36—machorka, spiczki-machorka", a z powrotem pomału: „skóra-manufaktura, skóra-manufaktura"...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Posuwał się w stronę przeciwną do kierunku inwazji, jakby zwijając na powrót nić wojny, drogą uwolnioną już od wojennego napięcia...
- Sheel Tar odwrócił się więc z powrotem w stronę nadciągającego wroga, ale Fain widział, że trzęsie się ze strachu...
- - Nie w tym rzecz - wtrącił Corran, chowając się z powrotem za konsoletą, żeby wymienić zużyty zasobnik energii...
- nie powrotu do Kościoła po podpisaniu stosownych dokumentów...
- powrotem do nas...
- Nasza skóra była ciepła, mózg pracował, serce tłoczyło krew w żyły, byliśmy tacy jak dawniej, jak jeszcze wczoraj, nie utraciliśmy nagle ramienia, nie...
- organy wykonano z biowłókien, skóra zaś została wyprodukowana w zbiorniku do klo- nowania...
- Pahner wziął głęboki oddech i spojrzał na wielkiego Mardukanina...
- zahotyły rewerendy, nuż jankuru1 dodawaty...
- „„
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Przyjechał do nas, chyba z Moskwy, profesor fizjologii Worobiow — byłem później
asystentem wolontariuszem przy jego katedrze. Nosił biedak strasznie wyświecone portki, nie miał
też zegarka i na wykład przychodził z blaszanym budzikiem, żeby wiedzieć, kiedy zacząć i kiedy
skończyć. Budzik chodził tylko wtedy, jak się go położyło na katedrze bokiem, więc kiedy
Worobiow chciał zobaczyć, która godzina, musiał się nachylić. Nie chciał się jednak ustawiać do
nas tyłem, bo wtedy te portki straszliwie lśniły, i dziwnie się wykręcał. Był to zresztą zacny człowiek;
twierdził, że jest uczniem Pawiowa, choć nie wiem, czy to prawda.
— Jak długo ta nauka trwała?
— Studia moje trwały rok, a kiedy przyszedł czas sesji egzaminacyjnej, rozpoczęła się napaść
niemiecka i papiery diabli wzięli: indeksy złożone były właśnie w dziekanacie do podpisów. Niemcy
kazali je po prostu wyrzucić na ulicę czy do śmieci, na szczęście archiwariusz od Bernardynów
zebrał wszystko na taczki i przechował. Kiedy Niemcy sobie poszli, poszedłem do Bernardynów,
archiwariusz znalazł mój indeks i chciał nawet podwyższyć moje kwalifikacje, miał też bowiem
potrzebne pieczątki. Naiwnie odpowiedziałem, że skoro nie zdałem egzaminu, to nie mogę kłamać:
popatrzył na mnie jak na półgłówka...
Wpisałem się znów na medycynę, jeszcze sowiecką, ale już krótko chodziłem na wykłady.
Kiedy
37
zdawałem egzamin z chemii organicznej u docenta Sobczuka, Ukraińca, wiadomo już było, że
wracamy z rodziną do Polski. Na egzamin przyszedł cały nasz rok: wiedzieli, że Sobczuk będzie
zaginał Lema, a Lem będzie walczył. Nauczyłem się wtedy grubego podręcznika chemii organicznej
Abderhaldena prawie na pamięć, umiałem nawet narysować cały bardzo skomplikowany schemat
hemoglobiny. Ten łotr jednak, widząc, na co się zanosi, zaczął mnie pytać o jakieś substancje,
wytwarzane wyłącznie w czaszce pewnego typu wielorybów; to był temat wykładu w przeddzień
egzaminu, kiedy ja się przygotowywałem, i na tym mnie zagiął; zamiast bardzo dobrego dostałem
tylko dobry i z tym wróciłem do Polski.
— A jak wyglądało życie codzienne?
— Kiedy zacząłem studia, okazało się, że studenci pierwszego roku dostają 150 rubli
stypendium. Za całe te pieniądze kupiłem rurki Geissiera — takie rurki próżniowe wypełnione
gazami, które pięknie świecą pod wysokim napięciem. Do dziś mam szczątki maszyny Wimshursta,
która wytwarza iskry wysokiego napięcia; rozkoszowałem się kolorowymi wyładowaniami, zawsze
bowiem miałem takie dziwne zainteresowania. Kupić wtedy wiele i tak nie można było; pamiętam, jak
w sklepie przy placu Smółki sprzedawano po sto junaków — to był gatunek tanich papierosów — i
po odłamie andru-tów wypełnionych gorącą jeszcze masą kakaową. Stworzyliśmy z kolegami tak
zwaną kohortę Aleksandra Macedońskiego, ustawiając się w trójkąt, wbiliśmy się w napuchłą głowę
ogonka, i dzięki
38
temu przyniosłem do domu z triumfem ów dziwny łup. Ojciec bardzo nad nami kręcił głową.
Nie było już oczywiście chałwy, ale pojawiły się suszone morele, zwane uriuk — i jakoś się dało
przeżyć.
Jedyna rzecz, która za czasów sowieckich była dla mnie nowością, to tak zwana gimnastyka
przyrządowa na fizkulturze — poręcze, drążek, koń. Bardzo to lubiłem, a na poręczach i
pierścieniach okazałem się jednym z lepszych.
Studia miały też swój aspekt humorystyczny. Kiedy zdawałem egzamin z marksizmu-
leninizmu u pana, co się nazywał Hrudnyna, powiedziałem mu, że Marksa czytałem w oryginale i
tylko w oryginale mogę przedstawić jego myśli. Co ja tam wyplatałem, jeden Pan Bóg raczy
wiedzieć — byłem dość bezczelny, bo wiedziałem, że mój egzaminator po niemiecku nie rozumie.
Jedna przygoda wyglądała groźnie. Zbudowałem kiedyś małe armatki i czołgi, po czym
zrobiłem im zdjęcia. Ojciec przestrzegał: — Nie noś tego do wywołania. Ja jednak zaniosłem, a
kiedy wróciłem po odbitki, właściciel zakładu mówi: — Ktoś czeka na pana na górze. Wszedłem po
schodach na piętro, a tam już czekał enkawudysta. A to czto takoje? Skończyło się na niczym,
palcem mi tylko pogroził...
— Wspomniał pan o wywózkach. Czy odczuwał pan ciśnienie tego systemu?