Wziąłbyś się do roboty, a nie wyrzekał jak baba...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Teraz – majÄ…c Boga, a z Nim Jego nieskoÅ„czone bogactwa – poÅ›piesznie wyrzekaÅ‚am siÄ™ ich...
- A Białoruś? Nie dość, że zaledwie w kilka lat po odzyskaniu niepodległości wyrzekła się jej przygniatającą większością głosów, powracając do...
- i wziąć się do roboty (i nauki)...
- Omiotła jego twarz przestraszonym spojrzeniem...
- Mgławicz zadrżał...
- jadalnie, korytarze,  rozwija intuicję i kreatywność...
- Widziałem też ludzi, którzy jedli glinę - jakiś specjalny gatunek, która podobno robiła dobrze na krwawą biegunkę...
- jako bezpartyjny osiągnął pułap możliwości...
- Ani Bates, ani jej maszyneria nie były głupie...
- no w y kon y w a ć m a s a ż m i e j s c ow y , t a k...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Zdrowy jesteś, mocny, masz o co ręce zaczepić...
- Przeciech, całe trzy morgi! - rzucił urągliwie.
- Żonę i dzieci masz, toś o tym pamiętać powinien.
- Baczę ja dobrze, baczę... - mruknął przez zęby.
Wyszli przed karczmę, świeciło się w oknach i jakieś głosy wydzierały się aż na drogę.
- Co to, znowu pijatyka, co?
- Rekruty, te, co ich do wojska latoś wzieni, piją se la uciechy... W niedzielę ich pognają w tylachny świat, to się cieszą.:.
- Karczma prawie pełna! - szepnął ksiądz przystając przy topoli, skąd było dobrze widać przez okno całe wnętrze zapchane ludźmi:
- Bo się zejść miały dzisiaj i uredzić... względem tego lasu, co go dziedzic sprzedał Żydom na porębę...
- Przecież niecały sprzedał, jeszcze tyle zostało!
- Póki z nami się nie ugodzi, to ani chojaka ruszyć nie damy ! .
- Jak to?... - zapytał wystraszonym nieco głosem.
- A nie damy i tyla! Ociec chce się prawować, ale Kłąb i te, co z nim trzymają, powiedają, że sądu nie chcą, a rąbać nie pozwolą i choćby całą wsią iść przyszło, to pójdą, a i z siekierami, i z widłami, jak wypadnie, a swojego nie dadzą...
- Jezus Maria! To by się bez bitki i jakiego nieszczęścia nie obyło !
- Pewnie! Jak się parę łbów dworskich siekierami rozwali, to zaraz będzie sprawiedliwość!
- Antek! Rozum ci się ze złości pomieszał czy co? Głupstwa pleciesz, mój drogi!
Ale Antek już nie słuchał, rzucił się nieco w bok i zginął w ciemnościach, a ksiądz poszedł spiesznie ku plebani, bo usłyszał turkot kół i ciche, żałosne rżenie kobyły...
Antek zaś poszedł w dół wsi, ku młynowi, a drugą stroną stawu, żeby nie przechodzić koło chałupy Jagny.
Jak zadra tkwiła mu ona pod sercem, jak zła zadra, że jej nie wyciągnąć ni uciec od niej.
A bystre światło biło z jej chałupy, jasne i wesołe jakieś... przystanął, aby spojrzeć ino ten jeden razik, aby choć zakląć ze złości - ale go wnet cosik poderwało z miejsca, że pognał jako ten wicher, ni się obejrzał za się.
- Ojcowa ona już, ojcowa!
Do szwagra bieżał, do kowala - rady i on nijakiej nie da, ale między ludźmi nieco posiedzi, a nie tam, w chałupie ojcowej...Albo i ten ksiądz! Do roboty go będzie zaganiał! Hale, sam nic nie robi, frasunku nijakiego ni turbacji żadnej nie ma, to łatwo mu drugich poganiać. Kobietę mu wypomniał i dzieci...
baczy on ją dobrze, baczy! Już mu dość obmierzły jej płakania i ta jej pokorność, i te jej psie, skamlące oczy... i gdyby nie ona!... Żeby to byt sam! Jezus mój! - jęknął ciężko i porwał go dziki, szalony gniew, że chciało mu się chycić kogo za gardziel, dusić, rozdzierać i bić aż do śmierci!...
Ale kogo?... Nie, nie wiedział, i złość ustąpiła nagle, jak była przyszła, a on patrzył pustym wzrokiem w noc i nasłuchiwał szamotań wichury, co się przewalała po sadach i tak ciepała drzewami, aż kładły się na płoty i chlastały go gałęziami po twarzy... i wlókł się wolno, ociężale, że ledwie się mógł poruszać, bo na duszę jęły mu się zwalać zmory smutku, umęczenia, niemocy, iż rychło zapomniał, gdzie idzie i z czym?..
- Ojcowa jest Jagna, ojcowa! - przerzekał raz po raz a coraz ciszej - jako ten pacierz, bych go nie zapomnąć.
W kuźni czerwono było od ogniska, chłopak dymał miechem zapamiętale, aż rozżarzone węgle warczały i buchały krwawym płomieniem; kowal stał przy kowadle, czapkę miał na tyle głowy, ręce nagie, skórzany fartuch, twarz usmoloną tak, że mu ino oczy świeciły się jako te wągliki, a kuł żelazo czerwone mocno, aż huczało, i deszcz iskier rozpryskiwał się spod młota i z sykiem topił się w błotnistej ziemi.
- A co? - zapytał po chwili.
- I... cóż by zaś! - odparł cicho Antek, wsparł się o wasąg, których kilka stało do okucia, i zapatrzył się w ogień.
Kowal pracował tęgo, nagrzewał żelazo raz po raz i kuł, dzwonił do taktu młotem, to pomagał
chłopakowi dymać miechem, gdy mocniejszego ognia było potrzeba, a ukradkiem poglądał na Antka i uśmiech złośliwy wił mu się pod rudymi wąsami.
- Byłeś pono u dobrodzieja? No i co?
- A cóż by, nic! W kościele bym to samo usłyszał.
- A chciałeś co innego? - zaśmiał się ironicznie.
- Ksiądz przecie, uczony... - mówił usprawiedliwiająco Antek.
- Uczony, jak wziąć trzeba, ale nie, kiej co dać komu...
Ale Antkowi już się odechciało sprzeciwiać.
- Pójdę do izby - rzekł po chwili:
- Idź, wójt wstąpi do mnie, to tam przyjdziemy! A machorka jest na szafce, zapal se...
Nie słyszał nawet, tylko wszedł do mieszkania, co po drugiej stronie drogi było.
Siostra rozpalała ogień, a najstarszy chłopak uczył się na elementarzu przy stole... Przywitali się w milczeniu.