Pokręciłem głową, dygocąc...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- I nagle, jakby zmysły postradał, porwał się z siedzenia i chwyciwszy w obie ręce chudego dryblasa, co kawę roznosił i węgle do fajek, począł głową jego tłuc o...
- W takiej scenerii sam siebie szarpię i pożeram Dłoń gardło skręca w sznur głowa ma barwę starej krwi Kłamstwa pewien tryumfalne hymny śpiewam...
- – Co, trupia gĹ‚owa? – zapytaĹ‚ Legrand...
- — Rozumiem pana — Hicks pokiwaĹ‚ niewyspanÄ…, Ĺ‚ysÄ… gĹ‚owÄ…...
- niezwłocznie dawał o tym znać skinieniem głowy, jeśli nie udało mu się uchwycić jego sensu - informował o tym fakcie potrząsając głową...
- Robb jechał na czele kolumny, nad jego głową powiewał biały sztandar Winterfell...
- Verin pokiwała głową, jakby takiej właśnie spodziewała się odpowiedzi...
- pytając: - Pan do pani Ingi, co ją dziś przyjęliśmy? Michał skinął głową...
- obyczaje Fremenów? Tyekanik skinął głową, wyrażając aprobatę...
- - Kiwnij głową, jeśli dobrze mnie słyszysz...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Gdzie jest ta zasrana książka?
Raz jeszcze pokręciłem głową. Nie zdążyłem uchylić się przed wymierzonym w ciemnościach ciosem. Poczułem, że nic nie widzę
i spadam z łóżka, mając usta pełne krwi, a dziąsła rozrywane strasz-
liwym jak biały płomień bólem. Uchylając głowę przed kolejnym
ciosem, dostrzegłem leżące na podłodze coś, co wyglądało na moje
wybite zęby. Ojciec złapał mnie za gardło i uniósł w powietrze.
- Gdzie jest?
- Tato, błagam...
Z całej siły rzucił mną o ścianę. Straciłem równowagę i padłem jak
worek kości. Czołgając się, jak mogłem najszybciej, schroniłem się
w kącie, tam zwinąłem się w kłębek, by kątem oka podglądać, jak
ojciec otwiera szafę i opróżnia ją z tych kilku wiszących w niej lichych
sztuk ubrań, ciskając je na podłogę. Przerzucił szuflady i kufry i nie
znalazłszy książki, całkiem wyczerpany, ruszył ku mnie. Zamknąłem
oczy i wtuliłem się w ścianę, czekając na uderzenie, które jednak nie
spadło. Otworzyłem oczy i zobaczyłem, że ojciec siedzi na łóżku i dusi
się łzami z braku sił i ze wstydu. Kiedy zorientował się, że patrzę nań,
wybiegł z mieszkania. Przysłuchiwałem się, jak w ciszy świtu rozlega
się stukot oddalających się kroków, i dopiero, gdy uznałem, że ojciec
jest już daleko, odważyłem się dowlec do łóżka, by wyciągnąć książkę
spod materaca. Ubrałem się i z książką pod pachą wyszedłem z domu.
Gdy dotarłem do drzwi księgarni, której górna kondygnacja stanowiła mieszkanie ojca i syna, na ulicę Santa Ana opadał całun
mgły. Wiedziałem, że szósta rano to nie jest odpowiednia pora, żeby
dzwonić do czyichkolwiek drzwi, ale w owej chwili zależało mi tylko na uratowaniu książki, byłem bowiem całkowicie przekonany, że
jeśli ojciec, wróciwszy do domu, odnajdzie egzemplarz, rozszarpie
go na strzępy. Nacisnąłem dzwonek. Odczekałem chwilę i zadzwoni-
łem jeszcze raz. Dopiero po trzecim dzwonku usłyszałem, jak nade
mną otwierają się drzwi balkonowe, i zobaczyłem, że stary Sempere
w szlafroku i w kapciach spogląda na mnie z nieukrywaną niechęcią
i zdziwieniem. Zszedł szybko, by wpuścić mnie do środka, i wystar-
czyło, że spojrzał na moją twarz, a cała złość mu z miejsca przeszła.
Ukląkł i objął mnie.
- Boże święty. Dobrze się czujesz? Kto ci to zrobił?
- Nikt. Upadłem.
Podałem mu książkę.
- Przyszedłem oddać panu książkę; nie chcę, żeby coś jej się stało...
Sempere przyglądał mi się w milczeniu. Wziął mnie na ręce i zaniósł
na górę. Jego syn, dwunastoletni chłopak, do tego stopnia wstydliwy,
że nigdy nie słyszałem, aby się odzywał, obudził się, słysząc, jak ojciec
wychodzi, i czekał na nas przy schodach. Dostrzegłszy krew na mojej
twarzy, spojrzał przestraszony na swojego ojca.
- Wezwij doktora Camposa.
Chłopak przytaknął i pobiegł do telefonu. Usłyszałem jego głos, ..
co rozwiało moje wątpliwości, czy przypadkiem nie jest niemową.
Ojciec z synem przenieśli mnie na fotel w jadalni i w oczekiwaniu
na doktora obmyli moje rany.
-Nie powiesz mi, kto ci to zrobił?
Nie otworzyłem ust. Sempere nie wiedział, gdzie mieszkam, a ja
postanowiłem milczeć jak grób.
-Ojciec?
Odwróciłem wzrok.
-Nie. Po prostu upadłem.
Doktor Campos, który mieszkał cztery czy pięć bram dalej, zjawił
się po pięciu minutach. Zbadał mnie od stóp po głowę, opatrując
rany po odłamkach szkła i badając siniaki najdelikatniej, jak mógł.
Widać było, że oczy płoną mu z oburzenia, ale nic nie powiedział.
- Nie ma złamań, choć owszem, sporo potłuczeń, które będą jeszcze dolegać przez kilka dni. Te dwa zęby trzeba będzie usunąć. Nic
już po nich, a istnieje ryzyko infekcji.
Kiedy doktor odszedł, Sempere przygotował mi filiżankę gorącej
czekolady i uśmiechając się, przypatrywał mi się, kiedy piłem.
-Znaczy się wszystko po to, żeby ratować Wielkie nadzieje?
Wzruszyłem ramionami. Ojciec z synem wymienili porozumiewawcze uśmiechy.
- Kiedy następnym razem będziesz chciał uratować jakąś książ-
kę, naprawdę uratować, nie ryzykuj życia. Po prostu mi powiedz,
a ja zaprowadzę cię do takiego tajemnego miejsca, gdzie książki
nigdy nie umierają i nikt nie może ich zniszczyć.
Zaintrygowany, popatrzyłem wpierw na ojca, potem na syna.
- Co to za miejsce?
Sempere puścił do mnie oko i obdarował tym swoim tajemniczym
uśmiechem, który zdawał się być przywłaszczony z jednego z cykli
powieściowych Aleksandra Dumas i jak wieść niosła, był rodzinnym
znakiem szczególnym.
- Wszystko w swoim czasie, mój przyjacielu. Wszystko w swoim
czasie.
Przez cały tydzień ojciec, trapiony wyrzutami sumienia, chodził ze
wzrokiem wbitym w ziemię. Kupił nową żarówkę i nawet powie-
dział mi, że jeśli chcę, to mogę ją zapalać, ale nie na długo, bo prąd
jest drogi. Wolałem nie igrać z ogniem. W sobotę kończącą ów ty-
dzień chciał kupić mi książkę i zaszedł do księgarni przy ulicy Palia,
przy starych murach z czasów rzymskich, pierwszej i ostatniej księgarni, w jakiej się w swoim życiu znalazł, ale nie mogąc przeczytać
tytułów na grzbietach setek wystawionych na regałach książek, wyszedł z niej z pustymi rękoma. Później jednak dał mi pieniądze,
więcej niż zazwyczaj, i powiedział, żebym kupił sobie, jaką tylko
chcę. Ten moment uznałem za najwłaściwszy, by wreszcie zapoznać
ojca ze sprawą, którą od tamtej pory, z braku sprzyjającej okazji,
trzymałem przed nim w tajemnicy.
-Dońa Mariana, nauczycielka, prosiła mnie, żebym przekazał oj-
cu, czy ojciec mógłby w tych dniach przyjść do niej, do szkoły, po-
rozmawiać - powiedziałem jakby nigdy nic.
-Porozmawiać? A o czym? Co żeś znowu zmalował?
-Nic, ojcze. Dońa Mariana chce porozmawiać z ojcem o mojej
dalszej nauce. Mówi, że istnieją takie możliwości i że wydaje jej się,
że mogłaby mi pomóc w uzyskaniu stypendium, abym mógł uczyć