? - zdziwiła się.
- Jaki?
- Ilekroć jakiś mężczyzna chce ze mną zawrzeć znajomość, powiada: „Przepraszam, ja
panią skądś znam”.
- Kiedy naprawdę pani wydaje mi się znajoma.
- Wydaje się panu - stwierdziła. - A teraz niech pan powie, gdzie tu jest kawiarnia?
Znałem we Fromborku tylko jedną kawiarnię. Koło portu. Poszliśmy więc wolno
ulicami miasteczka.
Był dzień słoneczny i wydawałby się upalny, gdyby nie wiatr od zalewu, który niósł
ostry i zimny zapach morza.
Miasteczko Frombork, jak powiedziałem, jest urocze. Ocalałe z pożogi wojennej
domki są ładnie malowane, a niektóre z nich, zabytkowe kamieniczki, przypominają
domeczki dla lalek. Latem trwa tutaj harcerska „Operacja Frombork 1001”. Co krok
spotykaliśmy umundurowanego harcerza czy harcerkę, od czasu do czasu mijaliśmy gromadki
harcerzy porządkujących kwietniki i trawniki, które założono na miejscu wyburzonych
domów.
W pobliżu zabytkowej gotyckiej wieży wodociągowej z piętnastego wieku
natknęliśmy się na Cagliostra. Miał wielce uradowaną minę.
- W komendzie chorągwi - oświadczył mi - zapewniłem sobie dwa występy dla
młodzieży. Występy te będą połączone z nauką sztuk magicznych. Dostałem zaliczkę. I
zwracam panu koszty mojego dotychczasowego utrzymania.
To mówiąc wręczył mi pieniądze.
- Ten pan jest iluzjonistą - wyjaśniłem panience, która słysząc o sztukach magicznych,
zrobiła zdumioną minę.
Cagliostro z uznaniem popatrzył na panienkę.
- Szybko się pan uwinął, nie ma co - stwierdził - ledwie pana spuściłem z oka, a już
pan zawarł taką wspaniałą znajomość.
I zamiast pójść swoją drogą, zająć się, na przykład pozostawionym w klatce w naszym
pokoju króliczkiem, zaskrońcem i myszami (czy on nie miał jakiejś myszy w kieszeni?),
przyczepił się do nas.
- Pani na długo we Fromborku? - zagadnął panienkę.
- Będę tu kilka dni - odrzekła.
- I pani sama tu przyjechała? - okazywał coraz większą ciekawość.
- Nie. Jestem tu z koleżankami i kolegami.
Nie dopuszczał mnie do głosu. Zapewne i jemu spodobała się ta panienka.
Weszliśmy do kawiarni, mieszczącej się w obskurnym podłużnym baraku.
Zamówiliśmy dwie duże kawy dla mnie i dla panienki. Cagliostro poprosił tylko o szklankę
wody, co jak się później okazało, nie było bez znaczenia.
- Jak pani na imię? - wciąż zagadywał panienkę.
- Ala.
- Ala? Bardzo ładne imię - zachwycił się Cagliostro. - Przypominają mi się
natychmiast moje beztroskie szkolne lata i elementarz Falskiego, w którym na pierwszej
stronie figurowało imię „Ala”. Pamiętam, jak wkuwałem: „Ala ma kota”.
Dodałem:
- A dalej czytaliśmy w elementarzu: „To As”. I jeszcze dalej: „To As Ali”.
Cagliostro spojrzał na mnie uważnie, a zarazem ostrzegawczo, jakby chciał dać mi do