Bystrego
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- W pierwszej chwili rozmyÅ›laÅ‚a sennie, że może w koÅ„cu rozkwitajÄ… baÅ›niowe fajerwerki miÅ‚oÅ›ci, żeby rozÅ›wietlić jej życie – ale to zbyt...
- By jaśniej swe zwycięstwo ukazać nieprawe...
- property
- Ale Jasnienkę o zmroku znowu zaprowadzono do wieży...
- – Wszyscy są niczym grupa bezużytecznych wyznawców Kościoła Zjednoczenia...
- Rozdział 96Susan siedziała na sofie w Węźle nr 3, cała mokra i drżąca...
- - Stregobor moze i sprawia wrazenie pomylonego, ale nie do tego stopnia...
- cy, przegrany; pierwszy, drugi, podwójny, trojaki...
- - Spokojnie, moja słodka, to tylko ja...
- wybrać to, co Państwa interesuje...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Objuczony swym sprzętem turystycznym uda się do zagrody Gnatów.
- Przyjdę do nich jako zabłąkany turysta - opowiadał Marczak. - Mam przy sobie aparat
fotograficzny. I tak się urządzę, że jeśli młody Gnat będzie w domu, zrobię mu zdjęcie
pamiÄ…tkowe.
Miałem pewne obawy, czy dyrektor Marczak potrafi dobrze odegrać rolę zabłąkanego
turysty, ale on już podjął decyzję z wysokości swej urzędowej władzy.
121
- Pan mnie zupełnie nie docenia - oburzył się. - Znakomicie odegram swoją rolę. Jeśli
tylko młody Gnat będzie w domu, zdjęcie jego zrobię z całą pewnością. Jeśli zaś pojedzie
do Cisnej, tam zdjęcie zrobi mu Ludmiła. W ten sposób weźmiemy go w dwa ognie.
A potem dyrektora Marczaka poniosła fantazja:
- Czy nie sądzicie państwo, że samotny turysta może wydawać się podejrzany? Co
powiecie na to, jeśli zaproponuję, aby do zagrody Gnatów udała się wraz ze mną panna
Helenka oraz pan Tomasz? Trójka turystów zabłąkanych w górach to już wygląda bardziej
prawdopodobnie. I do tego jeszcze czeskich turystów, bo będziemy udawać Czechów, co
pannie Helence przyjdzie bez trudności.
Wywnioskowałem, że Marczakowi potrzebna była widownia, która podziwiałaby jego
aktorskie talenty.
Wtajemniczyliśmy we wszystko pannę Helenkę. Sam pomysł spodobał jej się, ale
wyraziła zastrzeżenie co do jego wykonania.
- W wehikule pana Tomasza widział mnie chłopak przed stacją benzynową. I widział
mnie chyba młody Gnat, gdy dopędzaliśmy go koło Bystrego.
Ale dla Marczaka nie istniały żadne trudności.
- Mało to ładnych kobiet na świecie? - stwierdził. - Założy pani chusteczkę na głowę i
zakryje swoje jasne włosy.
Był to pomysł w istocie rzeczy bardzo błazeński. Ale w swej praktyce stwierdziłem
niejednokrotnie, że często najbardziej idiotyczne i na prędce organizowane pomysły
przynosiły dobre rezultaty, a brały w łeb precyzyjnie przygotowane akcje.
A zresztą, czy mieliśmy jakieś inne wyjście, aby zdobyć fotografię młodego Gnata?
O naszej wyprawie wiedziała tylko trójka młodych ludzi. Nie wtajemniczyliśmy w tę
sprawę ani pana Dohnala, ani Smitha, nie mówiąc o Skwarku, który wyjechał.
Baśka wyrysował plan drogi do zagrody Gnatów. Zaznaczył miejsca, gdzie najlepiej
będzie zaparkować wehikuł oraz którędy pójść dalej pieszo, aby trafić do Gnatów.
Tego popołudnia pogoda była fatalna, ale nam wydała się bardzo sprzyjająca, albowiem
uzasadniać mogła fakt naszego zabłąkania się w górach. W dolinach siąpił deszcz, wyżej
zalegały niskie chmury i snuły się gęste mgły. Nie wiał nawet najlżejszy wiaterek i
odnosiło się wrażenie, że chmury zaczepiły się o szczyty. W wyższych partiach górskich
widoczność była bardzo niewielka, w dolinach ograniczała widok mgła i siąpiący bez
ustanku deszcz.
W Bystrym skręciłem w dolinę Rabego Potoku i pojechałem wyboistą drogą wzdłuż
rzeczki. Minąłem zabudowania leśnictwa, gdzie to w swoim czasie Baśka pytał drwala o
drogę do Gnatów. Tym jednak razem przy leśniczówce nikogo nie było, nikt chyba nie
widział naszego samochodu, więc w miejscu zaznaczonym na planie skręciłem w krzaki.
Niewidoczny z drogi, mój wehikuł mógł oczekiwać bezpiecznie naszego powrotu.
- Zabiera pan psa? - zdumiał się Marczak, gdy kazałem Protowi opuścić wehikuł. - Po
co nam to bydlę? Natychmiast rozpoznają pana po tym pańskim psie.
- Nie wiem, kiedy wrócimy - wyjaśniłem Marczakowi - i nie mogę na dłuższy czas
pozostawić Prota w samochodzie. Ale to posłuszne psisko i na pewno nie pomiesza nam
szyków. Każę mu leżeć gdzieś za krzakami w pobliżu zagrody Gnatów.
Ruszyliśmy w dalszą drogę. Lecz w tym miejscu warto chyba wspomnieć, jak
wyglądaliśmy. Otóż ja nałożyłem ciemne okulary i miałem... czarną brodę. Panna Helenka
zawiązała na głowie chusteczkę. Dyrektor Marczak był opasany grubą liną taternika,
122
dźwigał ogromny plecak i podpierał się wspaniałym czekanem. Na jego piersi kołysał się
na rzemykach aparat fotograficzny marki zorka 4.
Najpierw wspięliśmy się po niewysokim wzgórzu, potem zeszliśmy w skalistą dolinę,
gdzie na dnie sączył się mały strumyk. Minęliśmy ruiny spalonej wioski, znowu
zdobyliśmy niewysokie wzgórze. Gdy zeszliśmy z niego, natrafiliśmy na mały potoczek
górski. Innymi słowy - z powodu mgły wróciliśmy w to samo miejsce. Spostrzegłem, że
od czasu do czasu pies strzyże uszami i spogląda w stronę pobliskiej doliny. Gdy
wsłuchaliśmy się w otaczającą nas ciszę, usłyszeliśmy stłumione przez mgłę szczekanie
psa.
- Baśka wspomniał, że w zagrodzie Gnatów jest duży pies - przypomniała Helenka.
Przekroczyliśmy niezbyt głęboką dolinę, potem znów zaczęło się strome wzgórze.
Szczekanie psa stawało się coraz wyraźniejsze i bliższe. Zajrzałem do planu Baśki i
stwierdziłem, że nareszcie znaleźliśmy się na właściwej drodze. Za szczytem wzgórza
powinien być głęboki jar, a w jarze, na drugim brzegu strumienia, należało oczekiwać
widoku zagrody Gnatów.
Tak było w istocie. Przykucnęliśmy za leżącymi na szczycie wzgórza ogromnymi
załomami skalnymi i zobaczyliśmy u swoich stóp głęboki jar, którym płynął wartki potok.
Zagroda stała po drugiej stronie, odgrodzona od nas wodą. Długa chałupa z bali
drzewnych wyglądała jak przyklejona do stromej ściany skalnej. Z pni drzewnych była
palisada i wysoka brama od strony drogi, biegnącej dnem jaru, ale również po drugiej
stronie potoku.
Nie dostrzegliśmy nikogo. Ujadał tylko wielki brytan uczepiony łańcuchem do budy
koło szopy.
Z miejsca, gdzie znajdowaliśmy się, do zagrody można było zejść w dół tylko po
stromej ścianie jaru. Nad potokiem przerzucono kładkę drewnianą, bardzo zresztą
wysoko. Trzeba było dostać się na tę kładkę.
- Schodzimy - zadecydował bez namysłu dyrektor Marczak.
I pierwszy zaczął zsuwać się po stromej ścianie jaru.
- Waruj! Waruj tutaj! - dwukrotnie powtórzyłem rozkaz Protazemu.
Pies położył się posłusznie za załomem skały, wielki łeb wtulił między przednie
wyciągnięte łapy.
Poszedłem w ślady Marczaka, a za mną wyruszyła panna Helenka. Po kilku krokach
stwierdziłem, że stromizna tylko z góry wydawała się tak ostra. Raz po raz trafiliśmy na
występy skalne, na krzaki, których można się było złapać, co ułatwiało schodzenie.