cu œmiertelnie i aby odpocz¹æ, usiad³ na brzegu jednego z pustych wagonów...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Zdarzyo si wic, i jednego razu zaszed do wityni gagatek z tych rodu, dziki ktrym rzecz posza w mowie, e warszawiak w pracy, a wilk u puga, to jednaka przysuga...
- Wyobraz to sobie jako spektrum, z pozycja „Kontuzjowany” u jednego konca i pozycja „Unieruchomiony” u drugiego...
- Efektem aliansów komplementarnych jest na ogół wzmocnienie siły jednego z koalicjantów kosztem drugiego, który - po pewnym czasie - rozwija...
- Gdy tak popatrywałem obojętnie na skąpaną księżycowym blaskiem panoramę, wzrok mój przykuła pewna niezwykłość w naturze i układzie jednego elementu...
- - Dziwne - mruknął Durnik i kopnął mokrym butem w idealnie prosty kraniec jednego z bloków...
- Mówił on o siłach, które dają impulsy w kierunku jednego ogólnoświatowego rządu...
- Dwaj Ulgosi czekali na nich przy wejściu do jednego z tuneli...
- 31 S e u t e s by³ naczelnikiem jednego z plemion Odrysów...
- Przez cały dzień odpoczywał po ostatniej misji, zanim wezwano go już nie do małego gabinetu kapitana Dumery'ego, ale na spotkanie z samym generałem Gorem...
- noc z pięciominutowymi odpoczynkami co pół godziny, o kilku łykach wody...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Mrok siê ju¿ robi³ – pozachodnie zorze rozla³y siê po niebie strugami purpury i okrwawia-
³y cynkowe, b³yszcz¹ce dachy, po których stacza³y siê k³êby rudych dymów; noc gêstnia³a, szaroœæ ponura, zm¹cona zalewa³a ulice, pe³za³a po murach, czai³a siê po zau³kach, zaciera³a kontury, gasi³a barwy, wypija³a resztki dnia, ukrêca³a miasto brudnymi ³achmanami zmroku, z którego zaczê³y z wolna wyb³yskiwaæ œwiat³a.
Noc zapad³a, miasto pokry³o siê ³unami; szumy siê podnios³y, ³oskoty sta³y siê wyraŸniejsze, turkoty siê wzmog³y, krzyki spotê¿nia³y – a¿ w koñcu wszystkie dŸwiêki zla³y siê w przeogromny dziki chór, œpiewany g³osami maszyn i ludzi, od którego dr¿a³o powietrze i trzês³a siê ziemia!
£ódŸ pracowa³a nocn¹, gor¹czkow¹ prac¹.
– Resztki szlacheckie! wezm¹ was diabli nied³ugo! – mrukn¹³ Wilczek, który jeszcze nie móg³ zapomnieæ Borowieckiego, splun¹³ pogardliwie, podpar³ brodê rêkami i zapatrzy³ siê w niebo.
210
Zbudzi³ go dopiero g³os lec¹cy z opustosza³ej ulicy.
A na rynku Gajera
Znalaz³a se frajera
ta ra ra, bumdera!
Œpiewa³ jakiœ g³os i zgin¹³ w oddaleniu i nocy.
Wilczek zeszed³ do kantoru, poza³atwia³ resztê spraw, wyprawi³ ostatnie wozy.
Kaza³ pozamykaæ wszystko, zjad³ kolacjê, jak¹ mu przygotowa³ robotnik, i poszed³ na miasto.
Lubi³ w³óczyæ siê bez celu, przygl¹daæ siê ludziom, fabrykom, wêszyæ po mieœcie, lubi³
oddychaæ tym rozdrganym, przesyconym wêglem i zapachami farb powietrzem. Olœniewa³a go potêga miasta, olbrzymie bogactwa nagromadzone w sk³adach i fabrykach zapala³y mu w oczach p³omienie chciwoœci, rozpala³y duszê marzeniami strasznymi, przepe³nia³y coraz potê¿niejsz¹ ¿¹dz¹ panowania i u¿ycia; ten szalony wir ¿ycia, ta struga z³ota, jaka przep³y-wa³a przez miasto, upaja³y go swoj¹ potêg¹, hipnotyzowa³y, przejmowa³y dr¿eniem ¿¹dzy nieopowiedzianej, dawa³y si³y do walki, do zwyciê¿ania, do grabie¿y.
Kocha³ tê „ziemiê obiecan¹”, jak kocha zwierzê drapie¿ne g³uche puszcze pe³ne ³upów.
Uwielbia³ tê „ziemiê obiecan¹” p³yn¹c¹ z³otem i krwi¹, po¿¹da³ jej, pragn¹³, wyci¹ga³ do niej ramiona chciwe i krzycza³ g³osem zwyciêstwa – g³osem g³odu: – Moja! Moja! – I ju¿ chwilami czu³, ¿e j¹ posiad³ na zawsze i ¿e nie puœci zdobyczy, póki nie wyssie z³ota wszystkiego.
211
XVII
– A teraz go w grzbiet, a teraz z drugiej strony, a teraz w g³owê. Ot i jeszcze raz, i jeszcze jeden razik, dobrodzieju mój kochany.
– Walisz ksi¹dz kartami jak cepem – szepn¹³ z gorycz¹ stary Borowiecki.
– To mi przypomina jedno zajœcie. By³o to u Migurskich w Sieradzkiem...
– Cepem, nie cepem – przerwa³ ksi¹dz przymru¿aj¹c z luboœci¹ oczy – a œlicznymi atuci-kami, dobrodzieju mój kochany. Chowam ja jeszcze damusiê, ¿eby grzmotn¹æ twojego króli-ka, Zaj¹czkowski.
– To siê poka¿e! Ale ksi¹dz ma paskudny zwyczaj przerywania; ust otworzyæ nie mo¿na, bo ksi¹dz zaraz przerywasz. Oto, jak rzek³em, u Migurskich...
– U Migurskich czy nie u Migurskich, ale to ju¿ s³yszeliœmy, dobrodzieju mój kochany, ze sto razy, nieprawda, panie Adamie? – zwróci³ siê do starego.
– E, co mi tu ksi¹dz bêdziesz uwagi ci¹gle robi³. A, jak Pana Boga kocham, czego za wiele, tego i zanadto. Myœla³byœ ksi¹dz lepiej o nabo¿eñstwie, a nie o tym, czy kto co mówi³ lub nie mówi³.
Rzuci³ karty na stó³ i porwa³ siê zirytowany.
– Tomek, huncwocie jeden, a zak³adaj konia – hukn¹³ potê¿nym basem przez okno na po-dwórze.
Szarpa³ mocno wyczernione w¹sy i sapa³ zapalczywie.
– No, widzicie go! Smyk jeden, ja mu po ludzku zwracam uwagê, a ten zaraz na mnie jak na swojego parobka: huru buru! Jasiek, bo mi fajeczka zgas³a.
– No, s¹siedzie, bo pan Baum rozdaje karty.
– Nie bêdê gra³, jadê do domu. Ju¿ mam dosyæ jegomoœcinych kazañ. Wczoraj u Zawadz-kich opowiadam o koniunkturach politycznych, a ksi¹dz mi zaprzecza publicznie i wydrwi-wa – burcza³ szlachcic przemierzaj¹c wielkimi krokami pokój.
– A boœ jegomoœæ, dobrodzieju mój kochany, gada³ rzetelne g³upstwa. Jasiek, a ty smyku jeden, daj no ogieñka, bo mi fajeczka zgas³a.
– Ja gada³em g³upstwa! – wykrzykn¹³ Zaj¹czkowski przyskakuj¹c z pasj¹ do ksiêdza.
– A g³upstwa – odszepn¹³ ksi¹dz, pykaj¹c z d³ugiej fajki, któr¹ mu ma³y ch³opak zapala³, przyklêkn¹wszy na pod³odze.
– A, Panie Jezu Chryste, zmi³uj siê nad nami – zawo³a³ ze zgroz¹ Zaj¹czkowski rozkrzy-
¿owuj¹c rêce.
– Ksi¹dz dobrodziej jest na rêku – rzek³ Maks Baum, podsuwaj¹c mu karty.
– Siedem pik – zawo³a³ ksi¹dz. – Zaj¹czkowski, jesteœ na rêku.
– Idê na ciemno – zawo³a³ szlachcic i siad³ spiesznie do stolika, ale nie zapomnia³ jeszcze urazy do ksiêdza, bo rozejrzawszy siê w kartach mówiæ zacz¹³: 212
– I jak tu mo¿e byæ co, jak tu ogó³ mo¿e mieæ jasne pojêcie o polityce, kiedy jego natural-ni przewodnicy s¹ tak ciemni.
– Osiem trefli, bez atu – licytowa³ ksi¹dz.
– Przejdê siê. Dobrze, zaraz ksi¹dz zobaczysz, co bêdzie za gra. Bo jak ksi¹dz nie masz
¿o³êdzi, to ksiêdza mocno zaswêdzi.
– Zaswêdzi, nie zaswêdzi, ale jak ci pan Baum wyci¹gnie te ¿o³êdziki, jak ciê asikiem wytnie, to kichniesz. A co, syneczku, a co, a nie chwal siê, a nie mów amen przed in saecula saeculorum, dobrodzieju mój kochany, ha, ha, ha! – œmia³ siê na ca³e gard³o z miny Zaj¹czkowskiego i tak by³ rad, ¿e trzepa³ cybuchem po sutannie i poklepywa³ Maksa obok siedz¹-