Podczas tych narzekań, które były zapewne wynikiem rozczarowania i osobistej urazy, wywołanej faktem, że jej stary pracodawca wolał inną, Artur Gride...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- resów, na które na le ¿y prze kie ro waæ wia do moœæ, plik fil tru mo¿e za wie raæ te sty za - war to œci przy chodz¹cej wia do mo œci, tak by na przyk³ad wia do...
- przekazywaniu właściwym adresatom we właściwym czasie informacji, które zostaną zrozumiane zgodnie z intencją nadawcy;zdolności do właściwego odbioru...
- 304 Roz dzia³ 17: Pocz ta elek tro nicz na Cc:Jest to li sta ad resów e-ma il, na które zo sta nie wys³ana ko pia „do wia do mo œci”...
- Od strony ulicy prawie wszystkie bary oraz mniejsze sklepy zamiast ścian miały różnego rodzaju żaluzje, które usuwano całkowicie lub rolowano na czas otwarcia...
- Wysunąwszy delikatnie ramię spod głowy Clare, wstał z łóżka, krzywiąc się z bólu, gdyż skaleczenia i rany, które przez noc trochę przyschły, znowu się...
- Sd Najwyszy z kolei zauwaa, e prawo do odmowy zastosowania przepisw ustawy, ktre sdy uznaj za sprzeczne z konstytucj, wynika z trzech wyraonych w niej zasad: jej...
- Ustalenie zakresu pojcia zwykych potrzeb rodziny zaley od kryterium, ktre stanowi bdzie podstaw zdefiniowania tego pojcia...
- Program komputerowy jest sekwencją rozkazów, które muszą być wykonane w określonym porządku, zaś wynik działania rozkazu często zależy od wyniku...
- pozytywistycznych, które wszelkie warianty artyzmu traktują jako instrumenty krasomówcze, a wartość słowa poetyckiego pragną mierzyć wartością...
- Diagnozowanie problemw z niskopoziomowym ruchem IPPierwsza seria testw bada niskopoziomowe usugi, ktre s niezbdne do pracy Samby...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
— Nie mam pojęcia, skąd głupi młokos dowiedział się o tych sprawach — mówił do siebie — jeżeli ja sam się nie wydałem... jeżeli na przykład nie powiedziałem. u Braya czegoś, co ktoś mógł podsłuchać. Bardzo możliwe. Wcale bym się nie dziwił... Pan Nickleby nieraz złościł się na mnie, że zaczynałem z nim rozmawiać, zanim wyszli śmy na ulicę. Nic mu nie powiem o tej wczorajszej historii, bo zaraz mnie skrzyczy i będę przez cały dzień zdenerwowany.
Pan Ralf uchodził powszechnie wśród kolegów po fachu za niezwykłego geniusza, lecz na starym Arturze jego twardy, nieugięty charakter i wytrawna znajomość lichwiarskiej sztuki sprawiały tak wielkie wrażenie, że ten doświadczony oszust po prostu bał się pana Nickleby. Z przyrodzenia czołobitny i do głębi duszy tchórzliwy, Artur Gride płaszczył się przed utalentowanym kolegą. Lizał jego buty, pełzał przed nim po ziemi i nawet gdyby nie prowadzili wspólnej gry, nigdy nie odważyłby się na coś więcej niż nikczemne, niewolnicze pochlebstwo.
Zgodnie z umową, Artur Gride udał się teraz do pana Ralfa Nickleby; opowiedział mu niezwłocznie, jak to ubiegłego wieczoru jakiś młody awanturnik, którego nie widział nigdy w życiu, wtargnął do jego domu i usiłował odstraszyć go od zamierzonego małżeństwa — jednym słowem powiedział wszystko, co Nicholas mówił lub robił, przemilczając to tylko, co postanowił zachować dla siebie.
— No i co dalej? — zapytał pan Ralf.
— Ach... nic dalej — odparł Gride.
— Próbował pana przestraszyć i, jak sądzę, przestraszył pana, co?
— To ja go przestraszyłem. Krzyczałem: „Złodzieje! Mordercy!" — odrzekł Gride. — Dobrze się zabrałem do całej sprawy i, powiadam panu, byłem prawie zdecydowany przysięgać, że on mi groził i żądał pieniędzy albo życia.
— Ho, ho! — powiedział gospodarz spoglądając nań spode łba. — Zazdrość, co?
— Boże, mój Boże! Także pomysł! — krzyknął Artur zacierając ręce i wybuchając śmiechem.
— Czemu pan robi takie miny? — rzekł pan Nickleby. — Jest pan przecież zazdrosny i, jak myślę, słuszne ma pan po temu powody.
— Nie, nie, nie! Jakież znowu słuszne powody? Nie przypuszcza pan chyba, że mogę mieć po temu słuszne powody, co? Jak się panu zdaje, co? — wołał drżącym głosem stary oblubieniec.
— Hm... Jakże przedstawia się stan faktyczny tej sprawy? — mruknął pan Ralf. — Otóż mamy starca i dziewczynę, którą zmusza się do małżeństwa z tym starcem. Do starca przychodzi przystojny chłopak... Mówił pan, że przystojny, prawda?
— Nie! — syknął Artur.
— Oo... — zdziwił się gospodarz. — Zdawało mi się, że pan mówił. Mniejsza zresztą o to — przystojny czy nie przystojny. W każdym razie przychodzi do tego starca młody chłopak, który rzuca mu w oczy... powinienem raczej powiedzieć: w zmarszczki koło oczu... rozmaite wyzwiska i pogróżki i powiada w niedwuznacznych słowach, że ta dziewczyna serdecznie nienawidzi swego narzeczonego. Co mogło być motywem takiego kroku? Filantropia, hę?
— Ale i nie miłość do tej damy — odrzekł Gride — bo sam powiadał (przytaczam jego słowa), że nigdy nawet nie rozmawiali o miłości.
— Sam powiadał! — powtórzył pan Ralf wzgardliwym tonem. — Za jedno jestem mu wdzięczny! Dowiódł panu jasno, że tę pańską... jakże pan ją zowie?... śliczną, słodką dziewuszkę... prawda?... trzeba trzymać pod kluczem... tak, pod kluczem. Bądź pan ostrożny, Gride, bądź ostrożny. To nie lada zwycięstwo odbić damę młodemu, urodziwemu rywalowi. Tak, nie lada zwycięstwo dla takiego jak pan starca! Pozostaje tylko ustrzec jej, kiedy już będzie pańską żoną, tak, tylko jej ustrzec!