Ani Bates, ani jej maszyneria nie były głupie...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Ulice Mardecin wybrukowane były granitowymi płytami, wytartymi przez całe pokolenia stóp i kół wozów, wszystkie zaś budynki zbudowano albo z cegły, albo z...
- koontz dean r-moonlight bay t 2, korzystaj z nocy — Czy to byÅ‚y oÅ›wiadczyny? — Tak! — odkrzyknÄ…Å‚em...
- Podczas tych narzekań, które były zapewne wynikiem rozczarowania i osobistej urazy, wywołanej faktem, że jej stary pracodawca wolał inną, Artur Gride...
- daæ si³y sprawiedliwoœci, usprawiedliwiono si³ê,i¿by sprawiedliwe i silne by³y razem i aby by³pokój, który jest najwy¿szym dobrem...
- Serce Dawida znalazło się w rozdwojeniu, pod działaniem dwóch sił, mimo iż były one nierówne, ubóstwiał bowiem żonę, tkliwość zaś dla Lucjana ostygła...
- Zresztą Rena i tak wolała słuchać o smokach, które były tematem dostatecznie bezpiecznym, nawet gdyby ktoś podsłuchiwał...
- Górne piętra były zupełnie ciemne, ale w oknach na parterze paliło się żółte, przyćmione światło...
- Ford nie był wysoki, a rysy jego twarzy, choć uderzające, nie były specjalnie przystojne...
- wanie tych zwi¹zkó v~ a powtórzenia czy æwiczenia ograniczone by³y do minimum...
- |Emocje, trudne do obiektywnego zdefiniowania, były przedmiotem wielu badań...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Celowały do łańcuchowo spiętych wężydeł równie bezlitośnie, jak przedtem do uciekinierów, choć zarabiając o wiele więcej punktów. Jednakże celów było po prostu za dużo, zbyt wiele pochwyconych fragmentów. Dwa razy dostrzegłem, jak bracia Stroszka i Kłębka łapią ich poćwiartowane szczątki.
Rozprute laboratorium unosiło się w ConSensusie jak ogromny, pęknięty leukocyt. Gdzieś blisko zabrzęczał kolejny alarm: ostrzeżenie przed zderzeniem. Cunningham wyskoczył do bębna z jakiejś kryjówki na rufie, odbił się od wiązki rur i przewodów, chwycił czegoś.
- Jasna cholera! To odlatujemy, nie? Amanda?
- Nie - odpowiedział zewsząd Sarasti.
- Na co... jeszcze, kurwa, czekamy? - Ugryzłem się w język. - Amanda, a jeśli strzelą do statku?
- Nie strzelą. - Nie odrywała wzroku od okienka.
- A skÄ…d ty...
- Nie mogą. Gdyby zachomikowali sobie więcej mocy, coś by wyszło na termice i mikroallometrii. - Między nami zawirował krajobraz w sztucznych kolorach, z czasem wzdłuż jednej osi, deltą masy wzdłuż drugiej. Wyrastały z niego kilotony jak pasmo czerwonych gór. - Hm. Było tuż poniżej granicy szu...
Sarasti jej przerwał.
- Robert. Susan. Idziecie na zewnÄ…trz.
James zbladła.
- Coo?! - wykrzyknÄ…Å‚ Cunningham.
- Za chwilę kolizja z habitatem - powiedział wampir. - Trzeba uratować próbki. Wykonać. - Zamknął kanał, nim ktokolwiek zdążył zaprotestować.
Lecz Cunningham nie zamierzał protestować: właśnie zauważył, że zostaliśmy ułaskawieni - co by Sarastiego obchodziły próbki, gdyby myślał, że nie mamy szans z nimi uciec? Biolog wyprostował się, skierował do dziobowego włazu.
- Jestem - powiedział, wystrzelając naprzód.
Musiałem przyznać, że psychologia szła Sarastiemu coraz lepiej.
Jednak nie zadziałała na James, czy Michelle, czy... właściwie nie wiedziałem, kto stoi na czele.
- Siri, ja tam nie pójdę... nie pójdę, nie mogę...
Tylko obserwuj. Nie ingeruj.
Pęknięty balon bezwładnie zderzył się z prawą burtą i rozpłaszczył na skorupie. Nic nie poczuliśmy. Daleko, acz o wiele za blisko, legion na powierzchni Rorschacha się przerzedził. Znikali w otworach na kadłubie, które się wydymały, rozszerzały, a potem magicznie zamykały. Nasze baterie bez przekonania strzelały do nielicznych pozostałych.
Obserwuj.
Banda Czworga, śmiertelnie przerażona, migotała mi u boku.
Nie ingeruj.
- Nie ma sprawy - powiedziałem. - Ja pójdę.
* * *
Otwarta śluza przypominała wgłębienie w nieskończonym zboczu. Wyjrzałem przez nią w otchłań.
Big Ben i wróg znajdowali się po przeciwnej stronie statku. Lecz widok i tak był wystarczająco niepokojący: bezkresna panorama odległych gwiazd, twardych, zimnych, niemrugających. Jedna, nieznacznie jaśniejsza, płonąca żółto, nadal bardzo daleko. Wątpliwa pociecha, jaką przyniosła, ulotniła się momentalnie, gdy Słońce na moment zgasło: pewnie przelatujący kawałek skały. Albo któryś płaskonos z orszaku Rorschacha. Jeden krok i nigdy nie przestanę spadać.
Ale nie uczyniłem go i nie spadłem. Ścisnąłem pistolet, delikatnie przepłynąłem przez otwór, odwróciłem się. Pancerz Tezeusza zakrzywiał się i oddalał ode mnie. Na dziobie, zza horyzontu wyzierał bąbel obserwacyjny, jakby wschodziło tam oksydowane słońce. Nieco bliżej nad kadłubem sterczała zmaltretowana śnieżna zaspa: brzeg rozciętego habitatu.
A za tym wszystkim, prawie na wyciągnięcie ręki, nieskończony chmurny krajobraz Big Bena: wielka, skłębiona ściana sięgająca aż po odległy, płaski horyzont, który nawet teoretycznie ledwo co rozumiałem. Gdy skupiałem na niej wzrok, miała bez liku odcieni ciemnej szarości, lecz gdy go odwracałem, kątem oka dostrzegałem coś ulotnego barwy posępnej czerwieni.
- Robert? - Puściłem sobie na HUD transmisję z jego skafandra: ziarniste, nieruchome pole lodowe, intensywnie kontrastowe w świetle jego lampy czołowej. Po obrazie falami smużyły zakłócenia z magnetosfery Rorschacha. - Jesteś?
Trzaski i szumy. Odgłos oddychania i mamrotanie, na tle elektrycznego przydźwięku.
- Cztery koma trzy. Cztery koma zero. Trzy koma osiem...
- Robert?
- Trzy koma... cholera. Co ty... Keeton tu robisz? Gdzie Banda?
- Poszedłem zamiast niej. - Jeszcze jedno pociągnięcie za spust i poszybowałem ku śnieżnemu polu. Obok mnie, na wyciągnięcie ręki, toczył się kadłub Tezeusza. - Żeby ci pomóc.
- No to jedziemy, nie? - Przeciskał się przez osmalony, postrzępiony otwór w powłoce, który zawijał mu się pod dotykiem. Rozpórki, porozbijane panele, martwe ramiona robotów splątane w lodowej grocie w jedno wielkie zlodowacenie; ich kontury iskrzyły szumem, omiatane reflektorem cienie skakały i rozciągały się jak żywe. - Już prawie...
W snopie jego światła poruszyło się coś, co nie było szumem. Coś się rozprostowało, tuż na skraju pola widzenia kamery.
Transmisja zdechła.