osobowymi, nawet ciężarówkami...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- że jest tam taki, prawda? To wcale nie jest żaden z tych kościołów, nie są to nawet wspólne ruchy ludzi, to jest bardzo ważne, drodzy bracia, bardzo ważne...
- Po drugie: gdyby nawet państwa zachodniej Europy naprawdę robiły to samo, co kolejne rządy Polski (a nie robią, o czym za chwilę), to są to państwa bogate i jeśli...
- «Dlaczego wiÄ™c oÅ›miela siÄ™ podejść do kapÅ‚ana za pierwszym razem, kiedy jest caÅ‚kiem nieczysty, a za drugim razem – zbliżyć siÄ™ nawet do...
- - Moglibyście, Procie, zrobić to nawet i teraz, choćby po to, żeby własne sumienie uspokoić...
- Pod ziemią mieliśmy nawet drogowskazy, dzięki czemu obcy wiedzieli gdzie się znajdują, chociaż zapewnianie przybyszom [kadrze i partyzantom] przewodnika było...
- Pani Hunter regularnie co miesi¹c wystawia³a czeki za swój pobyt w klinice; bez mrugniêcia w³asnorêcznie wpisywa³a odpowiednie sumy, mimo ¿e czasami nawet...
- — Wyczuwacie takÄ… ingerencjÄ™ nawet teraz? — Åšnieżynka dotknęła swego Klejnotu...
- szczęśliwy i bezpieczny – stwierdza, że jest zadowolony, a nawet bardzo zadowolony ( Jak dobrze)...
- tetem, szeroką wiedzą i dobrymi po-byłby w stanie rozstrzygnąć dylema-i nawet jeśli czuje jego spadek, to sa-mysłami na rejsy, to nie odniesie...
- Mahskevic nie podniósł nawet wzroku znad swych korzennych roślin, choć przerwał wyrywanie chwastów na dość długo, by zastanowić się nad tą propozycją...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Do Tolkmicka i Fromborka było w ten sposób
znacznie bliżej niż okrężną drogą lądową, jechało się kwadrans, zamiast półtorej godziny, do Elbląga również Zalew skracał drogę. Mieli już bez mała wyjeżdżoną
autostradę, dowcipkowali sobie, kręcąc się na lodzie, skakali przez zamarznięte
3
wały, robili zawody i konkursy, a Waldemar od wczesnej młodości w tych szatań-
stwach celował. Kiedy jednakże lód cieniał, nikt się już tam nie pchał. Z pewno-
ścią Waldemar jechał tą trasą ostatni.
W dwa dni później owszem, na Zalewie strzeliło parę razy, cała płaszczyzna
zaczęła zmieniać kolor, biel gdzieś znikła, zostały tylko pagórkowate kry, jakby lodowe piramidki na szaroniebieskiej tafli, a między nimi pojawiły się wyraźnie
widoczne szczeliny. Woda zaczęła chlupać, w porcie zaroiło się przy łodziach,
morze jednak wciąż trwało w nie zmienionej postaci.
Tęsknym okiem patrzyłam na ten podbiegunowy krajobraz, włócząc się po
brzegu z niejakim wysiłkiem i z ciężkim sercem, bo właśnie świeżutko straciłam
wymarzonego mężczyznę, zdaje się, że bezpowrotnie. Przyjechałam tu, żeby się
pocieszyć, z nadzieją odzyskania jakiej takiej równowagi uczuciowej. Nic mi nie
robiło lepiej niż morze, chwilowo jednak morze było niepodobne do siebie, błąka-
łam się zatem codziennie po zlodowaciałych górach i wądołach, czekając na jego
powrót do właściwej postaci, aż do chwili kiedy wpadłam nogą w lodową rozpa-
dlinę i zgniotłam kostkę w stopie. Posyczałam chwilę, wypowiadając wiele słów,
dawnymi czasy źle widzianych w druku, i zbuntowałam się. Dosyć tej sercowej
terapii, nie idę jutro na plażę, zrobię sobie ulgowy dzień.
Do podejmowania głupich postanowień zawsze miałam szczęście.
Wstałam później i w sposób rozlazły, bez żadnego pośpiechu, przystosowałam
się do życia. Zdaje się, że nawet zjadłam śniadanie. Po czym ubrałam się byle jak i poszłam do sklepu.
Kiedy wróciłam gdzieś koło godziny pierwszej, torba z zakupami omal nie
wyleciała mi z rąk. Myślałam przez chwilę, że źle słyszę albo nie rozumiem po
polsku. Waldemar wisiał na słuchawce i gorączkowo zwoływał braci na bursztyn.
U podnóża schodów stał jego syn, Mieszko, młodzieniec znany mi prawie od
chwili urodzenia.
— Mieszko, co siÄ™ dzieje? — spytaÅ‚am niespokojnie. — Jest bursztyn? SkÄ…d?
Przecież zamarznięte po horyzont!
— E tam, woda aż do Szwecji — odparÅ‚ Mieszko, też przejÄ™ty, tyle że raczej
teoretycznie, bo w wieku dwunastu lat jeszcze nie był dopuszczany do kombine-
zonu i siatki. — Kra, ale bursztyn idzie.
Nie powiedziałam już nic więcej. Wniosło mnie na górę. Zakupy gdzieś we-
pchnęłam, zapewne pod fotel, żeby mi się nie plątały pod nogami, jedną ręką
wkładałam dodatkowy sweter, drugą wciągałam grubsze rajstopy. Ciepłe majtki
usiłowałam włożyć na długie gumiaki, zapomniałam o szaliku, w jednej skarpet-
ce, z czapką w ręku, z siatką przewieszoną przez plecy, macając się po kieszeniach w poszukiwaniu rękawiczek, jak oszalała wypadłam z domu i popędziłam w las,
pod piaszczystą górę. Przedarłam się przez zarośla, gdzieś przede mną mignął ni-
ski cień, jeden, za nim drugi. Dziki. Przez całą tę zimę mocno wygłodniałe. A tam, w nosie mam dziki, niech mi teraz nie zawracają głowy. . .
4
Nad morzem była już jedna trzecia ludności Piasków. Waldemar z braćmi cią-
gnął śmieci kawałek dalej, na lewo, miałam do nich ze dwieście metrów. Przeby-
łam tę odległość nie wiadomo kiedy.
Zaczęli już wytrząsać na brzeg wielkie, czarne góry. Chlupoczące morze od-
kryło trochę śmieci zeszłorocznych, bezpańskich. Jednym rzutem oka zoriento-
wałam się, że na długich gumiakach mogę się powiesić, zamarznięty i obmywany
wodą brzeg zmienił ukształtowanie, musiałabym się zanurzyć do pasa, tak samo
jak oni, żeby sięgnąć siatką upragnionego śmietnika, dostępne mi było tylko to co na brzegu i przy samym brzegu. Dobre i tyle, dla mnie bogactwo.
Nie pisane, ale granitowe przestrzegane prawo głosiło, że wywleczona na
brzeg kupa bursztynowych śmieci należy do tego, kto ją wywlókł, tak długo,