Weszli dopiero do piątego sklepu, gdzie Rozalia oddała garść rolek filmowych, co było celem ich spaceru...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Już samo podanie w polskiej telewizji publicznej informacji o wyrażeniu przez kogoś krytycznej opinii o wspomnianym festiwalu (firmowanym wszak przez TVP) było...
- Przez chwilę wahała się - to, co chciała zrobić, nie było zakazane przez zwyczaj, ale mógł dokonać tego tylko ktoś bardzo poruszony, w sytuacji, która go...
- ““Zabij go, Tanneguy!”“ A teraz - de Giac roześmiał się konwulsyjnie - teraz ten człowiek, pod którego władzą było tyle prowincji, że można by nimi...
- Niemniej obawiałem się wyjść z lasu — choć skądinąd było oczywiste, że prędzej albo później wyjść muszę...
- — Chce pan powiedzieć, że rurę założono, kiedy nie było jeszcze krateru ani tego wąwozu? — spytałem...
- I po cóż to wszystko, po cóż te wyrzeczenia dla sprawy tak od początku przegranej? Jakby z odkrytej karty czytać było można...
- Wyjaśniła Ellie, jak to było z białą, weselną suknią, że rodzina tak tego chciała, i ile radości sprawiają jej te metry jedwabnych koronek i długi, lśniący...
- ciekawe i co mnie osobiście bardzo zaskoczyło — zdałem sobie spra- wę, że czasami pracując mniej i krócej, można było zrobić więcej, niż...
- Idąc wzdłuż rzędów tych prowizorycznych łóżek, Harry naliczył osiemnastu pacjentów, z których wielu było niezbyt starannie opatrzonych, a wszyscy...
- — A czy było jeszcze co jeść na rzece? — zapytał szakal...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Ruszyli następnie ku przystani. Jeden ze statków kursujących po Nilu przybił właśnie do brzegu. Poirot i Rozalia zaciekawieni przyglądali się pasażerom.
— Ależ tłum, prawda? — zauważyła Rozalia. Obejrzała się, kiedy Tim Allerton podszedł i przyłączył się do ich towarzystwa. Był trochę zdyszany, jakby po szybkim marszu. Stali przez parę minut w milczeniu.
— Straszny tłum ludzi, jak zawsze — stwierdził wyniośle wskazując na wysiadających pasażerów.
— I to dość okropnych — dodała Rozalia.
Wszyscy troje spoglądali na nowo przybyłych z wyższością, której nabierają ludzie już zadomowieni w jakiejś miejscowości.
— No proszę! — zawołał Tim i głos mu się nagle ożywił. — Jeśli się nie mylę, jest tu także Linnet Ridgeway!
Pan Poirot przyjął to obojętnie, ale za to Rozalia była wręcz wstrząśnięta. Wychyliła się do przodu, a chmurna mina na jej twarzy znikła bez śladu.
— Gdzie? Ta ubrana na biało? — wypytywała Tima.
— Tak. W towarzystwie wysokiego mężczyzny. Właśnie schodzą na brzeg. To pewnie jej niedawno poślubiony mąż. Nie pamiętam, jakie nosi ona teraz nazwisko.
— Doyle — odrzekła Rozalia. — Pisano o tym w gazetach. Ma furę pieniędzy, prawda?
— Jest tylko najbogatszą dziewczyną w Anglii — odrzekł wesoło Tim.
Cała trójka stała w milczeniu, obserwując schodzących na ląd pasażerów.
Poirot przyglądał się z ciekawością osobie, która była obiektem tych uwag.
— Istna piękność — zamruczał.
— Są ludzie, którzy mają wszystko — stwierdziła z goryczą Rozalia. Kiedy się wpatrywała w ową dziewczynę zbliżającą się do pomostu, twarz jej przybrała wyraz osobliwej niechęci.
Linnet Doyle prezentowała się tak olśniewająco, jakby miała podezas rewii wkroczyć na sam środek podium.
Biła też z niej pewność siebie znakomitej aktorki. Przyzwyczaiła się już do tego, że ją obserwują i podziwiają, że skupia na sobie powszechną uwagę, gdziekolwiek się pojawi. Była świadoma ciekawych spojrzeń skierowanych w jej stronę, ale jednocześnie prawie ich nie dostrzegała. Hołdy stały się częścią jej życia.
Zstąpiła na ląd grając, aczkolwiek bezwiednie, swą rolę bogatej, pięknej, znanej w sferach towarzyskich młodej mężatki, która odbywa podróż poślubną.
Obróciła się i lekko uśmiechnięta podzieliła się jakąś drobną uwagą z wysokim mężczyzną u jej boku. Ten jej coś odpowiedział, a dźwięk jego głosu wyraźnie zafrapował Herkulesa Poirot. Oczy mu błysnęły spod ściągniętych brwi. Słyszał, jak Simon Doyle powiedział:
— Najpierw się rozejrzymy, a potem zadecydujemy. Możemy śmiało tu zostać przez tydzień lub dwa, jeśli ci się spodoba.
W wyrazie jego twarzy zwróconej ku Linnet było oddanie, uwielbienie i uległość.
Poirot uważnie zlustrował postać młodzieńca, jego kwadratowe ramiona, wygoloną twarz, ciemnoniebieskie oczy i uśmiech pełen dziecięcej prostoty.
— Szczęściarz z niego — zauważył Tim. gdy Simon ich minął. — Znalazł bajecznie zamożną pannę, która w dodatku nie ma ani platfusa, ani polipów w nosie.
— Wyglądają na bardzo szczęśliwych — powiedziała Rozalia z nutką zazdrości z głosie. — Co za niesprawiedliwość! — dorzuciła nagle, ale tak cicho, że Tim tego nie słyszał. Usłyszał to jednak Poirot. Właśnie myślał nad czymś skomplikowanym. Niemniej rzucił w stronę Rozalii szybkie spojrzenie.
— Muszę jeszcze odebrać przesyłki dla matki — rzekł Tim. Uchylił kapelusza i odszedł. Prawie bezwiednie Poirot i Rozalia ruszyli powoli w stronę hotelu opędzając się nowej fali poganiaczy osłów.
— Na czym polega ta niesprawiedliwość, moja panno? — zagadnął ciepło Poirot.
Dziewczyna aż poczerwieniała z irytacji.
— Nie wiem, o co panu chodzi!
— Powtarzam tylko słowa, które burknęła pani pod nosem. Czy tak nie było?
Rozalia Otterbourne wzruszyła ramionami.
— Bo doprawdy aż nadto tego dobrego jak na jedną osobę. Majątek, uroda, cudowna figura i… — zamilkła.
— I miłość — rzekł Poirot. — O to chodzi, prawda? Ale skąd ma pani pewność, że nie poślubił jej dla posagu?
— Przecież widział pan, jak na nią patrzy?
— Moja miła panno! Widziałem wszystko, co tylko było do zobaczenia. I jeszcze coś, co pani przeoczyła.
— Co znowu takiego?
— Dostrzegłem, moja panno — mówił z wolna Poirot — cienie pod oczyma młodej damy… Widziałem jej rękę ściskającą parasol tak mocno, że aż zbielały nadgarstki.
Rozalia patrzyła z uwagą na pana Poirot.
— Czym pan to sobie tłumaczy?
— Tym, że nie wszystko złoto, co się świeci. Choć młoda pani jest bogata, piękna i uwielbiana, jednak nie wszystko układa się tak, jak należy. I wiem jeszcze coś.
— A co?
— Słyszałem już gdzieś i kiedyś głos pana Doyle’a — rzekł marszcząc czoło Poirot. — Nie mogę sobie tylko przypomnieć, gdzie to było.
Ale Rozalia już tego nie słuchała. Zapadła jakby w letarg. Końcem parasolki kreśliła jakieś linie w sypkim piasku.
— Jestem wstrętna! — wykrzyknęła nagle ze złością. — Naprawdę wstrętna! Niczym zwierzę. Z rozkoszą podarłabym na niej suknię i deptała po tej ślicznej, bezczelnej i butnej twarzy. Czuję się jak zazdrosna kobieta. Taka jest strasznie pewna siebie i wyniosła, a jednak szczęście bardzo jej sprzyja.
Herkules Poirot był tym wybuchem nieco zdziwiony. Ujął Rozalię za ramiona i po przyjacielsku lekko nią potrząsnął.
— Tenez*! Poczuje się pani lepiej wyrzuciwszy to z siebie.
— Ja jej po prostu nie cierpię! Jeszcze nikogo tak nie nienawidziłam od pierwszego wejrzenia.
— To doskonale!
Rozalia popatrzyła na niego z powątpiewaniem, skrzywiła usta, a potem parsknęła śmiechem.
— Bien!* — wyrzekł Poirot i także się roześmiał. W przyjaznym nastroju powrócili do hotelu.
— Muszę odszukać mamę — powiedziała Rozalia, kiedy znaleźli się w chłodnym, mrocznym hallu.