szyła jej ciągle; można by rzec, iż urodziła się kwiatem, zapachem jej była wesołość...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Już dawniej kilka razy udało mi się wślizgnąć między Żydów pracujących we dnie poza gettem; kontrola nie była ścisła, chyba tylko wariat pchałby...
- CEL PRACY Celem pracy była ocena poziomu wiedzy z zakresu udzie- lania pierwszej pomocy uczniów szkół ponadgimnazjalnych (liceum i technikum) oraz...
- w swej głowie wymalował, iż potym sztychując ono z rzeczą prawdziwą a widomą, chocia sama w sobie onad rzecz była dziwnie osobna, jednak przeciwko onej...
- Nasza skóra była ciepła, mózg pracował, serce tłoczyło krew w żyły, byliśmy tacy jak dawniej, jak jeszcze wczoraj, nie utraciliśmy nagle ramienia, nie...
- — Gdy przyjechałem, była pani na dole?— Tak...
- Maria była ciekawa, jaki związek ma krew, która wyciekała spomiędzy jej nóg, z byciem panną, lecz matka nie umiała jej tego wyjaśnić...
- Melanię to wszystko razem więcej śmieszyło, niż irytowało, Felicja była wściekła, miała własne poglądy na nakrycie stołu i nie przywykła, żeby nią ktoś...
- Trzecią córką regenta, z którą najtrudniej sobie radził, była panna de Valois; ojciec nie mógł się oprzeć podejrzeniu, że jest ona metresą diuka de...
- Will zacisnął zęby, sama myśl o tej czynności była obrzydliwa, ale ją wykonał, potem dołożył starań, by odnosząc młodzieńca na posłanie nie narażać go...
- • Propozycja Liddy'ego była bardzo kosztowna - wymagała 250 tysięcy dola rów w gotówce, o niemożliwym do wyśledzenia pochodzeniu...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Z jej bladością, z wielkimi czarnymi oczami, stanowiło to bardzo oryginalne połączenie;
tym więcej iż od czasu do czasu z pewnych słów, spojrzeń, jasnym było, że ta kobieta poznała
cierpienia i że przeorało ją życie. Coś nieokreślonego mówiło w niej, że słodka pogoda jej
czoła nie jest z tego świata, ale że ją otrzymała od Boga i że mu ją odniesie wiernie, wbrew
światu i ludziom, nic z niej nie uroniwszy; bywały chwile, w których przypominała skrzętną
gospodynię zasłaniającą dłonią światło przed podmuchem wiatru.
Spędziwszy ledwie pół godziny w jej pokoju, nie mogłem się wstrzymać, aby nie powie-
dzieć wszystkiego, co miałem na sercu. Myślałem o swym ubiegłym życiu, strapieniach,
przykrościach; chodziłem, krążyłem, pochylając się nad kwiatami, wdychając powietrze, pa-
trząc na igrające promyki słońca. Przypomniało mi się powiedzenie Montaigne'a: „Nie lubię
ani nie cenię smutku, mimo iż świat zawziął się, aby go obdarzać szczególną łaską; ubierają
weń mądrość, cnotę, sumienie; głupia i pokraczna zaiste ozdoba!”
„Cóż za szczęście − krzyknąłem mimo woli − cóż za odpoczynek! radość! zapomnienie!”
Poczciwa ciotka podniosła głowę i popatrzała zdziwiona; pani Pierson urwała nagle. Ob-
lałem się pąsem, czując swą niedorzeczność; siadłem w kącie nie mówiąc słowa.
Przeszliśmy do ogrodu. Biała kózka, którą widziałem wczoraj, leżała na trawie; spostrzegł-
szy panią, natychmiast podbiegła i szła za nami poufale.
66
Ledwie raz obeszliśmy ogród, zjawił się w furtce wysoki młody człowiek, o bladej twarzy,
ubrany w czarny surdut duchownego kroju. Wszedł nie dzwoniąc i zbliżył się z powitaniem
do pani Pierson; miałem wrażenie, iż fizjognomia jego, która od pierwszego wrażenia ude-
rzyła mnie dość niemile, zachmurzyła się nieco na mój widok. Był to ksiądz, którego widzia-
łem już gdzieś przelotnie; nazywał się Merkanson; wyszedł właśnie z Saint-Sulpice i był
krewnym miejscowego proboszcza.
Był równocześnie pulchny i blady; rzecz, która mnie zawsze brzydziła i która w istocie jest
przykra; jest coś nienaturalnego w takim chorobliwym zdrowiu. Prócz tego miał wolny i ce-
dzący sposób mówienia zwiastujący pedanta. Chód jego nawet, wyzuty z młodości i swobo-
dy, raził mnie; co się tyczy spojrzenia, można rzec, że go wcale nie miał. Nie wiem, co my-
śleć o człowieku, którego oczy nic nie mówią. Oto znaki, z których sądziłem Merkansona i
które, nieszczęściem, nie omyliły mnie.
Usiadł na ławce i zaczął mówić o Paryżu, mieniąc go nowożytnym Babilonem. Przybywał
stamtąd, znał całe miasto; bywał u pani de B ***, istnego anioła, i miewał kazania w jej salo-
nie, słuchano ich na kolanach. (Najgorsze, że to była prawda.) Przyjaciela, który go tam
wprowadził, wypędzono świeżo z kolegium za to, że uwiódł jakąś dziewczynę: okropna,
smutna historia. Rozwiódł się w zachwytach nad panią Pierson z powodu miłosiernych nawy-
ków, jakich nabrała na wsi; słyszał o jej dobroczynności, o opiece, jaką otacza chorych, tak
dalece, iż osobiście czuwa przy nich. To bardzo pięknie, bardzo wzniośle: nie omieszka
wspomnieć o tym w Saint-Sulpice. Omal nie upewniał, że opowie o tym Panu Bogu.
Znużony tym kazaniem, nie chcąc zdradzić zniecierpliwienia, położyłem się w trawie i
bawiłem się z kózką. Merkanson skierował na mnie swoje oko bez blasku i życia:
− Słynny Vergniaud − rzekł − miał tę manię, iż siadał na ziemi i bawił się ze zwierzętami.
− Mania bardzo niewinna − odparłem. − Gdyby były tylko takie, świat dałby sobie jakoś
radę bez pomocy gorliwych opiekunów.
Odpowiedź moja nie przypadła mu do smaku: zmarszczył brwi i odmienił przedmiot. Miał
pewne zlecenie: krewniak jego, miejscowy proboszcz, wspomniał mu o jakimś biedaku bez
pracy i chleba. Mieszka tam, a tam; on sam był tam osobiście, zajął się nim; ma nadzieję, że
pani Pierson...
Patrzałem na nią i czekałem odpowiedzi, jak gdyby dźwięk jej głosu miał mnie uleczyć z
głosu księdza. Skłoniła tylko głową, po czym gość się pożegnał.
Po jego odejściu wróciła nam wesołość. Udaliśmy się do cieplarni w głębi ogrodu.
Pani Pierson dbała o kwiaty jak o swoje ptaszki i o swoich wieśniaków; trzeba było, aby
wszystkiemu było dobrze w jej pobliżu, aby każdy miał swoją kroplę wody i promień słońca,
iżby ona sama mogła być wesoła i szczęśliwa jak dobry anioł; toteż niepodobna sobie wy-
obrazić czegoś bardziej schludnego i miłego niż jej mała cieplarnia. Skorośmy ją obeszli, rze-
kła:− Panie de T ***, oto mój światek; widział pan wszystko, co posiadam, tu kończy się moje
królestwo.
− Pani − rzekłem − niech nazwisko ojca, które zjednało mi wstęp do tego domu, pozwoli
mi doń wrócić czasem, a uwierzę, iż szczęście niezupełnie zapomniało o mnie.
Podała mi rękę, którą uścisnąłem z szacunkiem, nie śmiejąc podnieść jej do ust.