- Cóż - powiedział Eddie...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- – Nie masz powodu, by kochać którekolwiek ze swych rodziców, Gwydionie – powiedziała Morgiana i jej dłoń zacisnęła się na jego ręce, ale zadziwił...
- — Siadaj, chłopaku — powiedział dowódca...
- – Zgadzam się – powiedziała nie ociągając się Colette...
- — Tego kuśnierza mogłabyś lepiej pamiętać, skoro zetknęłaś się z nim osobiście — powiedziałam z niezadowoleniem i naganą...
- — Chce pan powiedzieć, że rurę założono, kiedy nie było jeszcze krateru ani tego wąwozu? — spytałem...
- Służy też temu miejscu i ono, cośmy w pytaniu: Jeśli czarownicy czary swoje zawsze z szatanami odprawują? powiedzieli, gdzie położyła się przeszkoda trojaka,...
- Zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, w wieży nad nimi zadzwonił dzwon; brzmiał przeraźliwie głośno i nisko - jak żaden inny, które słyszała Miriamele...
- — To jest możliwe, ale raczej nieprawdopodobne — powiedział Ulath...
- – Nie masz mi nic do powiedzenia – odparł, nie potrafiąc ukryć pobrzmiewającej w jego głosie konsternacji...
- – Powinniśmy się stąd wynosić, nim orki zaczną przetrząsać te ruiny – powiedziała Isaan...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Chyba powinniśmy ruszać. Nawet tysiącmilowa podróż rozpoczyna się od jednego kroku i tym podobne bzdury.
- Zaczekaj chwilę. - Susannah spoglądała na Rolanda. - To nie jest tylko tysiąc mil, prawda? Już nie. O jakiej odległości mówimy, Rolandzie? Dziesięciu tysiącach mil? Dwudziestu?
- Nie mam pojęcia. To spora odległość.
- No, to jak, do diabła, mamy tam dojść? Będziecie na zmianę popychać mój fotel? Będziemy mieli szczęście, jeżeli uda nam się przebyć trzy mile dziennie, i dobrze o tym wiesz.
- Droga została otwarta - powiedział cierpliwie Roland - i to na razie powinno ci wystarczyć. Może przyjść taki czas, Susannah Dean, że będziemy podróżowali szybciej, niż byś chciała.
- Ach tak? - Spoglądała na niego z urazą i obaj znów ujrzeli w jej oczach groźne błyski Detty Walker. - Masz tam gdzieś przygotowany samochód wyścigowy? Jeśli tak, to byłoby miło, gdybyśmy mieli jakąś cholerną drogę, żeby po niej jechać!
- Ziemia i nasz sposób podróżowania zmienią się. Zawsze się zmieniają.
Susannah machnęła ręką. „Idź sobie”, wyrażał ten gest.
- Mówisz jak moja mama, która zawsze twierdziła, że Bóg wszystkim się zajmie.
- A nie? - spytał poważnie Roland.
Przez chwilę patrzyła na niego w zaskoczeniu, a potem odchyliła głowę i parsknęła śmiechem.
- No, cóż, to chyba zależy od tego, jak na to spojrzeć. Mogę tylko powiedzieć, że jeśli tak wygląda Jego opieka, to nie chciałabym zobaczyć, co nas czeka, kiedy przestanie się nami zajmować.
- Skończcie z tym i ruszajmy - zaproponował Eddie. - Chcę wynieść się stąd. Nie podoba mi się to miejsce.
Mówił prawdę, ale nie całą. Chciał też jak najprędzej ruszyć tą ukrytą ścieżką, tą tajemniczą autostradą. Każdy krok przybliżał go do pola róż i górującej nad nim Wieży. Uświadomił sobie - nie bez zdziwienia - że zamierza zobaczyć tę Wieżę lub zginąć.
„Gratulacje, Rolandzie” - pomyślał. „Dokonałeś tego. Jestem jednym z nawróconych. Alleluja.”
- Jeszcze jedno, zanim pójdziemy dalej.
Roland pochylił się i odwiązał rzemyk owinięty wokół uda. Potem zaczął powoli odpinać pas.
- Co to za numer? - spytał Eddie.
Roland zdjął pas i podał mu go.
- Wiesz, dlaczego to robię - odparł spokojnie.
- Załóż go z powrotem, człowieku! - W sercu Eddiego szalała burza sprzecznych uczuć. Palce mu drżały, chociaż mocno zaciskał pięści. - Co ty wyprawiasz?
- Powoli tracę zmysły. Dopóki rana mojej duszy się nie zagoi... jeśli w ogóle to się stanie... nie powinienem tego nosić. I dobrze o tym wiecie.
- Weź broń, Eddie - powiedziała cicho Susannah.
- Gdybyś nie miał tego przeklętego żelastwa wczoraj wieczorem, kiedy zaatakował mnie ten nietoperz, nie doczekałbym dzisiejszego ranka!
Rewolwerowiec wciąż trzymał broń w wyciągniętej ręce. Stał w pozie sugerującej, że w razie potrzeby może tak stać przez cały dzień.
- W porządku! - rzucił Eddie. - W porządku, niech to szlag!
Wyrwał pas z ręki Rolanda i kilkoma niezgrabnymi ruchami zapiął go sobie na biodrach. Pewnie powinno mu ulżyć, bo czyż nie spoglądał na ten rewolwer, leżący w nocy pod ręką Rolanda, i nie zastanawiał się, co mogłoby się zdarzyć, gdyby rewolwerowiec naprawdę oszalał? Czyż nie zastanawiali się nad tym razem z Susannah? Mimo to nie poczuł teraz ulgi. Tylko lęk, poczucie winy i dziwny głęboki smutek, zbyt dotkliwy, by płakać.
Roland tak dziwnie wyglądał bez rewolwerów.
Tak „niewłaściwie”.
- Wszystko gra? Czy teraz, kiedy nieopierzeni praktykanci mają broń, a mistrz jest nieuzbrojony, możemy już iść? Jeśli coś dużego wyskoczy na nas z krzaków, Rolandzie, zawsze możesz rzucić w to nożem.
- Ach tak - mruknął. - Prawie zapomniałem.
Wyjął z torby sztylet i podał go, rękojeścią do przodu, Eddiemu.
- To śmieszne! - krzyknął młodzieniec.
- Życie jest śmieszne.
- Taak, zapiszmy to na pocztówce i wyślijmy do pieprzonego „Reader’s Digest”. - Eddie wepchnął nóż za pas, a potem wyzywająco spojrzał na Rolanda. - Czy teraz możemy już iść?
- Jeszcze jedno - rzekł Roland.
- O dobry, cierpliwy Jezu!
Na ustach Rolanda znów pojawił się nikły uśmiech.
- Tylko żartowałem - powiedział.
Eddie rozdziawił usta. Za jego plecami Susannah parsknęła śmiechem. Ten melodyjny dźwięczny odgłos przerwał ciszę poranka.
* * *