Wiatr z doliny zdmuchnął z twarzy niskiego Lorda Smoka gęste, ciemne włosy...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- W pewien sposób cieszyła się, że Egwene oraz jej przyjaciółek tu nie ma, cieszyła się, że nie może widzieć ich twarzy, a na nich, być może, piętna...
- Nieraz musiała przystawać po drodze dla otarcia potu z zabrudzonej twarzy i nabrania tchu, zanim doszła do swojego mieszkania, położonego w najbrudniejszej i...
- Z głębi pomieszczenia pofrunął ku Sabie obłok rozgrzanego blasku w kształcie kobiecej twarzy o niezwykle szerokich ustach i oczach tak zapadniętych, że...
- później ponad siedemdziesiąt pięć tysięcy polskich żołnierzy oraz czterdzieści których „szare twarze tak różniły się barwą od twarzy...
- Han wiedział, że żaden inny hazardzista w całej galaktyce nie ma takiego doświadczenia w odczytywaniu wyrazu twarzy jak Lando Calrissian...
- Odwrócił się; z jego twarzy biła taka sama szaleńcza furia, jaką widziała, gdy pociął portret żony...
- Patrzyła uważnie na mnicha, lecz tym razem na jego twarzy widziała tylko szczery wyraz troski...
- Ford nie był wysoki, a rysy jego twarzy, choć uderzające, nie były specjalnie przystojne...
- - Słusznie! - poparł druida niski, otyły kapłan o twarzy błyszczącej od potu...
- Podnosząc wzrok na wychodzącego z domu Howarda nie zmieniła wyrazu twarzy...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Kief pochylił się i poprawił pasy spinające bagaże. Powiedział coś do służącego — kira — ale Linden nie dosłyszał słów. Sługa pobiegł z powrotem.
Kief uniósł sześciopalczaste dłonie i zamknął oczy. Na jego szczupłej twarzy odmalował się wyraz napięcia. Powietrze wokół rozbłysło i otoczyła go czerwona mgła. Jego ciało zadrżało i rozpłynęło się. Obłok pociemniał i rozwiał się. Na urwisku pozostał brązowy smok.
Jedno uderzenie serca później przykucnął na krawędzi przepaści. Wyciągnął przednią łapę o sześciu palcach i zacisnął pazury na mocnych, skórzanych pasach bagaży. Przyciągnął tobołki bliżej, umieścił: między przednimi łapami i skoczył z urwiska. Rozpostarł skrzydła i poszybował do góry, zataczając kręgi.
Podbiegli słudzy z rzeczami Tarlny. Kiedy się wycofali, zajęła miejsce Kiefa. Przez chwilę patrzyła na swego duszobliźniaka unoszącego się na wietrze.
Linden również podniósł wzrok. Brązowy smok nie poruszał teraz skrzydłami. Szybował lotem ślizgowym, zataczając leniwie kręgi, i czekał na resztę.
— Życzę szczęścia, Lindenie.
Za plecami rozpoznał głos Pani. Zawtórował jej inny, głębszy. Obejrzał się.
Pani i Kelder stali obok siebie. Wspierała się na ramieniu swojego duszobliźniaka z przechyloną głową.
— Czuję, że w tej sprawie jest coś, co musisz zrobić, Lindenie, ale nie wiem co. Chciałabym...
Przerwał jej dźwięczny okrzyk. Tarlna przybrała już postać jasnożółtego smoka i skoczyła z urwiska. Varn i inni słudzy nieśli pakunki Lindena.
— Idź, mały — powiedziała Pani. — Jeszcze raz życzę ci szczęścia. I miej oczy otwarte.
Linden pobiegł na miejsce. Varn pomógł mu przy bagażu. Potem sługa szybko klasnął w dłonie, szepnął „powodzenia” i pędem zawrócił. Linden zauważył z rozbawieniem, że wszyscy cofnęli się dużo dalej niż przedtem.
Miejcie litość, przecież nie jestem aż taki wielki, pomyślał.
Wyrzucił z głowy wszystkie myśli i skoncentrował się tylko na Przemianie. Czuł, jak jego umysł i ciało rozpływają się. Przez chwilę był w stanie nieważkości, jakby przestał istnieć. Gdyby w tym momencie coś mu przeszkodziło lub jakieś ostrze przebiłoby jego mglistą powłokę, byłoby po nim.
Wstrząsnął nim dreszcz strachu — stary, dobry znajomy towarzyszący podniecającemu cudowi Przemiany.
Potem — sam nie wiedział kiedy — uczucie nicości zniknęło. Znów się zmaterializował.
Pokręcił długą szyją. Może jednak jest wielki; zajmował niemal dwukrotnie więcej miejsca niż tamci. Skóra pokryta czerwoną haską, barwą jego Piętna, zalśniła w słońcu. Podniósł pazurami pakunki i otworzył paszczę, by posmakować wiatr. Potem skoczył.
Oczarował go aksamitny, czuły dotyk powietrza wypełniającego skrzydła. Machnął nimi kilka razy i dostał się w ten sam prąd, co Kief i Tarlna. Wzleciał ku letniemu, ciepłemu słońcu. Smoczymi zmysłami czuł w powietrzu smak miodu i wina. Zadarł łeb i zatrąbił.
Kief i Tarlna odpowiedzieli mu. Ich głosy odbiły się echem pośród gór. Smocza trójka wzniosła się wyżej i poszybowała na południe.
3
Maurynna wyszła z kajuty i potrząsnęła głową, żeby się rozbudzić na dobre. W nocy miała dziwny sen; szkoda, że się rozwiał, kiedy otworzyła oczy. Pozostało po nim tylko niewyraźne wspomnienie.
Odetchnęła głęboko morskim, słonym powietrzem rześkiego poranka. Zawsze najbardziej lubiła tę porę dnia. Zwłaszcza od czasu, gdy została kapitanem na własnym statku.
Zerknęła na szerokie złote bransolety na nadgarstkach, symbolizujące jej stopień. Wciąż nie mogła w to uwierzyć. W ciągu dwóch lat awansowała z pierwszego oficera na kapitana; nigdy nie myślała, że to nastąpi tak szybko.
Po trzech pierwszych samodzielnych rejsach jeszcze się do tego nie przyzwyczaiła. Czasami budziła się w nocy i zdawało się jej, że wciąż śni: prezent od wuja Kesselandta w postaci „Morskiej Mgły” i udział w rodzinnym interesie! To nie może być prawda! Potem uświadamiała sobie, że to jednak rzeczywistość i rozpierało ją szczęście.
Watr zwiał jej na twarz długie, czarne włosy. Odgarnęła je do tyłu i pozdrowiła marynarzy na pokładzie. Potem uniosła głowę i pomachała tym na górze, pracującym przy takielunku. Wysoko, na grotmaszcie trzepotał proporzec Erdonów — srebrny delfin na tle zielonego morza.
— Wszystko w porządku, panie Remon? — zawołała do pierwszego oficera na górnym pokładzie.
Remon spojrzał w dół ponad relingiem, nie wypuszczając z dłoni koła sterowego.
— Tak jest, kapitanie. Kara melduje, że noc ma być spokojna, a wiatr pomyślny. Tylko tak dalej, a dopłyniemy do Cassori kilka dni wcześniej.
— Dziękuję, panie Remon. Mam nadzieję, że tak będzie. — Zadowolona z życia Maurynna ruszyła przed siebie, mrużąc oczy przed słońcem świecącym od dziobu i sterburty. Jak na razie rejs przebiegał dobrze. A tyle było protestów ze strony starszych wspólników! Uważali, że dziewiętnastoletnia dziewczyna — Maurynna upierała się, że już prawie dwudziestoletnia — jest za młoda, by powierzyć jej tak odpowiedzialne zadanie.
Miała ochotę skakać z radości, ale w porę przypomniała sobie, że to nie przystoi kapitanowi. Oparła się o wypolerowany reling i zaczęła nucić.
Drzwi kajuty Ottera otworzyły się i yerriński bard wygramolił się na zewnątrz z szerokim ziewnięciem. Na widok Maurynny uśmiechnął się.