Bodleyańską
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- czuwała zniekształcenia omywającej ją Mocy...
- - Bo dla mnie, to samotność, taka prawdziwa, transcendentna samotność, to jest na sam koniec orgazmu...
- — Od dawna panowaÅ‚o przekonanie, że rzeka Nil wypÅ‚ywa z wielkich jezior leżących u stóp Gór Księżycowych[46]...
- używane przez spamerów...
- - Mam na myśli że starsza niż inne - wymamrotał, czerwieniąc się...
- - Czy to były grube drzwi? - zapytał Sparhawk ze zdumieniem...
- nowy obrzęd chrztu wodą i uczył naród, iż trzeba żałować za swoje grzechy oraz oczyścić się z nich przez chrzest...
- piel dziecięcia przed zachodem słońca i wodę z niej zaraz wylewając...
- Omiotła jego twarz przestraszonym spojrzeniem...
- wszystkie okręty, które zboczą ku nim ze swego kursu skutkiem pomyłki lub burzy...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Dzień dobry, wicekanclerzu.
Robin odwrócił się. - O, witam, profesorze.
- Przypomina pan sobie pana Metcalfe'a?
- Tak, niewątpliwie. Jak miło znów pana zobaczyć. - Robin
wzdrygnął się. Jedyne, czego pragnął, to znaleźć się w domu. Roz-
mawiali chwilę. Zapukano do drzwi i ukazał się Jean-Pierre.
- Witam, sekretarzu.
- Witam, wicekanclerzu, profesorze Porter.
- Chciałbym przedstawić Harveya Metcalfe'a.
- Dzień dobry panu.
- Sekretarzu, czy zechciałby pan. . .
- Gdzie ten Metcalfe?
Wszyscy trzej znieruchomieli, z osłupieniem patrząc na dziewięć-
dziesięcioletniego starca, który wszedł do pokoju o laskach. Poku-
śtykał do Robina, mrugnął i skłonił się.
- Dzień dobry, wicekanclerzu - powiedział donośnym głosem
chimeryka.
- Dzień dobry, Horsley.
James podszedł do Harveya i szturchnął go laską, jakby chciał się
upewnić, czy jest prawdziwy.
- Spadłeś nam z nieba, młody człowieku.
Od trzydziestu lat nikt nie nazwał Harveya młodym człowiekiem.
Tamci trzej patrzyli na Jamesa z zachwytem. Nie wiedzieli, że na
ostatnim roku studiów James odniósł wielki sukces grając główną
rolę w Skąpcu. Rola strażnika szkatuły była po prostu powtórze-
niem tamtej, którą nawet sam Molier byłby zachwycony. James
ciÄ…gnÄ…Å‚ :
-_Był pan niezwykle hojny dla Harvardu.
- To bardzo uprzejmie, że pan o tym wspomina - powiedział
z szacunkiem Harvey.
- Podobasz mi się, młody człowieku. Mów mi Horsley.
- Tak, Horsley, proszę pana - plątał się Harvey.
Tamci trzej robili wszystko, żeby zachować powagę.
- A więc, wicekanclerzu - mówił dalej James. - Nie ciągnę-
liście mnie chyba przez pół miasta bez powodu. O co chodzi?
Gdzie moje sherry?
Stephen zaczął się już zastanawiać, czy James nie szarżuje, ale
spojrzawszy na Harveya przekonał się, że jest absolutnie urzeczony.
Jak człowiek tak wycwaniony w jednej dziedzinie może być pod in=
_ nym względem tak naiwny, pomyślał. Zaczynał rozumieć, jakim
sposobem most Westminsterski został sprzedany co najmniej czte-
rem Amerykanom w ciÄ…gu ostatnich dwudziestu lat.
- Hm, chcieliśmy zainteresować pana Metcalfe'a działalnością
_ uniwersytetu i sądziliśmy, że strażnik szkatuły uniwersyteckiej po-
winien być przy tym obecny.
- Co to za szkatuła?
- Takie uniwersyteckie ministerstwo skarbu - odpowiedział
James bardzo donośnym, starczym i przekonującym głosem. - Po-
czytaj sobie - wetknął Harveyowi w rękę kalendarz Uniwersytetu
I88 I89
Oksfordzkiego, który Harvey mógłby kupić w księgarni Blackwella
za dwa funty, jak to uczynił James.
Stephen wahał się, co teraz zrobić, ale szczęśliwie Harvey zabrał
głos:
- Panowie, chciałbym wyrazić, jak wielki to dla mnie zaszczyt,
że jestem tu dzisiaj. Ten rok przyniósł mi dużo szczęścia. Byłem na
Wimbledonie, gdy zwyciężył Amerykanin, zdobyłem wreszcie po
latach obraz Van Gogha. Wspaniały, cudowny chirurg uratował mi
życie w Monte Carlo, a teraz jestem w Oksfordzie, gdzie patrzy na
mnie historia. Panowie, byłbym szczęśliwy, gdybym związał się w
jakiś sposób z waszym sławnym uniwersytetem.
James znów pokierował rozmową.
- Co pan chce przez to powiedzieć? - krzyknął, poprawiając
aparat słuchowy.
- Otóż, proszę pana, spełniło się marzenie mego życia, gdy kró-
lowa wręczyła mi trofeum za zwycięstwo w wyścigu o nagrodę kró-
la Jerzego i Elżbiety, ale pieniądze, hm, chciałbym ofiarować wa-
szemu uniwersytetowi.
- Ponad osiemdziesiąt tysięcy funtów! - wykrztusił Stephen.
- Dokładnie - osiemdziesiąt jeden tysięcy dwieście czterdzieś-
ci. Ale lepiej brzmi - dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów.
Stephen, Robin i Jean-Pierre zaniemówili. Widać tylko Jamesowi
było pisane zostać bohaterem dnia. Miał wreszcie okazję, by do-
wieść, dlaczego jego pradziad należał do najświetniejszych genera-
łów Wellingtona.
- Przyjmujemy. Ale dar musi być anonimowy - rzekł James.
- Chyba mogę w tej sytuacji śmiało powiedzieć, że wicekanclerz
powiadomi pana Harolda Macmillana i RadÄ™ TygodniowÄ…, ale bÄ™-
dziemy chcieli uniknąć rozgłosu. Naturalnie, wicekanclerzu, popro-
szę cię o rozważenie tytułu honorowego.
James tak dalece panował nad sytuacją, że Robin mógł tylko do-
dać:
- Jaki zalecasz tryb postępowania, Horsley?
- Czek płatny gotówką, żeby nikt nie doszedł, kto jest ofiaro-
dawcą. Nie możemy dopuścić, żeby ta zgraja z Cambridge ścigała
pana Metcalfe'a do końca życia. Tak samo, jak załatwiliście z sir
Davidem - cicho sza.
- Zgaůzam się - oświadczył Jean-Pierre, który nie miał blade-
go pojęcia, o czym mówi James. Podobnie jak Harvey.
James skinął na Stephena, który opuścił gabinet wicekanclerza i
skierował się na portiernię, by dowiedzieć się, czy paczka dla sir
Johna Betjemana została doręczona.
- Tak, proszę pana. Nie w ¨iem, dlaczego ją tu przyniesiono. Nie
spodziewam siÄ™ sir Johna.
- Niech się pan nie przejmuje - rzekł Stephen. - Prosił mnie,
żebym ją zabrał.
Kiedy Stephen wrócił, James właśnie dowodził Harveyowi, jak
doniosłą rzeczą jest potraktowanie daru jako sekretnej więzi między
nim a uniwersytetem.
Stephen rozwinÄ…Å‚ paczkÄ™ i wyjÄ…Å‚ uroczystÄ… szatÄ™ doktora literatu-
ry. Harvey zaczerwienił się z zakłopotania i dumy, gdy Robin za-
rzucił mu ją na ramiona, intonując: De mortuis nil nisi bonum.
Dulce et decorum est pro patria mori. Per ardua ad astra. Nil deÅ›-
perandum.
- Moje gratulacje! - ryknął James. - Szkoda, że nie można
było włączyć tego do dzisiejszych uroczystości, wszakże na uczcze-
nie tak wspaniałomyślnego gestu nie moglibyśmy czekać cały rok.
Świetnie podana kwestia, pomyślał Stephen. Sam Laurence Oli-
vier nie potrafiłby lepiej.
- Ja jestem zadowolony - rzekł Harvey, usiadł i wypisał czek
płatny gotówką. - Macie moje słowo, że nigdy nie wspomnę o
tym nikomu.
Żaden z nich mu nie wierzył.
Stali w milczeniu, gdy Harvey podniósł się i wręczył czek Jame-
sowi.
- Nie, proszę pana - James przeszył go wzrokiem.
Tamci oniemieli.
- Wicekanclerzowi.