– Spróbujcie go wywołać! – polecił Lindsay...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Mimo to w żyÅ‚ach elfa pÅ‚ynęła adrenalina wywoÅ‚ana Å‚owami – górskim szlakiem poniżej uciekaÅ‚ tuzin orków – a jeszcze bardziej...
- Podczas tych narzekań, które były zapewne wynikiem rozczarowania i osobistej urazy, wywołanej faktem, że jej stary pracodawca wolał inną, Artur Gride...
- wywołaniu jej przez System, nastąpiło pełne odtworzenie obsługiwanego przez nią pulpitu...
- Błędy systemowe są zgłaszane, gdy wywołanie systemu operacyjnego zwraca kod błędu...
- •)'• Ka¿da g³oska ma swoj¹ metodykê wywo³ania i logopeda-nauczyciel od--wiednio do mo¿liwoœci dziecka j¹ stosuje...
- Drżąc od stóp do głów, poszedł na górę do pokoju, skąd wywołano go ostatnim razem...
- 168Oprócz witaminy E, podawanej pacjentom trzy razy dziennie, drHaeger poleci³ im uprawiaæ gimnastykê i zdecydowanie zabroni³palenia...
- Może Kitchener zastosowałby politykę spalonej ziemi bez sugestii Seana...
- ostrożnie, proszę!) na samym sobie...
- c16
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
– Mówiłem przecież, że cały czas gada. Nie może nas usłyszeć, dopóki sam nadaje.
– Nie zwijam się z powrotem – mówił dalej pos 3. – Zostaję tutaj. – Jego głos słabł z każdą chwilą. – Nie mam powietrza, żeby mówić i słuchać, więc chyba spróbuję wygrzebać się ze skafandra. To tylko jeden suwak. Jeśli będę miał szczęście, uda mi się z niego wyplątać. – W głośnikach trzasnęło. – Zegnaj, Słońce. Zegnajcie, gwiazdy. Dzięki za...
Reszta jego słów utonęła w szumie gwałtownej dekompresji, po czym monotonny szum wrócił. I trwał niezmiennie. Lindsay przemyślał całą sprawę i odezwał się cicho:
– Czy miałem być waszym alibi, Paolo?
– Co? – Paolo był zaszokowany.
– Mówię o sabotażu. Uszkodziliście mu skafander, a potem zeszliście ze stanowiska, żebyśmy nie mogli mu pomóc.
Paolo pobladł.
– Nawet nie tknęliśmy jego kombinezonu. Przysięgam!
– To dlaczego zeszliście z posterunku?
– Kleo mnie wrobiła! – krzyknął młody kształcerz. – Kości mówiły, że podejrzenie padnie na lana! Ja miałem być czysty!
– Zamknij się, Paolo – upomniał go Fazil i złapał za rękę.
Paolo próbował spiorunować go wzrokiem, a potem przeniósł spojrzenie na Lindsaya.
– To wszystko wina Kleo i lana. Zazdroszczą mi, zazdroszczą szczęścia...
Fazil potrząsnął nim i Paolo uderzył go na odlew w twarz. Fazil krzyknął, objął go oburącz i przycisnął do siebie.
– Zdenerwowałem się – powiedział przygnębiony Paolo. – Skłamałem: Kleo kocha nas wszystkich. To był wypadek. Zwykły wypadek.
Lindsay wyszedł i szybko, głową naprzód, ruszył tunelami. Minął kolejną nawilżamię, a potem cieplarnię, z której dmuchawa tłoczyła woń świeżego siana. Wreszcie znalazł się w komorze, w której umieszczone za półprzepuszczalną membraną światła uprawowe rzucały czerwonawą poświatę. Odchodzący w bok korytarz prowadził do groty Nory. Lindsay przepchnął się obok blokującej przejście, sapiącej dmuchawy i włączył światła.
Ściany okrągłego pomieszczenia zdobiły fioletowe arabeski. Nora spała.
Obie jej ręce i nogi były oplecione przewodami; metalowe obejmy przytrzymywały nadgarstki, łokcie, kolana i kostki; czarne elektrody domięśniowe wybrzuszały odsłoniętą skórę. Ręce i nogi poruszały się lekko, w równym rytmie, na boki, w przód, w tył. Podłużna skorupa sterczała na jej kręgosłupie.
Lindsay od razu rozpoznał kraba rdzeniowego, przyrząd treningowy dla dyplomatów. Na wspomnienie własnych przeżyć ogarnął go szał. Odbił się od ściany i pomknął w stronę śpiącej. Kiedy krzyknął wściekle, Nora leniwie otworzyła oczy.
Chwycił ją za kark i pociągnął do siebie, wbijając palce drugiej dłoni w gumową krawędź kraba, tuż przy skórze. Szarpnął z całej siły i częściowo oderwał urządzenie od ciała Nory – skóra pod spodem była zaczerwieniona i śliska od potu. Złapał za lewy kabel i pociągnął mocno; udało mu się go zerwać. Nie dawał za wygraną i Nora jęknęła, gdy przewód wpił jej się pod żebra.
Krab wolno oddzielał się od jej ciała. Od spodu wyglądał makabrycznie – mnóstwo wilgotnych, przezroczystych rurek i cienkich jak włosy drucików. Lindsay szarpnął ponownie; splot kabli pękł z trzaskiem, odsłaniając przewody w kolorowej izolacji.
Lindsay zaparł się o plecy Nory i ciągnął, ona zaś, przyduszona przewodami, bezskutecznie próbowała odpiąć klamrę pasa. Wreszcie udało jej się i Lindsay trzymał w rękach kraba, który po zerwaniu łączy programowych miotał się i zwijał mu w rękach jak żywa istota. Lindsay złapał za paski, zakręcił nim i z całej siły cisnął o ścianę. Kruchy plastik zachodzących na siebie segmentów grzbietu popękał z trzaskiem. Lindsay uderzył krabem o kamienną posadzkę. Pociekł brunatny smar, który po następnym ciosie uformował się w kulki i poszybował w powietrzu. Lindsay przycisnął kraba nogą i tak długo ciągnął za pasek, aż urządzenie pękło z hukiem. Spod płytek pancerza wyzierały wnętrzności – romboidalne biochipy zagnieżdżone w plątaninie kolorowych światłowodów.
Lindsay jeszcze raz grzmotnął krabem o skałę, już z mniejszym impetem. Rozładował wściekłość. Robiło mu się zimno, prawa ręka drżała spazmatycznie.
Nora stała oparta o ścianę, ściskając w dłoniach wieszak z ubraniami. Nagłe przerwanie programowania neuronowego sprawiło, że trzęsła się jak w febrze.
– Gdzie drugi? – zapytał Lindsay tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Gdzie ten, który odpowiada za twoją twarz?
Zadzwoniła zębami.
– Nie zabrałam go.
Lindsay kopniakiem odsunÄ…Å‚ kraba.