tylko ojciec Karola, ale jego by³a pewna, ¿e nie zdradzi...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Jeśli rodzice nie dadzą dziecku doświadczyć miłości, jeśli nie ujawnią swoim zachowaniem, że samo jego istnienie jest dla nich radością, dziecko odwróci od...
- Czy to ojczyzna moze byc kiedyniekiedy, byc i nie byc na przemian? Ojczyzna moze byc tylko kraj stanowiacy nieprzerwalnie teren historyczny narodu, i to teren centralny...
- Najczęściej wolno ci tylko kopiować pliki z serwera, ale często możesz także kopiować własne pliki na serwer do specjalnie w tym celu utworzonego katalogu...
- 187moemy przyj jako zasad, e kady kraj wymieniony wrd owych affines lea na zewntrz granic tego pastwa, jako jego bok" (tatu] Kierujc si t zasad,...
- – Nie masz powodu, by kochać którekolwiek ze swych rodziców, Gwydionie – powiedziała Morgiana i jej dłoń zacisnęła się na jego ręce, ale zadziwił...
- I nagle, jakby zmysły postradał, porwał się z siedzenia i chwyciwszy w obie ręce chudego dryblasa, co kawę roznosił i węgle do fajek, począł głową jego tłuc o...
- – Kiedy tylko dotrzemy tam, gdzie mają w miarę rozwinięty przemysł – dodał po chwili – będziemy musieli sprawić sobie trochę odtylcowych...
- Już dawniej kilka razy udało mi się wślizgnąć między Żydów pracujących we dnie poza gettem; kontrola nie była ścisła, chyba tylko wariat pchałby...
- Popatrzył na mnie, niemal widziałem trybiki obracające się pod jego czaszką i nagle twarz mu pobielała, oko rozwarło się szeroko, a czoło zrosiły krople potu...
- klientów spośród ogółu klientów jego sklepu...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
– Nie wiem, jak mam ci, Anka, dziêkowaæ, bo nigdy bardziej w porze nie przysz³y.
– Ach, jak to dobrze, jak to dobrze... – szepta³a radoœnie.
– Ale jakaœ ty dobra, ¿e chcia³aœ sama przyjechaæ.
– Bo poczt¹ sz³yby d³u¿ej... – powiedzia³a otwarcie. – A ja nie mog³am znieœæ tej myœli,
¿e pan siê tutaj mêczy i k³opocze, przecie¿ to takie proste.
– Proste! byæ mo¿e dla ciebie, bo nikt inny by tego nie zrobi³.
– Bo nikt inny pana tak bardzo nie kocha, jak ojciec... i ja... – dokoñczy³a œmia³o, patrz¹c na niego spod swoich czarnych sobolowych brwi takim jasnym, prostym i pe³nym mi³oœci wzrokiem, ¿e porwa³ jej rêce i bardzo gor¹co i szczerze ca³owa³, usi³uj¹c j¹ przyci¹gn¹æ do siebie.
– Karol... nie mo¿na... wejdzie kto... – broni³a siê, odchylaj¹c twarz zarumienion¹ i stula-j¹c usta dr¿¹ce ze wzruszenia.
I gdy wchodzili do salonu, pe³nego gwaru i ludzi, Nina uœmiechnê³a siê do nich ¿yczliwie, widz¹c szarob³êkitne oczy Anki rozpromienione szczêœciem i jej twarz pe³n¹ radoœci.
Anka dzisiaj by³a porywaj¹c¹; ten fakt, ¿e mog³a pomóc ukochanemu i ¿e ten jej „ch³opak kochany” by³ dzisiaj dla niej taki dobry i serdeczny, czyni³ j¹ szczêœliw¹, pe³n¹ radoœci i tak piêkn¹, ¿e zwraca³a na siebie ogóln¹ uwagê.
A ona nie mog³a wytrzymaæ na jednym miejscu, chcia³o siê jej iœæ do ogrodu lub w pole, aby tam œpiewaæ pe³nym g³osem pieœñ szczêœcia, i pod wp³ywem tego pragnienia i przyzwyczajeñ wysz³a przed dom i dopiero ujrzawszy brukowany dziedziniec, obstawiony czerwonymi gmachami, i morze domów, stoj¹ce ze wszystkich stron, powróci³a do salonu, odszuka³a Ninê i przyciœniêta do niej ramieniem, spacerowa³a po salonie.
– Dzieciak z ciebie, Anka, ogromny dzieciak!...
– Bom szczêœliwa dzisiaj... kocham – odpowiedzia³a porywczo, szukaj¹c oczami Karola, rozmawiaj¹cego z Mad¹ Müllerówn¹ i z Mel¹ Grünspan, przy których sta³ Wysocki.
– Ciszej, dzieciaku... us³yszeæ mog¹... Któ¿ siê tak przyznaje g³oœno do mi³oœci...
– Nie lubiê i nie umiem nic ukrywaæ. Mi³oœci nie potrzeba siê wstydziæ.
– Wstydziæ – nie, ale nale¿y j¹ przed ludzkimi oczami chowaæ na samo dno duszy.
– Dlaczego?
– Dlatego, ¿eby jej nie dotknê³y spojrzenia obojêtne, z³e lub zazdrosne. Ja nie pokazujê ludziom obcym nawet swoich br¹zów i obrazów najlepszych, bo siê obawiam, ¿e nie odczuj¹
ca³ego ich piêkna i ¿e mi coœ z tego piêkna mog¹ zbrudziæ i zabraæ ich spojrzenia. A tym bardziej nie pozwoli³abym im zajrzeæ do duszy w³asnej.
– Dlaczego? – zapyta³a Anka nie rozumiej¹c tej mimozowej iœcie wra¿liwoœci.
– Bo przecie¿ to nie s¹ ludzie, choæby ta znaczna czêœæ moich goœci dzisiejszych; to s¹
fabrykanci, kapitaliœci, specjaliœci ró¿nych dzia³ów fabrycznych; ludzie od robienia interesów i pieniêdzy – tylko interesów... tylko pieniêdzy. Dla nich pojêcia: mi³oœæ, dusza... piêkno...
dobro... i tam dalej to ¿aden „papier”, to weksel bez ¿yranta, wystawiony przez mieszkañca Marsa, jak powiedzia³ dzisiaj pan Kurowski.
294
– A Karol?
– O nim nic ci nie powiem, bo znasz go lepiej. A, mecenasowa sztuk piêknych a tanich ze swoim dworem, muszê iœæ do niej...
Nina podesz³a do Endelmanowej, wkraczaj¹cej do salonu z takim uroczystym majestatem,
¿e wszystkich oczy zwróci³a na siebie.
Za ni¹ w pewnym oddaleniu sz³y dwie m³ode, przystojne panienki, ubrane jednakowo, stanowi¹ce jej dwór przyboczny.
Jedna z nich trzyma³a chustkê, a druga wachlarz, obie zaœ k³ania³y siê zebranym sztywno-automatycznym ruchem, bacz¹c pilnie na ka¿dy gest pani, która nawet nie raczy³a ich przedstawiæ gospodyni domu, tylko upad³a na fotelik i g³oœno, wrzaskliwie, przyk³adaj¹c do oczów pince-nez 135 na d³ugiej szylkretowej136 r¹czce, zachwyca³a siê piêknoœci¹ Niny, t³umem osób i salonem, od czasu do czasu zwracaj¹c siê ruchem monarchini do siedz¹cego nieco w g³êbi dworu po wachlarz lub chusteczkê.
– Ona wygl¹da jak królowa, jak sama Maria... Maria Magdalena.
– Maria Teresa, chcia³ pan powiedzieæ – szepn¹³ Kurowski cicho Grasglikowi.
– To wszystko jedno. Jak siê masz, Endelman, co ciê kosztuje taka parada? – pyta³ bankier Endelmana, który cicho wsun¹³ siê za ¿on¹ do salonu i równie¿ cicho i skromnie wita³
siê ze znajomymi.
– Zdrów jestem, dziêkujê ci, Grosglik, co? – odpowiedzia³ przyk³adaj¹c do ucha zwiniêt¹
w tr¹bkê d³oñ.
– Panie Borowiecki, pan nie wie, kiedy przyjedzie Moryc Welt?
– Ani mówi³ mi o tym, ani pisa³.
– Ja jestem trochê niespokojny, czy siê jemu co z³ego nie sta³o?
– Nie zginie... – mówi³ obojêtnie Karol.
– Ja wiem, ale ja jemu pos³a³em przekaz na trzydzieœci tysiêcy marek, ju¿ tydzieñ min¹³
a jego nie ma. Co pan chce, teraz tyle ³ajdactwa na œwiecie...
– Do czego to pan zmierza? – zapyta³ Karol, dotkniêty jego tonem.
– Do czego? ¯e mogli go gdzie okraœæ, zabiæ. Trudniej jest o rubla ni¿ o nieszczêœcie –
zakoñczy³ sentencjonalnie, westchn¹wszy boleœnie, bo go niepokój o te trzydzieœci tysiêcy pozbawia³ równowagi, a zna³ za dobrze Moryca, aby siê mia³ niepokoiæ bez przyczyny.
– Mery, ty siê nie daj prosiæ pani Trawiñskiej; ty zagraj ³adnie, przecie¿ mo¿esz zagraæ ³adnie – t³umaczy³ bankier córce, któr¹ Nina prosi³a o zagranie.
Mery, chuda dziewczyna, o koœcistych biodrach, garbatym nosie i niewidocznych prawie ustach, siad³a do fortepianu i apatycznie uderzy³a w klawisze; z t¹ sinaw¹ cer¹, popstrzon¹