Uczuciu, iż jest śledzony towarzyszyło naglące pragnienie znalezienia się na otwartej przestrzeni, któremu nie sposób się było oprzeć...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Już samo podanie w polskiej telewizji publicznej informacji o wyrażeniu przez kogoś krytycznej opinii o wspomnianym festiwalu (firmowanym wszak przez TVP) było...
- Przez chwilę wahała się - to, co chciała zrobić, nie było zakazane przez zwyczaj, ale mógł dokonać tego tylko ktoś bardzo poruszony, w sytuacji, która go...
- punktach było ono skodyfikowaniem stosowanej ju uprzednio praktyki, jednak praktyce tej dopiero teraz nadało charakter w pełni instytucjonalny...
- ““Zabij go, Tanneguy!”“ A teraz - de Giac roześmiał się konwulsyjnie - teraz ten człowiek, pod którego władzą było tyle prowincji, że można by nimi...
- Niemniej obawiałem się wyjść z lasu — choć skądinąd było oczywiste, że prędzej albo później wyjść muszę...
- — Chce pan powiedzieć, że rurę założono, kiedy nie było jeszcze krateru ani tego wąwozu? — spytałem...
- I po cóż to wszystko, po cóż te wyrzeczenia dla sprawy tak od początku przegranej? Jakby z odkrytej karty czytać było można...
- W pewien sposób cieszyła się, że Egwene oraz jej przyjaciółek tu nie ma, cieszyła się, że nie może widzieć ich twarzy, a na nich, być może, piętna...
- Windows), — podstawy routingu statycznego i dynamicznego, — podstawowa znajomość IOS oraz sposobu konfigurowania urządzeń Ci- sco,...
- Wyjaśniła Ellie, jak to było z białą, weselną suknią, że rodzina tak tego chciała, i ile radości sprawiają jej te metry jedwabnych koronek i długi, lśniący...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Zdawało mu się, że ściany wokół niego przysuną się, odcinając powietrze potrzebne trudzącym się płucom. Wokół unosiła się aura takiego zagrożenia, jakie znał przedtem tylko z sennych koszmarów. Chociaż zachował resztki ostrożności, Ray wiedział, że nie może zostać w tym prowizorycznym schronieniu, że zostanie z niego wypłoszony, tak jak on sam mógłby wywrócić kosz, zmuszając do ucieczki jakieś małe, przerażone zwierzątko.
Nie miało to nic wspólnego z przymusem, jakiemu podlegał w atlanckim porcie - ten, był tego pewny, pochodził od wroga. Nie mógł z nim też zbyt łatwo walczyć.
W porządku - wyjdzie stąd. W przeciwnym razie - Ray oblizał wargi -jeżeli presja będzie nadal narastać, będzie po prostu stał, krzycząc głośno do czterech ścian, kim jest, dopóki nie pojawią się jego wrogowie, aby go stąd zabrać.
Działając w zgodzie z tym zamiarem i ustępując do tego stopnia, mógł zachować nieco własnej woli. A tak długo, jak miał jej choć odrobinę, mógł nadal walczyć, wymykać się, uciekać! Gdyby tylko wiedział, czemu go tu zostawiono, mógłby wtedy znaleźć i cel i powód, aby nie ustępować.
Czy powinien skierować się do sklepu z żaglami, o którym wspominał kapitan Taut? Nie miał wcale powodu, aby wierzyć w dobrą wolę kapitana piratów, jednak to było wszystko co miał - cień nadziei.
Odwrócił się gwałtownie dotykając ręką swego boku. Rana była jeszcze na tyle świeża, że się skrzywił. Zbadał ją znowu w zaciszu pomieszczenia. Zabliźniła się już i ponieważ była czysta, zaczęła się goić.
Ray podszedł znowu do okna i dokonywał analizy dziedzińca, kiedy wychylił się tak daleko, jak tylko mógł się odważyć nie tracąc równowagi, zobaczył, że po jego lewej stronie, od frontu tawerny, nie było wyjścia na zewnętrzną ulicę, jedynie wysokie ogrodzenie kończące się ślepą uliczką. Inna droga - tak, tam mogło być wyjście. Szybko zerwał wierzchnie nakrycie - jedyne, jak stwierdził - z łóżka, przymocowując jego koniec do podpórki podtrzymującej ramę. Nie otrzymał zbyt długiej liny, ale wystarczała, aby zapewnić mu bezpieczne lądowanie. Następnie wyszedł przez okno, kołysząc się ponad rumowiskiem. Puścił linę i upadł tak jak go uczono, przewracając się, aby uniknąć zranienia tyle, że nigdy nie przerabiał takich ćwiczeń z myślą o lądowaniu na śmietnisku.
Przebijając się przez górną warstwę odpadków, Amerykanin uderzył z miażdżącą siłą w mniej delikatne podłoże. Przez chwilę lub dwie leżał w śmieciach, czując rwący ból w boku, obawiając się niemal ruszyć, aby nie okazało się, że złamał sobie jakąś kość.
W końcu, ponieważ uczucie, iż jest ścigany było niezwykle silne, Ray wdrapał się na górę i wydostał z wysypiska. Zjedna ręką przy ścianie, aby dopomóc błądzącym stopom, rozpoczął ostrożną wędrówkę na tyły tawerny. Jeżeli łomot towarzyszący jego lądowaniu zaalarmował któregoś z mieszkańców pozostałych pokoi na górze, wyraźnie nie skłoniło ich to do poszukiwań.
Wąska szczelina prowadziła na koniec budynku, lecz z prawej strony wciąż odgradzał ją wysoki płot z gnijących desek. Na lewo ciągnęła się ślepa ściana drugiej budowli. Drewno ogrodzenia było suche i zmurszałe i Ray’owi przyszło do głowy, że mógłby kopniakami utorować sobie drogę na drugą stronę, ale na razie nie było potrzeby uciekać się do tak drastycznych metod ucieczki.
Przedzierał się przez cuchnące zwały odpadków, aż wreszcie doszedł do prawego rogu ogrodzenia, które miało zamykać szczelinę. W miarę, jak szedł, potrzeba biegu do wolności, przestrzeni tak w nim rosła, że kiedy stanął przed barierą, ostrożność zniknęła, zaczął kopać i szarpać rozpadające się drewno, wdzierając się w aleję zupełnie taką samą jak ta, na której napotkał złodzieja.
Otrząsnąwszy się jak mógł z brudu, który pozostawiła na nim wędrówka dołem szczeliny, Ray rozejrzał się na prawo i lewo, zastanawiając się, który z kierunków zapewnia choć niewielkie bezpieczeństwo, jeżeli można było spodziewać się bezpieczeństwa w tym labiryncie mrowiących się doków.
Jeżeli nie zatracił całkowicie poczucia kierunku, to sklep znajdował się na lewo. Dobry kawałek przed nim jakaś postać zajmowała się grzebaniem w odpadkach, przewracając odrażające sterty śmieci długim kijem, od czasu do czasu rzucając się na jakiś kąsek i przenosząc go do torby wleczonej z tyłu. Ray widział tylko chude jak patyki, gołe ramiona wystające z kupy szmat, tak starych i brudnych, że straciły kolor. Im bardziej Ray zbliżał się do śmieciarza, tym mniej wyglądał on na ludzką istotę. Lecz kiedy już zbliżył się na długość jego penetrującego kija, tamten poruszył się z szybkością, o którą nie można by podejrzewać tego chodzącego szkieletu, wymachując dookoła tym samym kijem, aby zagrodzić mu drogę, a zza pozawijanych szmat zasłaniających mu głowę, wydobył się przeraźliwy chichot.
Szybki refleks znowu uratował Ray’a, pozwalając mu uniknąć mierzonego w niego kija. Śmieciarz, straciwszy równowagę, kiedy jego broń nie zetknęła się - jak planował z goleniami Ray’a, odszedł chwiejąc się na krok czy dwa, popchnięty siłą zamierzonego ciosu.