Antres dobrze sobie z nimi radził, ale poruszał się bardzo wolno...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- choćbyś i mnie miał waszmość tak pochlastać, zawszeć winszuję, winszuję! – Et, dalibyście sobie waszmościowie pokój; bo w rzeczy nie macie się...
- – Kiedy tylko dotrzemy tam, gdzie mają w miarę rozwinięty przemysł – dodał po chwili – będziemy musieli sprawić sobie trochę odtylcowych...
- 08 Przynocie wic owoc godny nawrcenia,09 a nie wmawiajcie sobie: Abrahama mamy za ojca, bo powiadam wam: Z tych kamieni Bg moe wywie synw Abrahamowi...
- - Boże, za jakąś chyba dopłatą, no nie wiem, ale to jest chyba świr trochę, co? A może wszyscy tak mają na starość? Kurcze, wiesz co? Musisz sama sobie kupić ten...
- Każda służba jest wyborem pomiędzy zagarnianiem ku sobie, a darzeniem, dawaniem ze siebie, a więc uczy miłości wedle podobieństwa do miłości Boga, czyli...
- Wszystkie typy pracy wymagają od człowieka umiejętności współpracy z innymi, organizowania własnej pracy, radzenia sobie ze stresem, nawiązywania kontaktu,...
- w swej głowie wymalował, iż potym sztychując ono z rzeczą prawdziwą a widomą, chocia sama w sobie onad rzecz była dziwnie osobna, jednak przeciwko onej...
- - Na fajki gracie? Kurcze, to już hazard! Szef jak się dowie to nas zjebie!- No co ty! Wiesz, przecież pooddajemy sobie te fajki na końcu...
- — Wszyscy będziemy sobie potrzebni, i to już niedługo — odparł tonem prze- powiedni Amerykanin...
- — Czy Weyr zbadał w końcu te pędraki? — spytał P’tero, nagle przypominając sobie cel ekspedycji...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Dotarliśmy na pokład dowodzenia, a potem do sterowni. Centralny ekran był włą-
czony i ukazywał starego Człowieka, być może tego, z którym rozmawialiśmy w Cen-
trusie.
81
Marygay usadowiła się na fotelu kapitana i zapięła pasy.
— Czy są jeszcze jakieś ofiary? — zapytał bez żadnych wstępów.
— Zamierzałam zapytać o to samo. Jynn Silver?
— To ta, która zabiła jednego z nas.
— Taurańczyk nie jest „jednym z nas”, jeśli jesteś człowiekiem. Czy ona żyje?
— Żyje i jest aresztowana. Myślę, że domyślamy się, na czym polega wasz plan. Może
zechcielibyście go nam teraz wyjawić?
Marygay spojrzała na mnie. Wzruszyłem ramionami. Odpowiedziała powoli i spo-
kojnie:
— Zgodnie z naszym planem ten statek nie poleci na Ziemię. Żądamy zezwolenia na
wykorzystanie „Time Warp” do realizacji pierwotnie zaplanowanego zadania.
— Nie zdołacie tego dokonać bez naszej współpracy. Potrzeba czterdziestu kursów
promu. Co zrobicie, jeżeli odmówię?
Przełknęła ślinę.
— Odeślemy wszystkich z powrotem promem kosmicznym. Potem razem z mężem
polecimy „Time Warp”, kierując statek w planetę. Rozbijemy się w pobliżu bieguna po-
łudniowego.
— A więc uważacie, że prędzej damy wam statek niż pozwolimy popełnić samobój-
stwo?
— Cóż, dla was to również nie będzie przyjemne. Kiedy zbiorniki z antymaterią eks-
plodują, powstanie obłok pary, który spowije całą Middle Finger warstwą chmur. Nie
będzie wiosny i lata, ani tego roku, ani następnego.
— A po trzech latach — dodałem zza jej pleców — zaczną się śnieżyce i powodzie.
— Nie możemy do tego dopuścić — powiedział. — A więc dobrze. Przystajemy na
wasze żądania.
Popatrzyliśmy po sobie.
— Tak po prostu?
— Nie daliście nam wyboru. — Zapaliły się dwa ekrany informacyjne. — Procedu-
ry przedstartowe, które tutaj widzicie, zostały opracowane na podstawie waszego har-
monogramu.
— A więc wszystko przebiega zgodnie z planem — powiedziała Marygay. — Wa-
szym planem.
— Przygotowaliśmy się — odparł — na wypadek, gdybyście nie pozostawili nam in-
nego wyjścia.
Roześmiała się. — Nie mogliście tak po prostu pozwolić nam odlecieć.
— Oczywiście, że nie. Całe Drzewo zabroniło nam tego.
— Zaczekaj — przerwałem. — Postępujecie wbrew woli Całego Drzewa?
82
— Bynajmniej. To wy łamiecie jego zakaz. My tylko podejmujemy rozsądne decy-
zje w odpowiedzi na wasze żądania. Usiłujemy zapobiec masowemu morderstwu, ja-
kim nam grozicie.
— I Całe Drzewo przewidziało, że tak się stanie?
— Och nie. — Po raz pierwszy pozwolił sobie na nikły uśmieszek. — Człowiek na
Ziemi nie zna was tak dobrze jak my, którzy wyrośliśmy obok was.
Szeryf usiłował wyjaśnić nam wszystko co wiedział, lub wydedukował o tym, w jaki
sposób uzasadniali swoje postępowanie. Dla mnie brzmiało to jak teologiczne wywody
jakiejś obcej mi religii.
— Całe Drzewo nie jest nieomylne — oznajmił. — Reprezentuje punkt widzenia
ogromnego i dobrze poinformowanego społeczeństwa. Jednakże tym razem było... tak
jakby głosowało tysiąc osób, z których tylko dwie lub trzy były naprawdę dobrze poin-
formowane.
Siedzieliśmy przy wielkim stole w jadalni, pijąc kiepską herbatę z koncentratu.
— Właśnie tego nie rozumiem — powiedział Charlie. — Mam wrażenie, że to zda-
rza, się dość często.
Podpierając brodę dłonią, siedział naprzeciw szeryfa, uważnie mu się przyglądając.
— Nie, to był szczególny przypadek. — Szeryf wiercił się niespokojnie. — Człowiek
na Ziemi myśli, że zna ludzi. W końcu wielu z nich tam mieszka i pracuje. Jednak tam-
ci nie są tacy jak wy. Oni lub ich przodkowie dobrowolnie przybyli na Ziemię, chociaż
w ten sposób zostali członkami mniejszości, żyjącej na uboczu głównego nurtu cywi-
lizacji.
— Sprzedali niezależność za wygodę — stwierdziłem. — Złudzenie niezależności.
— To nie jest takie proste. Żyją wygodniej niż wy, czy my, ale ważniejsze jest to, że
bardzo pragnęli wrócić do domu. Ludzie mieszkający na Middle Finger zrezygnowali
z powrotu do ojczyzny. Tak więc kiedy Człowiek na Ziemi myśli o ludziach, widzi zu-
pełnie odmienny obraz. Gdybyście wzięli stu pięćdziesięciu ludzi z Ziemi i wystrzeli-
li ich w odległą o czterdzieści tysięcy lat przyszłość... byłoby to okrutne. Jak porwanie
dziecka rodzicom i pozostawienie go w jakiejś obcej krainie.
— A to dobre — rzekł Charlie. — Całe Drzewo podjęło decyzję, kierując się troską
o nasze szczęście.
— Troską o wasze zdrowe zmysły — poprawił szeryf.
— Ogromny koszt tego przedsięwzięcia nie był istotną przeszkodą.
— Najmniej istotną. — Szeryf zatoczył ręką szeroki łuk, wskazując wszystko doko-
ła. — Dla naszej niewielkiej społeczności ten statek stanowi ogromne bogactwo. Jed-
nak na Ziemi nie ma wielkiej wartości. Tysiące takich jednostek krąży na orbicie wokół
słońca. Koszt tego projektu nie wzbudziłby żadnych emocji, gdyby wystąpili z nim lu-
dzie z Ziemi.
83
— Jednak oni nigdy tego nie zrobią — dodałem. — Są domatorami.
Wzruszył ramionami.
— Ilu mieszkańców Middle Finger uważa was za szaleńców?
— Sądzę, że ponad połowa. — Zgłosiło się tylko tysiąc sześciuset ochotników z trzy-
dziestu tysięcy ludzi. — A przynajmniej tak uważa młodsza część mojej rodziny.
Powoli pokiwał głową.
— A jednak mieli lecieć z wami?
— Szczególnie Bill, chociaż uważa, że jesteśmy szaleni.
— Rozumiem go — rzekł. — Ja także.
— Co takiego?
— Prosiliśmy, żebyście zabrali Człowieka i Taurańczyka. Ten ostatni odezwał się po
raz pierwszy:
— To my nimi jesteśmy — warknął.
Księga trzecia
KSIĘGA WYJŚCIA
13
Harmonogram wymagał piętnastu dni na transport ludzi i zapasów, ale zakładał, że
wszyscy czekają na walizkach. Tymczasem ludzie mieli już dwa tygodnie na zmianę pla-
nów, sądząc, że ekspedycja nigdy nie odleci.
Straciliśmy dwanaście osób z początkowych stu pięćdziesięciu. Zastąpienie ich nie
było takie proste, gdyż zostali wybrani pod kątem stworzenia odpowiedniej mieszanki
demograficznej oraz rozmaitych umiejętności.