- Będą nam deptali po piętach...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Poza t chwil oburzenia patrzya cay czas z prawdziwym podziwem, jak mnieobwieszaj tymi krawatami, lecz zarazem z rosncym niepokojem, e bd wida...
- Gdy przemawiam do hindusow, mowie im: "Wasi kaplani nie beda tym zachwyceni (zauwazcie, jaki jestem dzisrano ostrozny), ale Bog, zgodnie z nauka Jezusa Chrystusa,...
- Wszyscy przypomnieli sobie starą przepowiednię: kiedy dzikie zwierzęta pić będą z rzeki, zapanuje niesprawiedliwość i szczęście opuści kraj...
- pomc mojemu znajomemu? Moe, nie daj Boe, jeszcze mu zaszkodz?Ufam, e pewn pomoc i zacht dla Czytelnika bd nastpujcestwierdzenia:* Wcale nie...
- Siej myli pokoju drogami, ktrymi chodzisz, aby stay na stray tych, ktrzy stpa po nich bd w smutku i zwtpieniu...
- będą się rodzić nowe pokolenia”...
- Siedząca w kucki na piętach, z rękoma złożonymi na kolanach, z zamkniętymi oczyma, Neferet czekała...
- Gdy misjonarze, wielorybnicy, plantatorzy trzciny cukrowej i inni intruzi coraz bardziej wnikali na Wyspy Hawajskie (nie napotykając na opór ze strony...
- Magrat zerknęła na babcię...
- onstage was reached too quickly...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Niestety.
W tej chwili z niedaleka dały się słyszeć pojedyncze wybuchy, zagłuszającehałas wywołany pracą urządzeń pokładowych. Sam podniósł jeszcze jednądźwignię i skorygował zegar.
132
- Pójdę, może uda mi się ich powstrzymać - powiedział Rakasza i zniknąłtak niespodzianie, jak się pojawił.
Sam przesunął dźwignię o dwa poziomy w górę, a wówczas coś gdzieśtrzasnęło i zamarło w ciszy.
Wobec tego ustawił drążek w poprzedniej pozycji, przekręcił wskazówkęzegara, nacisnął raz jeszcze ten sam przycisk.
Rydwanem znowu wstrząsnął dreszcz, gdzieś z tyłu rozległ się głośny warkot.Sam przesunął dźwignię o |eden poziom do góry. znowu wyregulował wskaźniki.
Po chwili powtórzył całą operację, a wtedy warkot przeszedł w łagodnypormuK.
- Nie żyje - mruknął Taraka.
- Kto?! Co?!
- Ten, który poszedł powstrzymać Pana Płomieni - wyjaśnił demon.
- Został unicestwiony.
Dały się słyszeć huki dwóch wybuchów.
- To właśnie runęła Piekielna Studnia - komentował Taraka.Ocierając z czoła gęsty pot, Sam czekał z ręką na drążku.
- Nadchodzi! Agni nadchodzi!
Sam spojrzał przez długą, nachyloną ukośnie płytę czołową.
Istotnie, Pan Ognia wszedł w dolinę.
- Spadamy. Panie Sidhartho!
- Jeszcze nie - mruknął Sam.
Agni spojrzał na rydwan i wyciągnął zbro|ną w berło rękę.
Lecz nic się rpie wydarzyło.
Pan Agni stał, wskazując berłem na pojazd, a ponieważ ciągle nic się niedziało opuścił dłoń i potrząsnął przyrządem.
Po czym spróbował raz jeszcze.
Ale płomienie nie buchały.
Sięgnął zatem lewą ręką do tyłu, poprawił coś przy paczuszce, którą dźwigałna plecach i wtedy z berła strzelił snop ognia, wypalając w ziemi dużychrozmiarów dziurę.
Teraz ponownie wzniósł berło w stronę rydwanu.
Nic.
- Zanik indukcji - mruknął Taraka.
- Właśnie.
Sarn pociągnął dźwignię do tyłu, poprawił wskaźnik, a wówczas dal sięsłyszeć potężny ryk silnika.
Nacisnął drugi przycisk. Z tyłu dobiegł trzask. Gdy Agni sięgał już luku,przesunął tarczę jednego z zegarów.
Błysk płomienia i szczęk metalu.
Zerwał się z fotela. Wybiegł z kabiny. Ruszył wzdłuż korytarza.
Pan Agni wpadł do środka, celując berłem w jego stronę.
- Stać! - krzyknął, zagłuszając huk wywołany pracą urządzeń. Soczewkilego okularów pokryły się czerwienią, na wargi wypłynął mu szeroki uśmiech.
- Sarn! Demon!... Demon - skonstatował po chwili wahania. - Jeszcze jedenkrok, a ty oraz ten, który pożyczył ci ciała, rozsypiecie się w garść popiołu.
133
Sam rzucił się do przodu.
Gdy uderzył, Agni zwalił się na ziemię, nie sądził bowiem, że Sam zdoła godosięgnąć.
- Krótkie zwarcie, co? - spytał, zaciskając palce na jego szyi.
- A może plamy na słońcu - dodał wymierzając mu cios w skroń.
Bóg Ognia przewrócił się na bok. Wtedy Sam kantem dłoni dokończył dzieła,precyzyjnym ruchem uderzając tuż powyżej obojczyka.
Agni leżał przy ścianie, rozciągnięty wzdłuż korytarza, zaś chociaż Samwykonał taki ruch, jakby chciał zerwać się i zamknąć luk, ostatecznie zrezyg-nował z tego, wiedząc, że już za późno.
- Odejdź. Tarako - szepnął, ledwie poruszając waragami. - Od tej chwilito już moja prywatna walka. Nic ci do tego.
- Przyrzekłem, że dotrzymam ci towarzystwa.
- Tak... - blado uśmiechnął się Sam. - Chętnie bym z niego skorzystał, aleteraz nie masz już nic do zaoferowania. Lepiej więc odejdź, póki jeszczemożesz.
- Skoro tego pragniesz... Chciałbym ci jednak powiedzieć coś na pożeg-nanie...
- Oszczędź sobie tego! - przerwał mu Sam w pół słowa. - Możenastępnym razem...
- Panie! - nie dal mu dokończyć demon. - Chcę ci powiedzieć coś, czegonie wiedziałem, zanim nie poznałem ciebie... przykro mi. Ja...
Uczucie piekielnej trwogi, wykrzywiające wszystkie mięśnie ciała, mącącejasność umysłu, przerwało tę rozmowę, bo oto śmiercionośny wzrok Jamydotknął Pana Sidddharthę, z każdą chwilą coraz głębiej wnikając w jego istotę.
Także i Kali zajrzała mu prosto w oczy, podnosząc ku niemu czarne berło,zakończone srebrną trupią główką.
Było to tak, jakby nagle zanurzył się w głębokim cieniu, lecz nie padał on odniczego, co należałoby do świata rzeczy.
- Bye, bye, Panie Siddhartho! - wgryzły się w jego umysł dalekie słowa,l wtedy czaszka wydała swój potworny jazgot.Czuł, jak pada na ziemię.
Pulsowało w skroniach.
Było w czaszce. Było wszędzie wokót.
Obudziło go pulsowanie w skroniach. Cały był w bólu i w bandażach.
Nadgarstki i nogi były w łańcuchach.
Siedział na podłodze w małej kabinie. Na progu siedział Pan w Purpurze.Palił.
Jama pokiwał głową, jakby w odpowiedzi na nie zadane, lecz wiszącew powietrzu pytanie. Ale milczał.
- Dlaczego zostawiliście mnie przy życiu? - sformułował je wreszcie Sam.
- Zachowano cię, byś mógł dotrzymać terminu spotkania, które wyznaczy-łeś jakiś czas temu, w Maharatha - wyjaśnił Jama. - Brahma nie posiada sięz radości, że będzie mógł cię raz jeszcze zobaczyć.
134
- Bez wzajemności...
- Jakby po tylu latach nie było to oczywiste... - skrzywił się Jama.
- Jak rozumiem, zamierzasz wydobyć na światło dzienne wszystkie brudyprzeszłości?
Bóg Śmierci uśmiechnął się. - Niezty z ciebie przyjemniaczek - błysnąłzębami.
- Wiem - rzucił oschle Sam. - Robię, co mogę.
- Wnioskuję stąd - ciągnął dalej Jama - że w interesach klapa?
- Niestety.
- Wszakże... - dodał, potarłszy w namyśle skroń - możesz spróbowaćpomniejszyć rozmiar strat. Jesteśmy w pół drogi do Nieba.
- Myślisz, że dadzą m i szansę? - wydął pogardliwie wargi PanSiddhartha.
- Całkiem możliwe - Bóg Śmierci uniósł brwi. - Czas leczy rany. Brahmamoże być w tym tygodniu bardzo miłosiernym bóstwem.
- Mój osobisty lekarz powiedział mi, że specjalizuje się w beznadziejnychprzypadkach.Jama drgnął.
- A co z demonem? - zapytał po chwili milczenia Sam. - Z tym, który byłrazem ze mną?
- Przede mną nie uciekł - odparł Jama, - Nie wiern tylko, czy gowykończyłem, czy tylko przegnałem. Potraktowałem go płynem przeciwkodemonom i jeśllnawet żyje, to sporo czasu minie, zanim przypomni sobie, co goz tobą łączyło. Może nawet nigdy... Ciekaw jestem, jak w ogóle mogło do tegodojść. Zawsze myślałem, że jesteś odporny na opętanie.
- Byłem - poprawił go Sam. - Co to za Rłyn?
- Wynalazłem pewnien odczynnik chemiczny - wyjaśnił Jama. - Nie-szkodliwy dla ludzi, neutralizuje wszyskto. co żyje dzięki ładunkowi energii,
- Sprytnie. Ggdybyśmy mogli tego użyć parę wieków wcześniej...
- Tak - pokiwał głową Jama.- W każdym razie nic staconego, posłużyliś-my się nim w Piekielnej Stkudni... z dobrym rezultatem, jak widzisz.Kolejny uśmiech.
- Z tego, co widziałem, wynika, że walka nie trwała dtugo.